Menu

MATKA POLKA CZYTAJĄCA

BLOG O KSIĄŻKACH

Dobry kryminał nie jest zły - "Morderstwo w Orient Expressie" Agathy Christie

dosia1331

100_39241

„Pomysły moich powieści kryminalnych znajduję zmywając. Jest to zajęcie tak głupie, że zawsze rodzi we mnie myśl o zabójstwie”, stwierdziła swego czasu Agatha Christie. Też mam ochotę kogoś ukatrupić, gdy widzę stertę naczyń! Tylko że ja nie piszę książek i ewentualnej wizji nie przeleję na papier, ale zmywania garów nie znoszę tak bardzo, że z przyjemnością roztrzaskałabym o podłogę większość szklanek, kubków, talerzy oraz innych rzeczy, których jest zwykle w nadmiarze. Rozpacz ogrania mnie na widok pełnego zlewu i jeszcze większa, kiedy myję dwudziesty kubek, a uprzejmie donoszę, że domowników jest tylko czwórka. Jak skończą się czyste kubki, to wyjmują z szafek szklanki. Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam!

Nie mam pojęcia, czy "Morderstwo w Orient Expressie" jest wynikiem zamachu przeprowadzonego przez Agathę Christie na zastawę stołową, czy przypalone garnki, ale faktem jest, że tę książkę czyta się po prostu świetnie. Nie jestem specjalną fanką kryminałów, a nawet z premedytacją omijam, zwłaszcza polskie, bo mam wrażenie, że panuje jakaś moda na pisanie tego rodzaju książek oraz prześciganie się w pomysłach, że o szalonym tempie niektórych autorów nie wspomnę. Czy tylko ja mam wrażenie, że to już nie jest pisanie, a produkcja? Wybaczcie tę dygresję, bo miało być o zbrodni popełnionej w luksusowym pociągu, więc do rzeczy. "Morderstwo w Orient Expressie" to powieść detektywistyczna z Herkulesem Poirot w roli głównej i bodaj jedna z najbardziej znanych książek brytyjskiej pisarki, zainspirowana zresztą prawdziwymi wydarzeniami. Pewnej nocy w jednym z przedziałów znalezione zostaje ciało człowieka z licznymi ranami kłutymi. Wyjaśnienia sprawy, a co za tym idzie wytypowania winnego, podejmuje się Herkules Poirot. W trakcie śledztwa okazuje się, że ofiara miała wiele na sumieniu i była odpowiedzialna za porwanie i zamordowanie dziecka. Nikt z podróżujących nie przyznaje się do zbrodni, wszyscy mają alibi i uparcie twierdzą, że ze śmiercią Ratchetta nie mają nic wspólnego. Ale nie takie numery z Herkulesem Poirot, którego wyjątkowy talent detektywistyczny i umiejętność logicznego myślenia pozwalają szybko połączyć pewne fakty, a nawet zaproponować dwa rozwiązania, które zostaną przedstawione dwunastu "niewinnym" pasażerom. 

Nie będę oryginalna, "Morderstwo w Orient Expressie" to klasyczny przykład powieści kryminalnej. Poza tym znakomity trening dla szarych komórek, bo mniej więcej w połowie książki byłam tak ciekawa finału, że z trudem powstrzymywałam się przed zerknięciem do ostatniego rozdziału. Chciałam wiedzieć, czy udało mi się wytypować mordercę i nieskromnie przyznaję, że tak. Albo ta zagadka wcale nie była taka trudna. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że nie znałam tej historii, nie widziałam filmu i nie przeczytałam ani jednej recenzji książki. Teraz kusi mnie ekranizacja, zwłaszcza że zachowałam odpowiednią kolejność, czyli najpierw sięgając po książkę.

"Morderstwo w Orient Expressie" nie jest obszerną lekturą, ani książką w jakiś szczególny sposób opisującą luksusowy pociąg, czy trasę, jaką pokonywał. Stanowi tylko i wyłącznie tło dla zbrodni dokonanej w jednym z jego wagonów. Ale nie ukrywam, że sceneria pobudza wyobraźnię i na pewno skłania do poszukiwania informacji o legendarnym Orient Expressie, kursującym w ramach działalności międzynarodowej spółki Compagnie Internationale des Wagons-Lits na trasie Paryż-Konstantynopol (Stambuł). 

Jeżeli chodzi o kompozycję i postaci, zarówno pierwszo-, jak i drugoplanowe, to nie mam autorce nic do zarzucenia. Wyraziści bohaterowie i doskonała wręcz kreacja Herkulesa Poirot nie budzą moich wątpliwości i naprawdę można poczuć się, jak podczas prawdziwego śledztwa. Zastanawiam się, czy finał spełnił moje oczekiwania, czy był na tyle zaskakujący, by wystawić książce najwyższą notę. Mam lekkie uczucie niedosytu, zabrakło mi iskry, która rozpaliłaby tę historię do czerwoności. 

Moja ocena: 5/6

Autor: Agatha Christie
Tytuł: "Morderstwo w Orient Expressie"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 264
Rok wydania: 2014
Wydawnictwo Dolnośląskie

 

Niezwykły chłopiec z niezwykłego domu - "Małe Licho i tajemnica Niebożątka" Marty Kisiel

dosia1331

100_3923

Przyznaję bez bicia, to moje pierwsze spotkanie z twórczością Marty Kisiel. Nie mam pojęcia, dlaczego wcześniej nie zainteresowałam się jej powieściami, a przecież widywałam je na innych blogach. Poza tym słyszałam wiele pochlebnych opinii i zapewnień, że po prostu trzeba itp. itd. I gdyby nie czyjaś wzmianka o tym, że w "Małym Lichu i tajemnicy Niebożątka" autorka wspomina o "Braciach Lwie Serce" Astrid Lindgren, to pewnie nadal tkwiłabym w błogiej nieświadomości i koło nosa przeszłaby mi książka absolutnie fantastyczna i na dodatek taka, którą z powodzeniem mogą czytać dzieci i dorośli. 

Nie da się ukryć, że Marta Kisiel ma swój styl i że pisanie po prostu sprawia jej radość. Pamiętam, jak czytając książki Astrid Lindgren, zastanawiałam się, dlaczego polskie autorki tak nie piszą, dlaczego w niemal każdej książce dla dzieci pojawiają się pouczenia i narzucone formy zachowania. Pyskata Pippi i odważna Ronja nieźle uśmiałby się z niektórych lektur dla małych czytelników, a ta pierwsza ochoczo przysoliłaby słownie wszystkim tym, którzy chcą wcisnąć dzieciaki w jakieś ramy. I nagle, po tylu latach, odnajduję w polskiej literaturze kogoś, kto wreszcie przestaje się wymądrzać, ma cięty język i pierwszorzędny humor. Kogoś, kto bawi, a nie poucza, jednocześnie mając odwagę pisać o sprawach trudnych bez owijania w bawełnę. Pamiętacie, jak pięknie o śmierci w "Braciach Lwie Serce" pisała Astrid Lindgren, jak oswajała ten temat, jak cudownie zobrazowała moment przechodzenia na drugą stronę. Marta Kisiel zrobiła to nieco inaczej, trochę na modłę romantyzmu, często posługując się dowcipem, ale równie trafnie. Nawiasem mówiąc, dialogi pierwsza klasa. Jednak książka polskiej pisarki nie traktuje tylko i wyłącznie o śmierci, to historia o szeroko rozumianej dziwności, o byciu innym, o konieczności akceptacji siebie takiego, jakim się jest. A zapewniam, że dziwne jest w tej książce wszystko, od domu, po lokatorów. 

Mały chłopiec dorasta i z Niebożątka staje się Bożkiem. Zapada decyzja, trzeba wysłać go do szkoły, bo ileż można siedzieć w domu i za przyjaciela mieć Anioła Stróża z alergią na pierze i talentem do dziergania bamboszków? Wprawdzie domownicy, czyli mama, wujkowie i wszelkiej maści stwory, wraz z duchami niemieckich żołnierzy do tej pory wystarczali chłopcu, ale kiedyś trzeba zmienić otoczenie, nawiązać nowe znajomości i pomyśleć o przyszłości. Bożydar Antoni Jakiełłek, delikatnie rzecz ujmując, nie jest tym zachwycony, bo niby dlaczego miałby być skoro dobrze mu w domu? Bez fochów się nie obędzie, a jakże?! Bożek zostaje uczniem i... Co tu dużo mówić, jego obawy były uzasadnione, bo chłopiec jest po prostu inny i nijak nie potrafi dopasować się do reszty dzieciaków, a najgorsze dopiero przed nim. Wyśmiany i poniżony Bożek pewnego dnia znika i trafia w zaświaty, a stamtąd bardzo trudno wrócić. Co wydarzyło się dalej i jak potoczyły się losy chłopca? Nie pisnę ani słowa więcej na temat fabuły, przeczytajcie koniecznie!

"Małe Licho i tajemnica Niebożątka" to mądrze opowiedziana historia niezwykłego chłopca z niezwykłego domu, który musi zmierzyć się z jak najbardziej zwykłym życiem. Autorka w ujmujący sposób porusza problemy dorastania, stając po stronie tych, którzy z różnych powodów bywają wykluczeni i napiętnowani. Bycie innym nie oznacza bycia gorszym i o tym przede wszystkim jest ta książka.

"Świat byłby niepełny, gdyby żyli na nim sami zwyczajni ludzie. Zwyczajni ludzie robią mnóstwo zwyczajnych rzeczy, bez których nie umielibyśmy żyć. Ale to dziwni ludzie wspinają się na najwyższe szczyty gór, latają w kosmos, patrzą godzinami w gwiazdy. Przekraczają granice światów... albo zdrowego rozsądku. Albo piszą książki."

Nie do przegapienia!

Moja ocena: 6/6

Autor: Marta Kisiel
Ilustracje: Paulina Wyrt
Tytuł: "Małe Licho i tajemnica Niebożątka" 
Oprawa: twarda
Ilość stron: 204
Rok wydania: 2018
Wilga

 

 

Słowa na niedzielę...

dosia1331

100_3913

Jego książki przetłumaczono na ponad 40 języków. Pisarz, futurolog, mistrz. Stanisław Lem, autor wielu znakomitych książek, po które sięgają kolejne pokolenia czytelników. Nie przepadam za literaturą science fiction, ale nie znać Lema? To byłaby ogromna strata.

A gdyby tak przygodę z twórczością Stanisława Lema rozpocząć od "Bajek robotów", które stanowią połączenie science fiction i baśni? Kosmiczna sceneria, odległe światy, mnóstwo ważnej treści i jedyna w swoim rodzaju lekcja dla ludzkości. Czytajcie Lema!

"Aragena była planetą zabudowaną do wewnątrz; władca jej bowiem, Metameryk, który rozciągał się w płaszczyźnie równikowej na trzysta sześćdziesiąt stopni i opasywał tym sposobem swoje państwo, będąc mu nie tylko panem, ale i osłoną, pragnąc uchronić poddany sobie lud Enterytów od kosmicznego wtargnięcia, zakazał poruszania czegokolwiek, choćby najmniejszego kamyka, na powierzchni globu. Stały przeto lądy Arageny dzikie i martwe, i tylko topory piorunów obciosywały krzemienne grzbiety gór, a meteory kraterami rzeźbiły kontynenty". 

Stanisław Lem, Bajki robotów, Biała śmierć, str. 69, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012 r.

Do miłego zaczytania!

"Skoro ptaki czynią słońce" Alistair MacLeod

dosia1331

100_38921

Pamiętacie mój emocjonalny i pełen zachwytów wpis o "Utraconym darze słonej krwi" Alistaira MacLeoda? Jeżeli nie, to zapraszam do lektury tamtego tekstu, chociażby po to, by przekonać się, że warto czytać prozę kanadyjskiego pisarza, że jest w niej absolutnie wszystko, co pozwala na określanie jej mianem wybitnej. Opowiadania Alistaira MacLeoda są dowodem na to, że literatura jest wspaniałą przygodą i możliwością dotarcia do najdalszych zakątków świata, bez konieczności opuszczania wygodnego fotela. 

"Skoro ptaki czynią słońce" to kolejny zbiór opowiadań poświęconych zwykłym ludziom, ale napisanych w niezwykły, wręcz urzekający sposób. MacLeod z dużą wrażliwością odsłania przed czytelnikiem codzienność ludzi żyjących w zgodzie z naturą, podporządkowanych jej rytmowi i z pokorą przyjmujących to, co przynosi los. Radość miesza się tutaj ze smutkiem, rozpacz ustępuje miejsca łzom szczęścia, śmierć jest zaś naturalną koleją rzeczy, nad którą nawet nie warto się zastanawiać, bo nie zawsze mamy wpływ na to, co nas spotyka. Bohaterowie "Skoro patki czynią słońce" to ludzie z krwi i kości, żyjący blisko przyrody i w zgodzie z nią. Doceniający jej potęgę i podziwiający jej niezaprzeczalne piękno. Nie brakuje w prozie Alistaira MacLeoda elementów magicznych i prastarych wierzeń, co czyni te opowiadania atrakcyjnymi.

Ujmująca jest w twórczości Alistaira MacLeoda subtelność narracji, jej niespieszny charakter oraz poetyckość, która wielokrotnie przebija się w opowiadaniach. To proza, którą można się delektować, literacka uczta sprawiająca, że po przewróceniu ostatniej kartki ma się ochotę na ponowną lekturę. Trudno w tym momencie nie wspomnieć o ogromnej roli tłumaczenia, bo nie ulega wątpliwości, że Michał Alenowicz zrobił wszystko, by te opowiadania były po prostu wyjątkowe. 

Jeżeli miałbym porównywać oba zbiory, czyli "Utracony dar słonej krwi" i "Skoro ptaki czynią słońce" to chyba ten pierwszy delikatnie wygrywa z drugim. Być może moja ocena wiąże się z tym, że wtedy czytałam Alistaira MacLeoda po raz pierwszy i był dla mnie literackim odkryciem. Tym razem wiedziałam, czego mogę się spodziewać i tutaj elementu zaskoczenia nie było, ale to wciąż znakomita literatura i książka, którą po prostu trzeba przeczytać.

Moja ocena: 5.5/6

Autor: Alistair MacLeod
Tytuł: "Skoro ptaki czynią słońce"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 251
Rok wydania: 2018
Wiatr od Morza 

Kalendarz adwentowy w postaci książki, czyli "Kosmiczne święta" Ingelin Angerborn

dosia1331

100_3880

Wszystko zaczęło się od pytania, które zadała mama: "Rutko, widziałaś gdzieś nożyczki?" W domu sympatycznej dziewczynki znikają metalowe przedmioty. Na dodatek wszyscy obwiniają Rutkę, choć ona stanowczo temu zaprzecza. Sprawa wydaje się rozwojowa, zwłaszcza że ulatniają się kolejne rzeczy, co przestaje być zabawne. Mama i tata nie wiedzą, że Rutka dysponuje dowodem, czyli nadgryzioną harmonijką i jest niemal pewna, że w jej domu jest ktoś, kto bardzo lubi metal. Okazuje się, że w pokoju dziewczynki zadomowił się Kosmarrengulagadoks, który za pomocą czarodziejskiego zaklęcia, "stare kalesony", potrafi stać się niewidzialny. Przybysz z planety Koncypiusz, jak na kosmitę przystało, jest co najmniej dziwny, ale Rutce to zupełnie nie przeszkadza. Nawet wtedy, gdy ze smakiem pałaszuje gwoździe.

Jeżeli jesteście ciekawi, co wydarzyło się później, to nie pozostaje Wam nic innego, jak sięgnąć po książkę. Lojalnie uprzedzam, że możecie mieć kłopot polegający na tym, że po pierwszym rozdziale nie będziecie potrafili odłożyć książki. Zresztą jestem tego najlepszym przykładem, bo miałam sobie tę lekturę dawkować i czytać z dziećmi przez cały adwent po jednym rozdziale, a zrobiłam dokładnie to samo, co rok temu ze "Świętami dzieci z dachów". Jakoś specjalnie mnie to nie martwi, bo jest to na tyle przyjemna książka, że z chęcią przeczytam raz jeszcze w towarzystwie Zosi i Szymona.

100_3884

100_3887

"Kosmiczne święta" to książka, która z powodzeniem zastąpi kalendarz adwentowy, bo zamiast dwudziestu czterech czekoladek znajdują się w niej dwadzieścia cztery rozdziały fascynującej opowieści o przyjaźni, które umilą radosny czas oczekiwania na Święta Bożego Narodzenia.  

Moja ocena: 5/6

Autor: Ingelin Angerborn
Ilustracje: Per Gustavsson
Tytuł: "Kosmiczne święta"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 100
Rok wydania: 2018
Zakamarki
 

O nieobecności - "Nie ma" Mariusz Szczygieł

dosia1331
100_38781
 
Kiedy już wiem, że nie jestem nieśmiertelny, żyję inaczej.
(Hanna Krall właśnie do mnie napisała, żebym był czujny i nie formułował zbyt łatwo złotych myśli. A jeśli już, to z powątpiewaniem, zastanowieniem, znakiem zapytania, z bezradnością i jakby prosząc o radę).
Kiedy już wiem, że nie jestem nieśmiertelny, żyję inaczej?
("Nie ma", "Wybuch bomby czasu", str. 245.)
 

Myślę, Mariusz Szczygieł i widzę sympatycznego człowieka, którego ciepły głos słyszę podczas każdej z lektur jego książek. O zgrozo, słyszę głosy! A tak na poważnie, chyba nie ma w naszym kraju drugiego takiego reportera, tak otwartego na drugiego człowieka, potrafiącego usunąć się w cień i po prostu słuchać, co ten ktoś ma do powiedzenia, jaką tajemnicę skrywa i czym chciałby się podzielić ze światem. Mariusza Szczygła wyróżnia również to, że jest w ciągłym kontakcie ze swoimi czytelnikami, aktywny w mediach społecznościowych, za pośrednictwem których może gościć w domach wielu z nas. Bywa, że kupuję gazetę tylko i wyłącznie dla jego reportażu, czy wywiadu z nim. Marzę o tym, by w jego towarzystwie pospacerować ulicami Pragi i pozbyć się goryczy po niedawnej wizycie u naszych południowych sąsiadów, których nadąsane miny i lekceważący stosunek do polskich turystów bardzo negatywnie wpłynął na moją opinię o Czechach. 

Chciałam wzorem jednej z koleżanek po fachu zachęcić Was do przeczytania najnowszej książki Mariusza Szczygła używając do tego mniej niż stu słów. No, ale jak? Jak? Nie da się tego zrobić, to niewykonalne, zwłaszcza gdy jest się taką gadułą, jak ja i gdy chciałoby się sprawić, by po "Nie ma" sięgnęli wszyscy. Dziewięć lat zbierania materiału do książki zaowocowało tekstami różnorodnymi, ale wszystkie mają wspólny mianownik, nieobecność. Jedne z nich są krótkie, wręcz minimalistyczne, bo jednozdaniowe, inne nowatorskie, jak chociażby "Bilans Ewy" albo ten miejscami wykropkowany, czyli "Rzeka", co aż prosi się o uzupełnienie, a czego dokonać może każdy z nas. Są w tym zbiorze również teksty dłuższe, a wśród nich znakomity "Nieznajomy wróg jakiś" o siostrach Woźniackich, czy wstrząsająca i chyba najmocniejsza w "Nie ma" opowieść o kobiecie-potworze, która w bestialski sposób zamordowała kilkuletniego chłopca i która po odsiedzeniu części wyroku wyszła na wolność za dobre sprawowanie, by później pracować jako nauczyciel matematyki i... katechetka. Być może znacie tę historię, bo ukazała się w "Dużym Formacie" w czerwcu 2013 r. 

"Nie ma" to historie o utracie, fizycznym poczuciu pustki po odejściu najbliższej osoby i oswajania się z tym faktem. Ale to także opowieści o tym, jak bardzo różnymi jesteśmy ludźmi i jak odmiennie postrzegamy rzeczywistość. Dla każdego z nas tytułowe nie ma posiada zupełnie inny wymiar i ciężar. Mariusz Szczygieł sugestywnie i bez patosu odkrywa przed czytelnikiem kolejne historie, często wzbogacając je odautorskim komentarzem. Wszystko ma swój koniec i w "Nie ma" został on przepięknie zaakcentowany pod postacią dedykacji. Wszyscy kiedyś staniemy się nieobecni, a o tym, że byliśmy świadczyć będą wspomnienia, fotografie i być może jakieś rzeczy. "Nie ma" to lektura o dużym ładunku emocjonalnym, zwłaszcza że niektóre teksty są niesłychanie wymagające, a co najważniejsze, mocno zapadają w pamięć i, mam nadzieję, nikogo z nas nie pozostawią obojętnym. Lektura obowiązkowa.

Moja ocena: 6/6

Autor: Mariusz Szczygieł
Tytuł: "Nie ma"
Oprawa: miękka 
Ilość stron: 334
Rok wydania: 2018
Dowody na Istnienie

Młodość kontra starość - "Ucho Igielne" Wiesława Myśliwskiego

dosia1331

100_3780

Wybitna, czy przeciętna? Fascynująca, czy zwyczajnie nudna? Pięknie napisana, czy tylko poprawnie? "Ucho Igielne", najnowsza powieść Wiesława Myśliwskiego i jednocześnie książka, którą czytałam nieprzyzwoicie długo, bo prawie dwa tygodnie. Wcześniej z niecierpliwością na nią czekałam. Teraz jestem po lekturze i miotam się między zachwytem a delikatnym rozczarowaniem, co w jakiś sposób jest dla mnie niewygodne, zwłaszcza że Wiesław Myśliwski należy do grona moich ulubionych pisarzy, a jego "Traktat o łuskaniu fasoli" uważam za arcydzieło polskiej literatury współczesnej. Skąd te ambiwalentne uczucia, jeśli chodzi o "Ucho Igielne"? Podstawowym zarzutem jest fakt, że niestety trochę mi się to czytanie dłużyło i naprawdę trudno mi w to uwierzyć, bo wcześniejsze powieści dwukrotnego laureata Nike pochłaniałam w iście ekspresowym tempie, z poczuciem fenomenalnie spędzonego czasu na lekturze i z gonitwą myśli, którą traktowałam jako nieodłączny element obcowania z twórczością Myśliwskiego. Jest w "Uchu Igielnym" sporo ważnej treści, kilka fragmentów, które można traktować jak sentencje, ale też momentów wypadających banalnie, jak chociażby rozważania nad przemijalnością miejsc.

Najnowsza książka Wiesława Myśliwskiego to opowieść o zderzeniu młodości ze starością, historia tego, jak pamiętamy różne etapy naszego życia, jakich wyborów dokonujemy i co za nimi stoi. Konfrontacja przeszłości z przyszłością i teraźniejszość, której w zasadzie nie ma, bo z chwilą, kiedy myślimy o czymś, co dzieje się tu i teraz, to przecież czas płynie, a więc teraźniejszość staje się przeszłością. Myśliwski dał się poznać, jako wspaniały gawędziarz i nie inaczej jest w "Uchu Igielnym", ale mam wrażenie, że ta opowieść jest chwilami, kolokwialnie rzecz ujmując, przegadana. Albo tylko tak mi się wydaje. Jest jednak coś absolutnie magicznego w powtarzalności pewnego wspomnienia, a mianowicie: "przez Ucho Igielne do tej dawnej, dzikiej, zielonej doliny", które kilkakrotnie pojawia się w powieści, jak refren w piosence. Zresztą ta metafora jest chętnie wykorzystywana w literaturze, sztuce i architekturze. Furta Dominikańska w murach obronnych Sandomierza jest jej znakomitym przykładem, ale takich miejsc na świecie jest znacznie więcej. Kluczem do opowieści Myśliwskiego, oprócz tego, o czym wspomniałam wcześniej, a więc znaczeniem ucha igielnego, jest przepowiednia, którą bohater usłyszał w młodości, a która dotyczyła długości jego życia. Co się zatem stanie, gdy ten wiek zostanie osiągnięty? Wszystko i nic, bo przepowiednia wcale nie musi się spełnić, a jeśli nawet? Bohater "Ucha Igielnego" dzięki niej wraca do przeszłości, analizuje wydarzenia sprzed lat i oprowadza czytelnika po miejscach dla niego ważnych. Przedstawia rodzinę, przyjaciół, znajomych i kobietę, którą kochał. Pozwala mu to w pewien sposób raz jeszcze przeżyć wszystko, co bezpowrotnie minęło, a co być może wtedy rozumiał i postrzegał zupełnie inaczej niż dzisiaj. Ta sentymentalna podróż jest również dla czytelnika niezwykle ciekawym doświadczeniem, bo ukazującym przemiany, które dokonały się na przestrzeni lat. Niespieszna narracja jest zatem w pełni uzasadniona. Książka, choć jest powieścią, przypomina przypowieść z całym bogactwem życiowej mądrości. Myśliwski zadaje pytania, ale jednocześnie nie daje gotowych odpowiedzi, na te czytelnik musi sam odpowiedzieć. Wiesław Myśliwski w jednym z wywiadów powiedział, że literatura jest sztuką słowa i "Ucho Igielne" w warstwie językowej na pewno nią jest. 

Moja ocena: 5/6

Autor: Wiesław Myśliwski
Tytuł: "Ucho Igielne"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 425
Rok wydania: 2018
Znak

"Niezwykłe przyjaźnie. W świecie roślin i zwierząt" Emilia Dziubak

dosia1331

100_3850

Bardzo lubimy ilustracje Emilii Dziubak i z przyjemnością sięgamy po kolejne książki, które oprócz dobrej zabawy gwarantują dzieciom solidną lekcję na temat przyrody.

"Niezwykłe przyjaźnie. W świecie roślin i zwierząt" to historia Homera, który pewnego dnia wyrusza w świat w poszukiwaniu prawdziwego przyjaciela. Kocur podgląda inne zwierzaki oraz rośliny i bacznie obserwuje, kto z nich mógłby zostać jego przyjacielem. Homer wie, że ta wyprawa nie będzie łatwa, bo musi zebrać sporo informacji i przede wszystkim dokonać właściwego wyboru. Jak wiadomo, koty są dość specyficzne, lubią chadzać własnymi ścieżkami, są obrażalskie i czasami zbyt pewne siebie. Znalezienie prawdziwego przyjaciela może się nie udać, kiedy ma się nadąsaną minę i charakterek, którego nie powstydziłaby się Mała Mi. Ale Homer się nie poddaje i szuka towarzysza na całe życie, a to czego się dowie na zawsze zmieni jego stosunek do otoczenia.

Książka w przystępny i obrazowy sposób ukazuje świat fauny i flory. Zwraca uwagę na fakt, że niektóre rośliny i zwierzęta żyją bardzo blisko siebie, choć nie należą do tego samego gatunku. Wspierają się, pielęgnują oraz ostrzegają w razie niebezpieczeństwa. Są również takie, które tylko udają przyjaciół, by zwabić ewentualnego przybysza, a potem ze smakiem go skonsumować. Ciekawostek z życia grzybów, roślin i zwierząt jest w książce wiele, a dzieciaki mają okazję z bliska przyjrzeć się ich relacjom.

Nie do przegapienia.

100_3855

Moja ocena: 5/6
 
Ilustracje: Emilia Dziubak
Tytuł: "Niezwykłe przyjaźnie. W świecie roślin i zwierząt" 
Oprawa: twarda
Ilość stron: 28
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

Słowa na niedzielę...

dosia1331

Czy można przejść obojętnie obok książki, która rozpoczyna się w te sposób? Panie i Panowie, oto Cassandra, charyzmatyczna bohaterka powieści Dodie Smith, "Zdobywam zamek", książki zaliczanej do klasyki literatury angielskiej.

"Piszę, siedząc na kuchennym zlewie. To znaczy - trzymam w nim nogi; reszta mnie siedzi na blacie suszarki, którą wymościłam kocykiem naszego psa i ocieplaczem na dzbanek do herbaty. Nie mogę powiedzieć żeby było mi naprawdę wygodnie, no i jest coś przygnębiającego w zapachu karbolowego mydła, ale tylko do tej części kuchni dochodzi jeszcze trochę światła dziennego. I wiem już, że siedzenie w miejscu, gdzie się wcześniej nigdy nie siedziało, może być inspirujące - swój najlepszy wiersz napisałam na kurniku. Ale i tak nie był to dobry wiersz. Stwierdziłam, że moja poezja jest tak zła, że nie wolno mi pisać nic więcej." 

Dodie Smith, "Zdobywam zamek", str. 7, Świat Książki, Warszawa 2013 r. 

Do miłego zaczytania! 

A może picturebook? "Pewnego razu w Londynie" Gregory Rogers

dosia1331

100_3790

Żeby była jasność, nie jestem fanką picturebooków, nie przepadam za tego rodzaju książkami, ale wiem, że dzieci bardzo je lubią, bo są znakomitym polem do popisu dla ich wyobraźni. Zresztą wielokrotnie mogłam się o tym przekonać, kiedy moja córka wymyślała własną opowieść na temat zamieszczonych w książce ilustracji albo interpretowała je w taki sposób, że płakaliśmy ze śmiechu. 

Picturebook, czyli? No właśnie, dlaczego wciąż posługujemy się taką o formą, może należałoby poszukać w języku polskim odpowiednika tego słowa. Picturebooki to historie obrazkowe, a więc opowieści pozbawione tekstu. Nie byłabym sobą, gdybym nie zaproponowała dzieciom zabawy i muszę przyznać, że ich słowotwórcze zdolności zrobiły na mnie wrażenie.  Z kilku mniej i bardziej poważnych propozycji wybraliśmy... obrazkowca. Nie mam pojęcia, czy nasza nazwa w pełni oddaje to, czym faktycznie jest picturebook, ale przewodnicząca, Zosia, uznała, że tak ma być i już. Nie ma picturebooka, jest obrazkowiec i basta! 

Przyznaję, że mój początkowy sceptycyzm szybko ustąpił miejsca ciekawości. Gregory Rogers nie proponuje banalnej historyjki, ale ambitną opowieść w stylu, co by było, gdybyśmy mogli podróżować w czasie. Okazuje się, że ewentualna kapsuła czasu w postaci skomplikowanej maszynerii jest absolutnie zbędna, o czym przekonał się pewien chłopiec, który trafił na scenę Globe Theatre za panowania Tudorów. Jak to się stało? Cóż, wystarczy piłka, zbita szyba w teatrze i peleryna, by przenieść się do czasów elżbietańskich, na dodatek wprost przed szekspirowską widownię. Nie opowiem, co się wydarzyło, kogo chłopiec spotkał, przed kim uciekał, ani z kim się zaprzyjaźnił. Otwórzcie książkę i przekonajcie się, jak wyglądał świat kilkaset lat temu.

Na uwagę zasługują akwarelowe ilustracje, które doskonale przybliżają czasy panowania królowej Elżbiety (budynki, stroje z epoki). Dynamiczna i barwa opowieść Rogersa spodoba się dzieciom w różnym wieku, zwłaszcza że ilość szczegółów do zauważenia i możliwości interpretacji tej historii jest wiele. Nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was do Londynu. Warto!

100_3792

Moja ocena: 5/6

Autor: Gregory Rogers
Tytuł: "Pewnego razu w Londynie"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 40
Rok wydania: 2018
Literówka

Zdecydowanie przyciąga - "Magnes" Lars Saabye Christensen

dosia1331

100_3771

Przyznaję, że "Magnes" Larsa Saabye Christensena jest dla mnie miłym zaskoczeniem, zresztą bardzo dobrze czytało mi się tę powieść i nie ukrywam, że zaznaczyłam w niej mnóstwo ciekawych fragmentów. Pod koniec lektury książka mieniła się wszystkimi kolorami tęczy, co tylko potwierdza fakt, że spotkanie z prozą norweskiego pisarza uważam za udane. Jeżeli z góry skreślacie książki liczące sobie więcej, niż czterysta stron, to być może w ogóle nie weźmiecie pod uwagę "Magnesu", ale czasem warto dać szansę dłuższej opowieści, zwłaszcza gdy jest tak wybornie napisana. Momenty przegadania, które tu i ówdzie się autorowi przytrafiły, wspaniałomyślnie wybaczam. Gadulstwo może być całkiem przyjemne.

Lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku, Oslo. Synne Sager i Jokum Jokumsen. Nic nie wskazywało na to, że tych dwoje połączy coś więcej, niż przyjaźń. A jednak zakompleksiony Jokum i pewna siebie Synne postanowili być razem. Przewrażliwiony na punkcie swojego wzrostu i nietypowego imienia mężczyzna był przekonany, że już zawsze będzie obiektem niewybrednych żartów. Piękna Synne na pozór nie boryka się z żadnymi problemami, ale dorastanie w nieszczęśliwej rodzinie to bagaż na całe życie i jego ciężar wielokrotnie da o sobie znać. Nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy tych dwojga, gdyby nie obiad, na który Jokum zaprosił koleżankę z miasteczka studenckiego. Student literatury i studentka historii sztuki zostają parą. Jakiś czas później wyruszają do San Francisco. Żyli długo i szczęśliwie? To byłoby zbyt proste, bo rzeczywistość często weryfikuje plany i marzenia. Zresztą nic nie trwa wiecznie. Poza tym zawsze istnieje ryzyko, że jedna ze stron kocha tak mocno, że nie zauważa pewnych sygnałów albo nie chce ich dostrzec. No, właśnie, jak to jest z tą miłością Synne i Jokuma, i czy w ogóle tak można określić łączącą ich relację? O tym przekonacie się czytając powieść Larsa Saabye Christensena. 

Nie ukrywam, że "Magnes" robi wrażenie i to nie tylko za sprawą objętości, czyli ponad tysiąca stron do przeczytania, ale przede wszystkim dlatego, że to znakomicie napisana książka. Epicki rozmach, ciekawa kompozycja, świetnie kreacje, zwłaszcza głównych bohaterów i coś w rodzaju gry autora toczonej z czytelnikiem w postaci dygresji, jak chociażby ta, którą pozwalam sobie zacytować: "No, owszem, czas, czytanie wymaga czasu i nawet jeśli człowiek poświęca na lekturę cały czas, jaki ma do dyspozycji - a musi, niestety, również pracować, między innymi po to, aby było go stać na zakup książek - to i tak nie starczy mu czasu na przeczytanie wszystkiego. Innymi słowy, istnieje radykalna niewspółmierność pomiędzy czasem a literaturą, a ponieważ na czas nie bardzo da się wpłynąć, powinno się zamiast tego ograniczyć literaturę; można by sobie wyobrazić lata wolne od wydań nowych książek, żeby czytelnicy mogli nadgonić, uzupełnić braki, zaktualizować się na tyle, na ile to możliwe; nie byłoby również nierozsądne narzucenie pewnych ograniczeń autorom, często cierpiącym na słowotok i próżnym, za to pozbawionym korekty wstydu, co bywa bardzo nieszczęśliwą kombinacją". Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Christensen puszcza czytelnikowi oko i jednocześnie trochę się tłumaczy. Dodam tylko, że takich smaczków jest w powieści norweskiego pisarza znacznie więcej i naprawdę trudno przejść obok nich obojętnie. Poza tym "Magnes" przyciąga interesującą fabułą, bo miłość, która wydaje się być na pierwszym planie, często stanowi tło dla innych tematów i mam tutaj na myśli sztukę, literaturę, kulturę. Ale to również opowieść o czasie, zwłaszcza że z każdym dniem jesteśmy coraz bliżej końca naszego życia i chyba tylko fotografie potrafią ten czas w pewien sposób zatrzymać i różne wydarzenia utrwalić. 

100_3776

Książka nie na jeden, a z pewnością kilka wieczorów, ale absolutnie warta poświęconego na nią czasu. Niebanalna proza Larsa Saabye Christensena spodoba się czytelnikom, którzy w literaturze szukają czegoś więcej. 

Moja ocena: 5/6

Autor: Lars Saabye Christensen
Tytuł: "Magnes"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 1041
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo Literackie

Słowa na niedzielę...

dosia1331

100_3753

Listopad bez "Doliny Muminków w listopadzie" nie byłby, że się tak wyrażę, listopadowy. Zapraszam na drugą odsłonę cyklu: Słowa na niedzielę.

"Filifionka wiedziała, że nadeszła jesień, i zamknęła się w środku. Jej dom wydawał się całkowicie nieprzystępny i opustoszały. Lecz ona była w nim, schowana w jego najgłębszym wnętrzu, za szczelnymi ścianami i murem świerków zasłaniających okna.           
Spokojne przechodzenie jesieni w zimę wcale nie jest przykrym okresem. Zabezpiecza się wtedy różne rzeczy, gromadzi się i chowa jak największą ilość zapasów. Przyjemnie jest zebrać wszystko, co się ma, tuż przy sobie, możliwie najbliżej, zmagazynować swoje ciepło i myśli i skryć się w głębokiej dziurze, w samiutkim środku, tam gdzie bezpiecznie, gdzie można bronić tego, co ważne i cenne, i swoje własne. A potem niech sobie sztormy, ziąb i ciemności przychodzą, kiedy chcą. Niech się tłuką o ściany, szukając po omacku wejścia, i tak go nie znajdą, bo wszystko jest zamknięte, a w środku siedzi ten, kto był przezorny, siedzi i śmieje się, zadowolony z ciepła i samotności.               
Są tacy, co zostają w domu, i tacy, co odchodzą. Zawsze tak było. Każdy może sam wybrać, ale musi to zrobić, póki jeszcze czas, i w żadnym razie nie rozmyślić się."
 
100_3761
 
Tove Jansson, "Dolina Muminków w listopadzie" (zbiorowe wydanie, księga druga), str. 405, "Nasza Księgarnia", Warszawa 2014 r.

 

Do miłego zaczytania!

Cukierek albo psikus? Wybieram "Dziady" Adama Mickiewicza

dosia1331

100_3730

"Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,
Co to będzie, co to będzie?"
 

Nie mam nic przeciwko Halloween, udekorowanym dyniom, fikuśnym kapeluszom, upiornie pomalowanym twarzom itp. itd. Jednak dla mnie to dzień, jak każdy inny, nie celebruję go, nie pozwalam moim dzieciom pukać do drzwi obcych domów w nadziei na zebranie worka słodyczy. Koszmarne kostiumy też nie wchodzą w grę. Z drugiej strony nie zabraniam im wykonania z dyni lampionu lub innych ozdób nawiązujących do tego święta. Jednak wszystko w granicach rozsądku i bez szaleństwa rodem z horroru. Poza tym gdzieś z tyłu głowy zawsze pojawia się myśl, że to nie jest nasze święto, tylko efekt mody, a właściwie kopiowanie innej kultury. Korowody zombie, zwłaszcza na amerykańskich ulicach, które tego dnia pokazują wszystkie stacje telewizyjne, też mnie nie bawią, raczej zastanawiam się, po co oni to robią? Zdecydowanie bliższa jest mi słowiańska tradycja, czyli Dziady.

100_3247

Noc z 31 października na 1 listopada zawsze uważano za wyjątkową, wręcz magiczną. Wierzono, że wtedy przenika się świat żywych i zmarłych, dlatego powinno się odpowiednio ugościć ewentualnego przybysza z zaświatów, a rozpalone ogniska miały wskazywać mu drogę do domu. Ludzie byli przekonani, że w tę noc dzieją się rzeczy niewytłumaczalne, a i obecność demonów jest bardzo prawdopodobna, stąd różne metody odstraszania złych mocy. Wiele z tych obrzędów zostało utrwalonych w literaturze i sztuce, a znakomitym tego przykładem jest II część "Dziadów" Adama Mickiewicza.

20181031_202723

Cukierek albo psikus? Wybieram "Dziady" Adama Mickiewicza. Poznajcie albo przypomnijcie sobie ten znakomity utwór dramatyczny oraz otwierający go wiersz, "Upiór", którego fragment pozwalam sobie zacytować:

"Serce ustało, pierś już lodowata,
Ścięły się usta i oczy zawarły;
Na świecie jeszcze, lecz już nie dla świata!
Cóż to za człowiek? - Umarły."

 

 

Kolorowa "Rafa koralowa" Katarzyny Bajerowicz

dosia1331
100_3699
 
"Rafa koralowa" Katarzyny Bajerowicz to kolejna bardzo ciekawa książka dla dzieci, która właśnie ukazała się na rynku wydawniczym nakładem "Naszej Księgarni" i która od razu przypadła nam do gustu. Jak zwykle lekturę rozpoczęliśmy od wertowana książki i przyznaję, że jest nie tylko ładnie wydana, ale zawiera mnóstwo ciekawej i ważnej treści. Podwodny świat jest na tyle interesujący, że podglądanie tego, co dzieje się pod powierzchnią wody stanowi czystą przyjemność, a przy okazji wartościową lekcję o faunie i florze. Dziecko ma okazję nie tylko poznać mieszkańców rafy koralowej, ale w ogóle dowiedzieć się, czym ona jest i jakie zadanie spełnia, co stanowi zagrożenie dla jej istnienia i w jaki sposób należy postępować, by minimalizować negatywne skutki postępu cywilizacyjnego. Sporo mówi się obecnie o plastiku oraz jego fatalnym wpływie na środowisko i o tym również przeczytacie w książce. W morzach i oceanach znajdują się tony śmieci, które niszczą przyrodę i przyczyniają się do wymierania kolejnych gatunków roślin i zwierząt. Przeglądając książkę Katarzyny Bajerowicz warto porozmawiać z dzieckiem na temat ekologii, by wiedziało, jak ważne jest dbanie o Ziemię, która jest naszym wspólnym domem. 
 
100_3708
 100_3714
 
Bohaterami książki są żółwie, kolorowe rybki, ośmiornica, rozgwiazdy, raki pustelniki, koniki morskie, płaszczka i wiele innych ciekawych stworzeń, które wiodą różny tryb życia, nocny i dzienny. Zresztą rafa koralowa tętni życiem nieustannie i jest po prostu zjawiskowa. Koralowce potrafią się rozmnażać, co należy do jednych z najpiękniejszych zjawisk w przyrodzie. Ten swoisty spektakl można obserwować tylko raz w roku, po pełni księżyca. Wówczas nad rafą unoszą się komórki rozrodcze, a ruch wody i gra świateł tworzą niesamowite wrażenie. Rafa koralowa to cud natury, olbrzymi ekosystem i schronienie dla licznych gatunków stworzeń.
 
100_3712
 
Jeżeli macie w domu małego wielbiciela przyrody, to "Rafa koralowa" z pewnością okaże się strzałem w dziesiątkę. Poza tym to znakomita książka dla dzieci, które lubią zajęcia plastyczne. Na pewno ucieszy je możliwość wykonania akwarium i kolorowych mieszkańców rafy koralowej.  
 
Moja ocena: 5/6
 
Autor: Katarzyna Bajerowicz
Tytuł: "Rafa koralowa" 
Oprawa: twarda
Ilość stron: 28
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

Słowa na niedzielę - zapowiedź nowego cyklu na blogu

dosia1331

Często pytacie, co aktualnie czytam albo jaką książkę, niekoniecznie nowość, polecam. Nie ukrywam, że bardzo cieszy mnie to zainteresowanie, a świadomość, że tak licznie i chętnie odwiedzacie mnie na blogu z pewnością motywuje do kontynuowania tej  przygody. Większość z Was doskonale wie, że nie jestem w stanie prezentować wszystkich lektur i niestety wiele wspaniałych książek po prostu pomijam. Wychodząc naprzeciw Waszym oczekiwaniom postanowiłam rozpocząć na blogu nowy cykl, a mianowicie Słowa na niedzielę, w którym za pomocą wybranego fragmentu książki spróbuję zachęcić Was do jej przeczytania. Nie będę zdradzać fabuły, ani dzielić się wrażeniami na jej temat. Sami zdecydujecie, czy wybrany przeze mnie fragment książki jest na tyle interesujący, by sięgnąć po tytuł. W ten sposób na blogu pojawi się znacznie więcej książek, które moim zdaniem zasługują na uwagę. To tak tytułem wstępu. Zapraszam na pierwszą odsłonę cyklu.

100_3716

"No, owszem, czas, czytanie wymaga czasu i nawet jeśli człowiek poświęca na lekturę cały czas, jaki ma do dyspozycji - a musi, niestety, również pracować, między innymi po to, aby było go stać na zakup książek - to i tak nie starczy mu czasu na przeczytanie wszystkiego. Innymi słowy, istnieje radykalna niewspółmierność pomiędzy czasem a literaturą, a ponieważ na czas nie bardzo da się wpłynąć, powinno się zamiast tego ograniczyć literaturę; można by sobie wyobrazić lata wolne od wydań nowych książek, żeby czytelnicy mogli nadgonić, uzupełnić braki, zaktualizować się na tyle, na ile to możliwe; nie byłoby również nierozsądne narzucenie pewnych ograniczeń autorom, często cierpiącym na słowotok i próżnym, za to pozbawionym korekty wstydu, co bywa bardzo nieszczęśliwą kombinacją".

Lars Saabye Christensen, "Magnes", str. 21, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018 r.

Do miłego zaczytania!

O przyjaźni Astrid Lindgren z Louise Hartung - "Ja także żyłam! Korespondencja"

dosia1331

100_3686

Bardzo ubolewam nad tym, że chyba bezpowrotnie minęły czasy, kiedy ludzie pisali do siebie listy. Było w tym coś absolutnie magicznego. Pamiętam, jak kupowało się papeterię, wybierało spośród różnych wzorów ten najbardziej nam odpowiadający. Przez kilka lat korespondowałam z poznaną na Węgrzech Monicą, która miała przepiękny charakter pisma i tylko ja wiem, ile wysiłku wkładałam w to, by moje pismo wyglądało znośnie. Nie do końca jestem przekonana, czy lektura cudzej korespondencji należy do moich ulubionych zajęć, ale są postaci, które na tyle mnie fascynują, że listy traktuję jako kolejne źródło wiedzy na ich temat. 

Doskonale wiecie, że uwielbiam twórczość Astrid Lindgren, że co jakiś czas prezentuję na blogu jej książki i niezmiennie zachwycam się niebywałym talentem prozatorskim słynnej na całym świecie szwedzkiej pisarki. Wracam do jej książek i otulam się nimi, jak ciepłym kocem, bo kojarzą mi się z beztroskim czasem dzieciństwa. Moja fascynacja Astrid Lindgren i niepohamowany apetyt na jej książki trwa odkąd pamiętam, ale jak można nie kochać kobiety, która podarowała czytelnikom tak wiele pięknych historii. Astrid Lindgren daleka była od pouczania, moralizowania i nakazywania czegokolwiek w swojej twórczości. Autorka "Pippi Pończoszanki" znana była z ogromnego poczucia humoru, dystansu oraz dużej skromności. Życie spędziła w mieszkaniu przy ulicy Dalagatan 46 w Sztokholmie, gdzie ponoć wszędzie leżały książki jej autorstwa. O niezwykłej popularności Astrid Lindgren świadczy nie tylko ilość sprzedanych książek, ekranizacje jej powieści, czy nagrody literackie, ale również fakt, że jej imieniem Rosjanie nazwali jedną z asteroid (3204), co sama zainteresowana skwitowała z właściwym sobie wdziękiem i poczuciem humoru słowami: "od tej chwili możecie o mnie mówić Asteroida Lindgren". 

Wybaczcie mi to odejście od tematu, bo miało być o listach, które Astrid Lindgren wymieniała z Louise Hartung. Zatem do rzeczy. Ich korespondencja to ponad sześćset listów pisanych przez jedenaście lat przyjaźni. Panie po raz pierwszy spotkały się w powojennej Europie i szybko doszły do wniosku, że bardzo wiele je łączy i świetnie czują się w swoim towarzystwie. Astrid podziwiała Louise i wiele razy dawała temu wyraz w listach do niej adresowanych. Louise była zafascynowana postacią pisarki i jednocześnie zdeterminowaną pracownicą Głównego Urzędu do Spraw Młodzieży w Berlinie, której celem było wprowadzenie książek Astrid Lindgren na niemiecki rynek wydawniczy. Z listów wyłania się obraz dwóch nietuzinkowych kobiet, odważnych i przebojowych, świetnie orientujących się w sprawach dotyczących kultury, literatury i polityki. Obie zapracowane do granic możliwości, ale potrafiące wyłuskać odrobinę czasu, by w liście zrelacjonować jakieś wydarzenia, zwierzyć się ze słabości, podzielić wrażeniami na temat przeczytanej książki. Louise to silna osobowość, zahartowana przez wojnę kobieta, która wiele przeżyła i wiele złego widziała. Astrid to wrażliwa dusza, uosobienie dobroci, znakomita obserwatorka i interpretatorka ówczesnej rzeczywistości. Uderzające jest w tej korespondencji to, że jest ona niczym rozmowa, wprawdzie na odległość, ale jednak rozmowa. Panie doskonale się uzupełniały, jakby czytały w swoich myślach. Znikały gdzieś dzielące je kilometry, a pozostawała niczym nieskrępowana dyskusja dosłownie o wszystkim. Astrid Lindgren była dla Louise Hartung kimś więcej niż tylko przyjaciółką, ale ta znajomość nigdy nie przerodziła się w coś poważniejszego, z czym ta druga nie do końca potrafiła się pogodzić.

Nie ukrywam, że tę korespondencję czyta się znakomicie, zwłaszcza że jest skarbnicą wiedzy na temat obu bohaterek, ale również świadectwem tamtych czasów. Na uwagę zasługuje charakter tych listów, dobór słów, dbałość o szczegóły. To wszystko jest po prostu pięknie napisane. I te czarno-białe zdjęcia Astrid Lindgren i Louise Hartung. Lektura obowiązkowa.

Moja ocena: 6/6

Autorki: Astrid Lindgren, Louise Hartung
Tytuł: "Ja także żyłam! Korespondencja"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 576
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

W podróży po Rosji -"To jest taki Russian Style!" Maciej Stroiński

dosia1331

100_3667

Nastawiłam się na porządny reportaż, na arcyciekawą opowieść o Rosji, a otrzymałam książkę, o której właściwie mam niewiele do powiedzenia, bo nie znalazłam w niej nic szczególnego. Wprawdzie na moją wyobraźnię chwilowo podziałała podróż autora Koleją Transsyberyjską, ale opisał ją w tak oszczędny sposób, że właściwie pamiętam tylko tyle, że gdzieś w trakcie postoju pociąg odjechał bez pewnej rodziny. No, ale tak to ponoć w Rosji jest, że punktualność to sprawa bardzo umowna, a pasażerowie wcale nie muszą zostać powiadomieni o zmianie rozkładu jazdy i nikogo nie obchodzi, czy zdążyli wsiąść. 

Nie mam pojęcia, czy obecna Rosja przypomina tę opisaną w książce, zwłaszcza że "To jest taki Russian Style!" jest zapisem podróży, którą Maciej Stroiński odbył piętnaście lat temu w towarzystwie kolegi, Arkadiusza Kotlińskiego. Ich zawodowe drogi dawno się rozeszły. Kotliński wrócił jeszcze do Irkucka, ale Stroiński do Rosji ponownie się nie wybrał, więc to, o czym możemy przeczytać w książce niekoniecznie jest aktualne. Wprawdzie Bajkał wciąż znajduje się w tym samym miejscu i pewnie było kilku śmiałków, którzy podobnie, jak autor zdecydowali się wskoczyć do najgłębszego jeziora na świecie, a obowiązkowym punktem każdej wycieczki nadal jest przepiękna Cerkiew Błogosławionego Wasyla na Placu Czerwonym, to jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że teraz pewnie powstałaby kompletnie inna opowieść. Poza tym w trakcie lektury zastanawiałam się, czy ta podróż była odpowiednio zorganizowana, bo tłumaczenie wszystkiego hasłem: "To jest taki Russian Style!" wydaje mi się dość powierzchowne. Zabrakło mi głębszej analizy tego, co wydarzyło się w trakcie podróży przez Rosję, a pragnę zauważyć, że bohaterowie tej książki pokonali 12 000 kilometrów, więc z pewnością było o czym pisać. Zachwyty nad rudą milicjantką w bluzce bez stanika przemilczę. Sytuację ratuje opowieść o kopalni złota i strażniku gotowym użyć broni na wypadek ewentualnej kradzieży. Jednak najlepsze fragmenty w książce dotyczą zwykłych ludzi, ich gościnności, serdeczności i ciekawości drugiego człowieka. Ale moje największe zastrzeżenia budzi styl, w jakim ta książka została napisana, trochę szkolny, co jest dość zaskakujące, zważywszy na fakt, że autor jest doświadczonym dziennikarzem.

100_3672

"To jest taki Russian Style!" to przystępnie napisana książka na jeden wieczór, która pokazuje zderzenie autora z rosyjską rzeczywistością, na którą chyba nie był przygotowany. Irytujące są zwłaszcza utarczki ze służbami mundurowymi i nieco dziecinne zachowanie autora w trakcie wyjaśniania różnych sytuacji. Dużo większą dojrzałością wykazał się jego towarzysz podróży, który wyszedł z założenia, że w Rosji absurd goni absurd i albo się podporządkujesz, albo będziesz miał kłopoty. 

Moja ocena: 4/6

Autor: Maciej Stroiński
Tytuł: "To jest taki Russian Style! 12 000 kilometrów na kraniec Rosji... i z powrotem"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 208
Rok wydania: 2018 
Oficyna 4eM

"Filip, lis i magia słów" Elżbieta Zubrzycka

dosia1331

100_3644

Mało obrazków - stanowczo stwierdza Zosia. Ale zobacz, jakie ładne - odpowiadam córce i pokazuję kolejne ilustracje w nadziei, że zmieni zdanie, bo coś mi się wydaje, że nie o ilość chodzi. Wcale nie, ten królik ma złą buzię - ripostuje Zośka i naśladuje minę jednej z postaci. Może coś go zdenerwowało - próbuję ratować sytuację, bo jestem po lekturze i wiem w czym rzecz. 

Nie mam pojęcia, dlaczego moja córka tak surowo oceniła ilustracje Klary Wincenty, bo ja jestem innego zdania. Bardzo podobają mi się zwłaszcza te, które stanowią połączenie fotografii z ilustracją. Zresztą pięknie uzupełniają leśną opowieść Elżbiety Zubrzyckiej. Nie znam poprzednich tomów tej serii, ale z przyjemnością do nich zajrzę, bo "Filip, lis i magia słów" to nie tylko ciekawe opowieści, których bohaterami są zwierzęta, ale spora dawka wiedzy na temat dziecka, rozumienia jego potrzeb, interpretowania zachowania i emocji towarzyszących różnym sytuacjom. Dziecko jest znakomitym obserwatorem, bacznie przygląda się temu, co się wokół niego dzieje i doskonale potrafi pewne sprawy nazwać i różne słowa zapamiętać. Dobrym przykładem jest opowiadanie, w którym zajączek widzi, jak jego tata świetnie bawi się w towarzystwie innego małego zajączka i jest mu przykro, że obcemu poświęca więcej uwagi niż własnemu dziecku. Autorka wykładała psychologię na Uniwersytecie Gdańskim i prowadziła zajęcia dla dzieci, łatwo dostrzec, że jej opowieści zawierają mnóstwo wskazówek dydaktycznych dla rodziców i nauczycieli. Na podstawie książki można przygotować się do rozmowy z dzieckiem na temat dobra, zła, miłości, przyjaźni, grzeczności, posłuszeństwa wobec rodziców oraz ekologii. Poza tym można wykorzystać tę książkę na zajęciach szkolnych. A dla dzieci lubiących bawić się w teatr niespodzianka na końcu publikacji.

100_36392

"My dorośli często mamy trudność w tym, by szczerze i dobrze myśleć o sobie. Nic dziwnego, dom rodzinny, wychowanie i środowisko nie zawsze dostatecznie nas wspierały. Warto to zmienić. Zamiast się po cichu krytykować - lepiej powiedzieć sobie, że rodzice są trampoliną, z której odbija się dziecko, by polecieć wyżej." Trudno nie przyznać racji autorce, bo rzeczywiście jest tak, że bardzo często wystawiamy sobie zbyt niską ocenę, widzimy wady i nie dostrzegamy zalet. O wielu sprawach nie potrafimy rozmawiać, wielu emocji nazwać. Bywa, że nieświadomie popełniamy błędy naszych rodziców. Książka dr Elżbiety Zubrzyckiej może zatem pełnić rolę terapeutyczną, bo w sposób jasny i klarowny pokazuje naszą codzienność. Też czasem, jak bohaterowie książki, jesteśmy zmęczeni, źli, nieodpowiedzialni albo niewłaściwie oceniamy pewne sytuacje. Zdarza nam się również używać krzywdzących słów, które ktoś inny może pamiętać latami. Elżbieta Zubrzycka podpowiada, jak rozmawiać z dzieckiem i jakich błędów wychowawczych unikać. 

Moja ocena: 6/6

Autor: Elżbieta Zubrzycka
Tytuł: "Filip, lis i magia słów"
Ilustracja: Klara Wincenty
Ilość stron: 128
Rok wydania: 2018
Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne 

 

W poszukiwaniu siebie - "Jezioro" Bianca Bellová

dosia1331

100_3263

Spacerując kilka dni temu urokliwymi ulicami Pragi natknęłam się na kilka niewielkich księgarń. Była to dla mnie doskonała okazja by sprawdzić, co czytają nasi sąsiedzi, zwłaszcza że dyskretnie zerkałam na lektury, po które sięgali. W ofercie czeskich księgarń są również książki polskich autorów. Nie ukrywam, że podniosło mnie to trochę na duchu, bo wśród Polaków panuje słuszne przekonanie, że Czesi nas po prostu nie lubią. Miałam okazję się o tym przekonać i nie ukrywam, że ta nieodwzajemniona miłość trochę boli, ale to opowieść na zupełnie inną okazję, bo my tu przecież o literaturze, więc pozwólcie, że powrócę do tematu księgarń. Nie znalazłam ani jednej, w której miałabym ochotę zostać dłużej, pobuszować wśród regałów i wertować kolejne lektury. Zabrakło mi charakterystycznego klimatu małych księgarń, przyjaznej atmosfery, uśmiechu na twarzach pracowników, zwykłej uprzejmości. Witryny też takie sobie, raczej niefotogeniczne. Za to zauważyłam książki, które miałam przyjemność czytać w polskim przekładzie. Zresztą niektóre z nich były tak wyeksponowane, że trudno byłoby ich nie dostrzec. Mam na myśli chociażby książkę, którą przeczytałam tuż przed wyjazdem do Pragi, czyli "Jezioro" Bianki Bellovej. Wprawdzie nie opowiada o Pradze i próżno szukać w niej czeskiej mentalności, czy charakterystycznego poczucia humoru naszych południowych sąsiadów, ale z pewnością warto po nią sięgnąć. 

Boros to niewielka osada, z małą ilością mieszkańców, którzy nie mają pomysłu na poprawę jakości życia. Wierzą w Ducha Jeziora, łowią ryby i z akceptacją przyglądają się wysypce na swoich ciałach, która jest przyczyną kontaktu ze skażoną wodą i po której obok uporczywej oraz swędzącej egzemy pojawiają się inne dolegliwości. Mieszkańcy cierpią w milczeniu i z dobrodziejstwem inwentarza przyjmują to, co przynosi los. Wśród nich są dziadek, babcia i mały chłopiec. Wychowywany przez dziadków Nami dorasta i wie, że miał kiedyś mamę, bo jak przez mgłę pamięta kobietę, która się nim opiekowała, a o której babka uparcie milczy. Śmierć staruszki i różne okoliczności sprawiają, że Nami decyduje się opuścić osadę i wyruszyć w poszukiwaniu prawdy o sobie i swojej matce. 

Bianca Bellová oddała w ręce czytelników historię, która mogłaby konkurować ze znanymi powieściami dystopijnymi. Proszę nie uznać tego za komplement, bo większość z tych książek stanowi tanią rozrywkę dla nastolatek oczekujących przede wszystkim romantycznej opowieści o miłości. Pozwoliłam sobie na to uproszczenie tylko i wyłącznie z konieczności umiejscowienia "Jeziora" w konkretnym gatunku literackim. Bellová proponuje lekturę na zupełnie innym poziomie, wyprzedzającą podobne przynajmniej o kilka kroków. Poruszającą, głęboką i szalenie ciekawą historię dziecka, a potem młodego człowieka, którego celem staje się własna tożsamość. Nami czuje, że w jego życiorysie jest luka, która nie pozwala mu normalnie żyć, a jezioro jest dla niego źródłem nieszczęść, tragedii i panoszącego się zła. Poza tym po śmierci dziadków nic go w Borosie nie trzyma, zwłaszcza splugawiona przez rosyjskich żołnierzy pierwsza miłość. 

Szorstki i jednocześnie oszczędny styl Bellovej podkreśla niesamowity klimat panujący w powieści. Czeska pisarka umiejętnie stopniuje napięcie i sprawnie buduje atmosferę niepokoju. Czytelnik nie prześlizguje się przez tę historię, ale chłonie ją wszystkimi zmysłami. Autorka pozostawia dużą przestrzeń interpretacyjną, bezrefleksyjne czytanie nie ma więc racji bytu, zresztą to ten rodzaj prozy, który po prostu wymaga skupienia. Dużym atutem "Jeziora" są wyraziste postaci, każda z nich na swój sposób szczególna, wyjątkowa. Na uwagę zasługuje kompozycja powieści, podzielenie jej na cztery części, "Jajo", "Larwa", Poczwarka" "Imago", co w bardzo obrazowy sposób ukazuje przemianę głównego bohatera. Nami dorasta, dojrzewa, przepoczwarza się i przestaje patrzeć na świat oczami dziecka, któremu wystarczała jakaś tam wersja prawdy. "Jezioro" Bianki Bellovej można odczytać również jako powieść drogi, trudną i bolesną wyprawę w przeszłość. Ta podróż okaże się długa i wyczerpująca. Czy Nami znajdzie odpowiedź na wszystkie pytania? Przeczytajcie koniecznie.

Moja ocena: 5/6

Autor: Bianca Bellová
Tytuł: "Jezioro"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 224
Rok wydania: 2018 
Afera

 

© MATKA POLKA CZYTAJĄCA
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci