Menu

MATKA POLKA CZYTAJĄCA

BLOG O KSIĄŻKACH

Wakacje!

dosia1331

Od czasu do czasu pojawia się na blogu wpis z minimalną ilością tekstu, który doskonale odzwierciedla mój stan umysłu. Co tu dużo mówić, ogarnęło mnie lenistwo. Nie czytam, a podczytuję. Nadrabiam filmowe i prasowe zaległości. Śledzę zaprzyjaźnionych blogerów, którzy codziennie na bookstagramach serwują nową porcję czytelniczych nowinek i książki, które aktualnie czytają. To bardzo niebezpieczne zajęcie, bo nie obejdzie się bez zapisania kolejnego ciekawego tytułu, ewentualnie najechania kursorem na: dodaj do koszyka. Stosy książek rosną i bezczelnie przypominają o tym, że przecież miałam to wszystko przeczytać. 

Tymczasem wpatruję się w bukiet słoneczników, piję ulubione wino i cieszę się, że są wakacje. Czas na książkę znajdę na pewno.

100_2201

100_2271

100_22641

Pozdrawiam i do miłego zaczytania!

O fizjologii i anatomii... "Jak to działa? Ciało człowieka" Nikoli Kucharskiej

dosia1331

100_2238

Nie ma nic szczególnego w tym, że dziecko na pewnym etapie rozwoju zaczyna interesować się swoim ciałem, dostrzega różnice pomiędzy płciami i zadaje pytania, a te nie zawsze są łatwe. Ciekawskie maluchy są urocze, a ich dociekliwość, jak najbardziej normalna. Ale bywają sytuacje, kiedy nawet rodzic nie potrafi odpowiedzieć na zadawane przez dziecko pytania i wtedy zdziwiony wyraz twarzy dorosłego jest dla niego sygnałem, że mama albo tata nie wie i co wtedy? Ano klops, bo nasze pociechy są święcie przekonane o tym, że wiemy wszystko. Wyprowadzanie malucha z błędu może być kłopotliwe, ale z drugiej strony, po co udawać? Zresztą i tak uczymy się przez całe życie, więc to żaden wstyd czegoś nie wiedzieć. A poza tym zawsze można sięgnąć po książkę i wspólnie z dzieckiem nauczyć się czegoś nowego.

Klara, bohaterka książki Nikoli Kucharskiej, to sympatyczna i rezolutna dziewczynka, której wielkim marzeniem jest zostać lekarzem albo pielęgniarką. Klara interesuje się ciałem człowieka, funkcjonowaniem narządów wewnętrznych i zmianami zachodzącymi w wyglądzie człowieka na różnym etapie jego rozwoju. Ale nurtują ją również pozornie błahe sprawy, jak burczenie w brzuchu, zawroty głowy po zejściu z karuzeli, czy podwyższona temperatura podczas choroby. Jeśli poważnie się nad tym zastanowić i wyjaśnić dlaczego tak się dzieje i co sprawia, że nasz organizm reaguje w ten, czy inny sposób, to odpowiedź wcale prosta nie jest. Dziewczynka zadaje mnóstwo pytań, na które cierpliwie i rzeczowo odpowiada dziadek. Ale spokojnie, to nie jest czysto encyklopedyczna wiedza, lecz okraszona humorem opowieść o człowieku napisana w bardzo przystępny i obrazowy sposób. Dużym atutem publikacji są znakomite i szczegółowe ilustracje, które wspaniale objaśniają najważniejsze kwestie dotyczące ludzkiego ciała. 

100_2244

100_2257

Dowcipna, przemyślana i niezwykle wartościowa książka dla dzieci.

Moja ocena: 6/6  

Tytuł: "Jak to działa? Ciało człowieka"
Ilustracje: Nikola Kucharska 
Oprawa: twarda
Ilość stron: 32
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

Refleksje po lekturze "Ex libris" Anne Fadiman

dosia1331

100_2153

Nie mam pojęcia, dlaczego lekturę tej książki odkładałam tak długo. Otwierałam i zamykałam kilka razy. Wertowałam ją, jak dziecko w poszukiwaniu ilustracji, których rzecz jasna nie ma. A przecież zbiór esejów Anne Fadiman, pod znaczącym tytułem "Ex libris", to pozycja obowiązkowa dla każdego szanującego się mola książkowego. Teksty Fadiman są błyskotliwe, zabawne i napisane z punktu widzenia czytelnika, który ma swoje ukochane książki, ulubionych autorów, rytuały związane z czytaniem i który niczym rasowy detektyw tropi w książkach błędy i oburza się, gdy znajdzie chociażby jedną literówkę. 

Biblioteka musi być

Marzeniem mola książkowego jest pokaźnych rozmiarów biblioteka i niechaj się regały uginają, bo dom bez książek to żaden dom. Nawiasem mówiąc, musiałabym się wreszcie zmobilizować i policzyć moje książki, a jest ich naprawdę sporo i wciąż przybywają nowe. Lektura esejów Fadiman trochę mnie uspokoiła, bo nie tylko ja, co jakiś czas przestawiam książki na regałach, układam je w zależności od autora, tematu albo wydawnictwa. Nie znoszę bałaganu w ksiegozbiorze i moje książki stoją równo, jak żołnierze na państwowych uroczystościach. Poza tym wszyscy doskonale wiedzą, że jeśli biorą książkę z półki, to potem muszą ją odłożyć na to samo miejsce. I żaden kamuflaż nie pomoże, bo i tak się zorientuję.

Pożyczać, czy nie pożyczać? Oto jest pytanie

Hmm... to zależy, jak bardzo jest się przywiązanym do swoich książek i szczerze mówiąc niektórych nie pożyczę za nic w świecie. Kiedyś byłam bardziej tolerancyjna i skłonna zapomnieć, że ktoś mi książki po prostu nie oddał. Pal licho, myślałam, niech ma, może książka pójdzie w świat i zachwyci jeszcze wiele osób. Teraz, jeśli pożyczam, to zapisuję komu i nie zawaham się upomnieć, bo wychodzę z założenia, że skoro ktoś pożycza, to powinien oddać. Koniec, kropka. 

Bazgrzę po książkach, a nawet, o z grozo!, zaginam rogi

Robienie notatek na marginesach, podkreślanie fragmentów, czy nagryzmolenie jakiegoś rysunku to u mnie norma. Na usprawiedliwienie dodam, że tylko i wyłącznie ołówkiem i na tyle delikatnie, żeby jednak książki nie zniszczyć. Nie bulwersują mnie notatki w książkach, bo czasem można wiele dowiedzieć się o osobie, która je sporządziła albo przypomnieć sobie czasy, kiedy było się dzieckiem. W moim starym egzemplarzu "Dzieci z Bullerbyn" Astrid Lindgren zapisałam: musimy zrobić sobie z R. takie telefony, jak nam mamy pozwolą. Fajne, nie sądzicie? Jeśli chodzi o rysunki w książkach, to nie ma się czym chwalić, bo mój brak zdolności plastycznych jest powalający i do końca mych dni będę ciepło wspominała panią z plastyki, która ostatkiem sił powstrzymywała się od parsknięcia śmiechem na widok moich arcydzieł. Jakim cudem miałam z tego przedmiotu piątkę?! W egzemplarzu "Robinsona Crusoe" uczyłam się rysowania statku, z wiadomych rzecz jasna powodów. Niech mi Daniel Defoe wybaczy! Zaginanie rogów, to już kompletnie inna sprawa i ze wstydem przyznaję, że zdarza mi się ten haniebny czyn popełnić, ale tylko i wyłącznie wtedy, gdy książka należy do mnie. Powód - lenistwo, bo nie chce mi się tyłka ruszyć po zakładkę. Więcej grzechów nie pamiętam.

Czytnik, audiobook, czy papierowa wersja książki?

Jestem staroświecka do bólu. Nie chcę czytnika, chcę książkę! Ma szeleścić, pachnieć, być miła w dotyku. Tak, tak, wiem, że zaraz ktoś stwierdzi, że książki są do czytania, a nie do oglądania, że nie trzeba dźwigać ciężarów i takie tam ple, ple, ple. Nic i nikt mnie nie przekona, nawet nie próbujcie, bo i ja zwolenników czytnika nie nawracam na tradycyjną, czyli papierową wersję książki. Jeśli chodzi o audiobook, to też odpada, bo nie potrafię się skupić podczas słuchania. Niech żyje papier! 

Litości, książka to nie bóstwo!

Pewnego dnia wrzuciłam do sieci zdjęcie książki, na której ośmieliłam się postawić filiżankę z rumiankiem, na dodatek w torebce, bo sznureczek z karteczką bezczelnie zwisał obok uszka. No i się zaczęło, czego to ja się wówczas nie dowiedziałam. "Gorąca herbata na książce? Tak nie wolno!", "A jak się wyleje, to co wtedy?", "Prawdziwy czytelnik nie stawia filiżanki na książce" i absolutny hit: "Pomijam fakt, że stawiasz filiżankę na książce, ale że pijesz herbatę ekspresową, to już porażka", "Też zwróciłam uwagę na ekspresówkę". Dodam tylko, że w dyskusję wdały się dwie panie, które na swoich zdjęciach miały książki w towarzystwie trawy, liści, gałęzi, piasku, czekoladek ułożonych na stronach itp. itd. Ja nie modlę się do książek, nie traktuję ich, jak bóstwo. Litości! To przedmiot, jak każdy inny. Owszem, trzeba szanować książki i dbać o to, by nie uległy zniszczeniu, ale tak powinniśmy postępować ze wszystkim, co nam służy. Jałową dyskusję dotyczącą mojego fatalnego gustu w kwestii wyboru herbaty ucięłam stwierdzeniem, że my tu przecież o książkach, a nie o herbatach. Ale wspomniane panie o "Klaśnięciu jednej dłoni" Richarda Flanagana nie miały nic do powiedzenia. Kurtyna!

Tropienie błędów

Rzeczą ludzką jest się mylić i popełniać błędy, ale faktem jest, że w książkach rażą po stokroć, bo chcemy wierzyć w to, że książka jest produktem doskonałym i nie powinno być w niej błędów interpunkcyjnych, fleksyjnych, czy ortograficznych. Ale bywają i dokładnie wiadomo, kto ponosi winę za taki stan rzeczy i że to powód do wstydu. Porządne wydawnictwa nie pozwalają sobie na tego rodzaju wpadki, ale nawet im zdarza się literówka w tekście. Ubolewam.

Dedykacje 

Uwielbiam dedykacje, ale pod warunkiem, że nie są to przypadkowe słowa, które można skierować do kogokolwiek. Dedykacja musi być przemyślana, może zawierać jakiś cytat, ale zdecydowanie preferuję te, które są zapisem płynącym prosto z serca. Poza tym ewentualna dedykacja nie ma prawa być na stronie, na której wymienione jest imię i nazwisko autora książki, o czym zresztą w "Ex librisie" Anne Fadiman wspomina.  

Nowe książki, czy używane?

A wszystko jedno, ważne, by była to po prostu dobra literatura. Kto kocha antykwariaty, ten wie, że buszowanie w takim miejscu to czysta przyjemność i na dodatek można znaleźć prawdziwe perełki. Ale nie ukrywam, że jestem zachłanna również na nowości, więc stare, nowe, przyjmę wszystkie książki, pod warunkiem, że nie jest to marna literatura. Tak na marginesie, eseje Anne Fadiman wyszperałam właśnie w antykwariacie, bo w księgarniach już nie do zdobycia. 

Czytanie dzieciom, absolutna magia!

To jest rytuał, który uwielbiam i uparcie twierdzę, że czytanie dziecku powinno być obowiązkowe. Moje dzieci nie wyobrażają sobie dnia bez lektury, ba, nie wyobrażają sobie domu bez książek, bo nie znają innej rzeczywistości. Na pamiątkę zostawiłam im ich ulubione kartonowe książeczki, obgryzione z każdej strony, które są dowodem na to, że smakowanie dobrej literatury zaczyna się czasem bardzo wcześnie. Jestem z siebie dumna. Z dzieci również.

Jeśli jakimś cudem dotrwaliście do końca moich czytelniczych zwierzeń, to jest mi niezmiernie miło, bo skłoniły mnie do nich eseje Anne Fadiman. Pod niektórymi wyznaniami autorki mogłabym się podpisać i nie ukrywam, że lektura "Ex libris" tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że jestem molem książkowym. Dobrze mi w książkach.

Autor: Anne Fadiman
Tytuł: "Ex libris. Wyznania czytelnika"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 175
Rok wydania: 2004
Świat Literacki

 

 

Co powiecie na gotycki romans? "Rebeka" Daphne du Maurier

dosia1331

100_2147

Nieśmiała, nieco naiwna młoda kobieta pracuje jako dama do towarzystwa pani van Hopper. W Monte Carlo poznaje bogatego wdowca, w którym zakochuje się bez pamięci. Mężczyzna imponuje jej siłą charakteru, życiowym doświadczeniem i obyciem. Krótka znajomość, szybki ślub, bajeczny miesiąc miodowy i u drzwi przepięknej posiadłości Manderley staje nowa pani de Winter. Maksymilian de Winter był już żonaty z piękną, czarującą i uwielbianą przez wszystkich Rebeką. Tymczasem jego druga żona w niczym nie przypomina swej poprzedniczki i nie potrafi odnaleźć się w nowej sytuacji. Jest przekonana, że nigdy nie dorówna Rebece i nie zobaczy zachwytu w oczach ukochanego. Nawet służba na każdym kroku daje jej do zrozumienia, że dla nich wciąż liczy się tylko i wyłącznie poprzednia pani de Winter, którą uważają za prawowitą panią domu. Tak mijają kolejne miesiące. Kobieta jest przytłoczona nie tylko ogromną i bogatą posiadłością, ale również towarzyskimi obowiązkami, do których należą kurtuazyjne wizyty u znajomych i przyjaciół męża. Poza tym nie może oprzeć się wrażeniu, że Rebeka w jakiś sposób nadal jest obecna w Manderley, zwłaszcza że nawet jej dawny pokój wygląda tak, jakby wciąż ktoś w nim mieszkał, a służba wykonuje swoje obowiązki w oparciu o wytyczne byłej pani de Winter. Kobieta dochodzi do wniosku, że mąż wcale jej nie kocha, że jest dla niego chwilowym kaprysem, a Rebeka już na zawsze pozostanie miłością jego życia. I gdyby nie pewien bal oraz niefortunny kostium, być może nowa pani de Winter nie poznałaby historii Rebeki i tajemnic, które kryją się za murami posiadłości, a które mogą przyprawić o ciarki i szybsze bicie serca. 

Znacie ten moment, gdy czytacie i jesteście przekonani, że na pewno mieliście już kiedyś tę książkę w rękach, a może nawet ją przeczytaliście, bo gdzieś w zakamarkach pamięci znajdują się słowa i obrazy. To wrażenie nie opuszczało mnie przez kilkanaście pierwszych stron, bo dość szybko elementy rozsypanej układanki wskoczyły na właściwe miejsca i byłam już pewna, że znam tę historię, ba, nawet wiem, jak ona się skończy, co w ogóle nie zniechęciło mnie do dalszego czytania. Poza tym miałam absolutnie cudowną scenerię w trakcie lektury, czyli ulewny deszcz, który tylko spotęgował panujący w powieści nastrój grozy. Daphne du Maurier po mistrzowsku buduje napięcie, a towarzyszący wydarzeniom dreszczyk emocji sprawia, że lektura jest tym przyjemniejsza. Przyznaję, że takie historie czyta się znakomicie, zwłaszcza gdy napisane są pięknym literackim językiem. Nie znoszę romansów, uciekam przed nimi, gdzie pieprz rośnie i naprawdę nikt nie namówi mnie na współczesną powieść tego rodzaju, gdzie banał goni banał, a styl pozostawia wiele do życzenia, że o grafomanii przez grzeczność nie wspomnę. Ojej, wspomniałam... Daphne du Maurier serwuje czytelnikowi rozrywkę na poziomie, książkę, która od początku do końca jest po prostu świetnie napisana, a pierwsze zdanie jest tak charakterystyczne, że w ogóle nie dziwi mnie fakt, że przeszło do historii literatury, jako jedno z najbardziej rozpoznawalnych. Oczywiście można zarzucić tej powieści, że jest nieco staroświecka, że dzisiaj już nikt tak nie pisze, zaś głównej bohaterce wytknąć niedojrzałość, która momentami jest irytująca. Ale obok infantylnej i przerażonej nowym życiem młodej pani de Winter jest jeszcze niejaka pani Danvers, postać, że się tak wyrażę, skrojona na miarę, idealnie pasująca do klimatu powieści. Zresztą pani Danvers odegra jedną z kluczowych ról i w której lepiej mieć przyjaciela niż wroga. Młoda kobieta kontra wieloletnia gospodyni, prawa ręka Rebeki, lojalna i wciąż oddana służąca. Zderzenie dwóch charakterów, dwóch różnych osobowości. No właśnie, kreacja bohaterów stanowi siłę powieści Daphne du Maurier. To nie są papierowe postaci, ale bohaterowie z krwi i kości, doskonale osadzeni w fabule. 

"Rebeka" jest najsłynniejszą powieścią angielskiej pisarki. Po raz pierwszy ukazała się w 1938 r., doczekała się również ekranizacji, której podjął się nie kto inny, jak sam Alfred Hitchcock. Nie ukrywam, że mam ogromną ochotę sprawdzić, jak ta historia prezentuje się na ekranie, co zresztą uczynię dzisiejszego wieczoru.

Moja ocena: 6/6

Autor: Daphne du Maurier
Tytuł: "Rebeka"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 448
Rok wydania: 2016
Albatros

Gratka dla miłośników nocnego nieba - "Ilustrowany przewodnik po nocnym niebie. Co widzimy w gwiazdach" Kelsey Oseid

dosia1331

 

100_21051

To jest książka, która z pewnością znajdzie się w moim wakacyjnym plecaku. Mamy z synem bardzo ambitny plan, wybieramy się do miejsca, skąd przez wielki teleskop będziemy podziwiać nocne niebo. Czeka nas długa wyprawa pod górę, ale dla chcącego nic trudnego, więc jakoś trafimy do obserwatorium, zwłaszcza że tę wycieczkę planowaliśmy już kilka razy. Poza tym po lekturze książki Kelsey Oseid mamy dodatkową motywację i chęć odszukania na nocnym niebie choć kilku konstelacji. Zrobiliśmy już wstępną analizę, co i kiedy można będzie zaobserwować, ale i tak zdajemy się na wiedzę i doświadczenie pracowników górskiego obserwatorium astronomicznego.

Wracając do "Ilustrowanego przewodnika po nocnym niebie. Co widzimy w gwiazdach" z przyjemnością stwierdzam, że książka trafiła pod właściwy adres, bo godzinami mogę wpatrywać się w gwiazdy i nigdy nie mam dość. Poza tym uparcie twierdzę, że najpiękniejsze niebo jest w górach, bo takiej ilości gwiazd i złudzenia, że są niemal na wyciągnięcie ręki nie doświadczyłam nigdzie. Podczas pełni księżyca źle sypiam, zwłaszcza u rodziców w górach, więc wtedy mam pole do popisu i obserwuję, co się nade mną dzieje i bardzo żałuję, że nie dysponuję profesjonalnym sprzętem fotograficznym, który uwieczniłby te cuda natury. Kelsey Oseid w przystępny dla laika sposób objaśnia to i owo na temat przestrzeni kosmicznej, gwiazdozbiorów, planet, planetoid, komet, meteorów, ale przede wszystkim autorka szalenie ciekawie opowiada o wielu zjawiskach i tłumaczy fachowe terminy. Sporo ciekawostek i faktów znajduje się na kartach tej przepięknie wydanej książki.

100_21031

100_21001

100_21011

Moja ocena: 6/6

Autor: Kelsey Oseid
Tytuł: "Ilustrowany przewodnik po nocnym niebie. Co widzimy w gwiazdach"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 160
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

Literacka uczta - "Opowiadania bizarne" Olgi Tokarczuk

dosia1331

100_2073

Czytam "Opowiadania bizarne" Olgi Tokarczuk już od kilku dni. Dawkuję sobie tę lekturę delektując się pięknym językiem. Jeden wieczór, jedno opowiadanie. Bez pośpiechu. Spokojnie. Dobra literatura jest wymagająca, bezrefleksyjne pożeranie stron nie ma racji bytu. Poza tym jakoś nie potrafię płynnie przechodzić od jednego do drugiego opowiadania, zwłaszcza że prawie każde z nich kończy się w dziwny, zaskakujący dla czytelnika sposób. Nic tu nie jest pewne, niczego nie można przewidzieć, za to na pewno można poczuć niesamowitą atmosferę. Niezwykłość tej prozy zamyka się w znaczeniu samego tytułu, a więc bizarności. Co zatem kryje się pod tym enigmatycznym pojęciem? Ano francuskie słowo "bizarre", czyli dziwny, śmieszny, niezwykły.

"Opowiadania bizarne" to zbiór dziesięciu krótkich utworów, zaskakujących, czasem niepokojących opowieści, które wwiercają się w głowę czytelnika i po prostu nie dają o sobie zapomnieć. Bardzo trudno byłoby mi wskazać, które z nich zrobiło na mnie największe wrażenie, bo już pierwsze dosłownie zwala z nóg. "Pasażer", "Zielone Dzieci", "Przetwory", oj bardzo chciałam, by ta literacka uczta trwała nieco dłużej, ale mój czytelniczy apetyt został zaspokojony.

Realizm magiczny, poszukiwanie dziwności w sytuacjach prozaicznych to znak rozpoznawczy twórczości Olgi Tokarczuk i nie inaczej jest w "Opowiadaniach bizarnych", które urzekają tym, do czego autorka zdążyła już przyzwyczaić czytelników. Niektóre z tych utworów przypominają sny, absurdalne, dziwne historie, absolutnie nie do przeżycia na jawie, jak chociażby wspomniane już przeze mnie "Zielone Dzieci". Lekturze najnowszych w dorobku literackim opowiadań Olgi Tokarczuk towarzyszą różne emocje i nie ukrywam, że ta proza nie daje łatwych odpowiedzi na pytania, które muszą i z pewnością pojawią się w trakcie czytania.

"Opowiadania bizarne" Olgi Tokarczuk to popis literackiego kunsztu i kolejna znakomita książka w jej dorobku literackim.

Moja ocena: 6/6

Autor: Olga Tokarczuk
Tytuł: "Opowiadania bizarne"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 251
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo Literackie

 

Książki naszego dzieciństwa, książkami naszych dzieci - "Poczytaj mi, mamo"

dosia1331

100_2095

Nie mam pojęcia, kto się bardziej ucieszył z tych książek, ja czy Zosia? Całe szczęście, że mamy dwa tomy, bo kiedy ja zachwycałam się "Księgą czwartą", Zosia wertowała "Księgę piątą". Potem nastąpiła wymiana i zgodnie stwierdziłyśmy, że książki są cudowne. Moja mała recenzentka zna się na rzeczy i wie, co dobre, bo zazwyczaj podziela zdanie mamy. A jeśli jeszcze któraś z bohaterek nosi jej imię, to już pełnia szczęścia i czytamy na okrągło.

Zwróćcie uwagę na tę bardzo charakterystyczną szatę graficzną. "Nasza Księgarnia" postarała się, by uwielbiane od lat historie ukazały się w niezmienionej formie, a kolejne pokolenia małych czytelników mogły poznać nie tylko wybitych twórców literatury dla dzieci, ale też znakomitych ilustratorów.

W "Księdze czwartej" znajdziecie:  "Stefka Burczymuchę", "Piernikowego rycerza", "Niezwykłe zdarzenie", "O Ali, Wojtku, kocie i rysowaniu na płocie", "Błękitną tajemnicę", "Pierwszy spacer", "Pomysł", "Chorego kotka", "Nie zjem cię, jak opowiesz" i "Parasol". Natomiast w "Księdze piątej" zebrano następujące poczytajki: "Pan Maluśkiewicz i wieloryb", "Kredki",  "Wielka przygoda małej Zosi", "Bijacz", "Mokry łakomczuch", "Malowany ul", "Dom", "Księżycowy koncert", "Babcia na hulajnodze", "Ślimak". Wszystkim tekstom towarzyszą urocze ilustracje, od których nie można oderwać oczu, zresztą zajrzyjcie do którejkolwiek serii tej antologii i z pewnością przyznacie mi rację. 

Jeżeli chodzi o tematykę tekstów, to jest ona zróżnicowana i obok typowo zabawnych historyjek, jak chociażby "Stefek Burczymucha" Marii Konopnickiej, w książeczkach znajdziecie również opowieści skłaniające do refleksji, które mogą być dla dziecka znakomitą lekcją, mam na myśli "Kredki" Małgorzaty Musierowicz. 

Seria "Poczytaj mi, mamo" jest dowodem na to, że książki naszego dzieciństwa mogą być również książkami naszych dzieci. 

Moja ocena: 6/6

100_2092

100_2090

Tytuł: "Poczytaj, mi mamo" - Księga czwarta
Oprawa: twarda
Ilość stron: 288
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"
 
Tytuł: "Poczytaj, mi mamo" - Księga piąta
Oprawa: twarda
Ilość stron: 280
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

 

[PREMIEROWO] "Mama" Sylwii Kubryńskiej

dosia1331

100_2174

Już za chwilę w księgarniach i marketach pojawią się propozycje książek na Dzień Matki, a wśród nich poradniki, książki kucharskie i lektury zaliczane do tzw. literatury kobiecej (nienawidzę tego określenia!), marne obyczajówki ku pokrzepieniu serc styranych życiem rodzicielek. Niedobrze robi mi się na widok tych wszystkich czytadeł i poradników wszechwiedzących celebrytek. Ogarnia mnie rozpacz ilekroć spoglądam na okładki i idiotyczne tytuły. Dlaczego na tych okazjonalnych półkach nie ma też ambitnej literatury? Dlaczego?! Ano dlatego, że komuś się wydaje, że kobiety kochają tandetę, że sięgają tylko i wyłącznie po lekkie historyjki, łzawe romanse, a ich największym marzeniem jest zgłębić tajniki kuchni z różnych stron świata. Zatem na przekór temu, co już za chwilę pojawi się na tych pastelowych kramach i na widok czego niejednej z nas opadną ręce, proponuję lekturę najnowszej książki Sylwii Kubryńskiej.

Kto czytał choć jeden felieton wspomnianej autorki, ten wie, że nie przebiera w słowach, że nazywa rzeczy po imieniu, nie owija w bawełnę i wali prawdę, nawet tę najbardziej bolesną, prosto z mostu, często siarczyście przy tym klnąc. Drogie panie, co czujecie widząc roześmiane matki z dziećmi w czasopismach i reklamach głoszące, że macierzyństwo to sam miód? Co myślicie sobie na temat znanych kobiet, którym się wydaje, że zjadły wszystkie rozumy i w związku z tym roszczą sobie prawo do pouczania na temat wychowywania dziecka, gdy tymczasem same spodziewają się dopiero pierwszego? Czy macie ochotę walić głową w mur, gdy jakiś czas później w mediach społecznościowych chwalą się fotografiami z porodówki, wspominając przy okazji życzliwy i troskliwy personel? Czy was jasny szlag nie trafia, że one takie piękne, wypielęgnowane i wypoczęte, a przy tym bajecznie bogate, więc szczęśliwie omija je szereg zupełnie przyziemnych problemów? No, można się załamać, bo z zazdrością nie ma to wiele wspólnego, za to z brakiem sprawiedliwości na pewno. A co z niechcianą ciążą, obawami na temat przyszłości, brakiem perspektyw i możliwości rozwoju kariery, bo nie wszystkie wpadamy w euforię na widok pozytywnego wyniku testu i nie wszystkie jesteśmy w stanie zaakceptować tę olbrzymią zmianę w naszym życiu? A najgorsze jest to, że często pozostajemy same sobie, bo nie możemy liczyć na partnera, który, póki co, bycia ojcem nie planował albo rodzinę, którą rozczarowaliśmy swoją niedojrzałością. I o tym właśnie pisze Sylwia Kubryńska w "Mamie", książce, która odmitologizowuje macierzyństwo i której bohaterka mogłaby w geście solidarności przytulić niejedną z nas. "Mama" burzy obraz macierzyństwa idealnego, przedstawia udręczoną i zmęczoną rodzicielkę, która nie ma czasu na prysznic, ani w miarę spokojny posiłek. Opowieść Kubryńskiej boli i to dosłownie, zwłaszcza w pierwszych rozdziałach, kiedy jej bohaterka na wieść o ciąży pragnie śmierci, swojej, dziecka, wszystko jedno, byleby tylko jakoś rozwiązać problem, bo świat się wali i znikąd pomocy. A koszmar dopiero się rozegra, na porodówce, w asyście bezdusznego personelu szpitala i przy akompaniamencie innych wyjących z bólu kobiet. Potem też nie będzie gładko, ale natura wiedziała, co robi, bo wyposażyła nas w ogromną siłę, a pojawienie się na świecie dziecka to także moment uruchomienia się instynktu macierzyńskiego i nagłej, bezwarunkowej miłości. Szkoda tylko, że czasem niektóre z nas muszą tak wiele przejść...

Wstrząsająca to lektura, ale niezwykle prawdziwa, łamiąca tabu i mówiąca wprost o tym, o czym większość z nas woli milczeć. Karmienie opinii publicznej cukierkowym obrazem macierzyństwa, a już nade wszystko traktowanie kobiet, jak inkubatory jest po prostu nieludzkie. Sylwia Kubryńska w swojej powieści oddała głos kobiecie z krwi i kości, samotnej matce, która musi odnaleźć się w nowej sytuacji i która często jest zdana tylko na siebie. Pozwoliła przemówić dziewczynie przeżywającej dramat niechcianej ciąży, łkającej w samotności dwudziestolatce, która wie, że już nic nie będzie takie, jak dawniej i której nowy rozdział życia rozpocznie się wraz z pierwszym krzykiem jej dziecka.

Bardzo dobra książka. Podarujcie sobie, mamie albo przyjaciółce, bez względu na wpisane w kalendarz święto. Dzień Matki jest codziennie.

Moja ocena: 5/6

Autor: Sylwia Kubryńska
Tytuł: "Mama"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 336
Rok wydania: 2018
Prószyński i S-ka

 

[PRZEDPREMIEROWO] Zaginiona, Becky Shaw - "Zbiornik 13" Jon McGregor

dosia1331

100_2063

Czytam i myślę sobie: kolejna książka o zaginionej nastolatce. Ale już dwa rozdziały dalej wiem, że to lektura wyjątkowa pod każdym względem. "Zbiornik 13" Jona McGregora to kawał bardzo dobrej prozy, sugestywny i niezwykle wiarygodny obraz społeczności, do sportretowania której posłużyło zaginięcie Becky Shaw. 

Dziewczynka znika w dość nietypowych okolicznościach, bo podczas rodzinnego spaceru. Nie wiadomo, co się tak naprawdę stało. Została porwana? Uciekła? Brak śladów, namacalnych dowodów, jedynie domysły, analizy i pytania, które mnożą się  w nieskończoność. Spokojna dotąd okolica zaczyna przypominać kadry z filmów, w których ludzie angażują się w rozwiązanie zagadki. Rozważane są różne scenariusze, ale trudny teren, jaskinie i zbiorniki wodne, sugerują tragiczny finał poszukiwań. Mijają miesiące, potem lata, a sprawa zaginięcia Becky Shaw pozostaje nierozwiązana. Dawno opadły emocje, nastolatka stała się kolejną liczbą w statystyce, o której tylko od czasu do czasu ktoś wspomina. Życie toczy się dalej, ktoś się rodzi, ktoś umiera. Nawiązują się przyjaźnie, rozpadają małżeństwa. Zaginiona dziewczynka jest gdzieś w tle albo na marginesie wydarzeń ukazanych przez Jona McGregora. 

W czym zatem tkwi siła książki brytyjskiego pisarza? W prostocie, nienachalnej, niespiesznej narracji, autentyczności, bo nawet najbardziej doniosłe chwile, najbardziej spektakularne wydarzenia z czasem tracą moc. Życie wskakuje na normalne tory, o pewnych sprawach po prostu zapominamy, stają się nieistotne, zwłaszcza gdy bezpośrednio nas nie dotyczą. McGregorowi udało się w sposób fenomenalny ukazać oswajanie się z tragedią i konieczność dalszego funkcjonowania. Intrygujące są wplecione w fabułę opisy przyrody, zmieniające się pory roku, a wszystko to dla podkreślenia przemijalności, ulotności, która dotyczy wszystkich. Jon McGregor doskonale stopniuje napięcie i gdy już myślisz, że jesteś o krok od prawdy, wtedy następuje coś, co przeczy wszystkiemu i znów jesteś w punkcie wyjścia, gdzieś na wrzosowiskach, w szponach hulającego wiatru, który być może zaciera ślady i wspomnienia.

"Zbiornik 13" Jona McGregora budzi niepokój i zaprząta myśli. Zachwyca zwłaszcza pomysł autora na książkę, która wymyka się schematom i która wyróżnia się na tle podobnych tematycznie publikacji. To zupełnie nowa jakość, świeże spojrzenie na literaturę i nade wszystko znakomicie napisana i skomponowana opowieść. Przemyślana i dopracowana w najdrobniejszym szczególe, zaskakująca i niejednoznaczna, po prostu świetna. A jeśli jeszcze nie czujecie się przekonani, to uprzejmie donoszę, że autor za tę właśnie książkę był nominowany do The Man Booker Prize 2017.

Trzynaście rozdziałów, trzynaście zbiorników wodnych i trzynaście lat. Gdzie jesteś Becky? 

Premiera: 21 maja 2018 r.

Moja ocena: 6/6

Autor: Jon McGregor
Tytuł" "Zbiornik 13"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 296
Rok wydania: 2018
Czytelnik

[PREMIEROWO] "Spadek" Vigdis Hjorth

dosia1331
100_2055
 
Powieść Vigdis Hjorth to jedna z tych książek, o których trudno zapomnieć po odłożeniu lektury. Nie ukrywam, że na początku miałam chwilę zwątpienia, zwłaszcza że fabuła jest nieco chaotyczna i w gruncie rzeczy zbudowana wokół tytułowego spadku w postaci dwóch domków letniskowych. Można odnieść wrażenie, że Vigdis Hjorth wałkuje ten temat niemiłosiernie i, najprościej rzecz ujmując, powtarza się. Ale dość szybko zaczynamy rozumieć, że to zamierzony efekt, że tytułowy spadek jest słowem-kluczem do właściwego odczytania tej historii. 
 
Bergljot od lat nie utrzymuje kontaktu ze swoją rodziną, zwłaszcza z matką i ojcem, do których ma żal z powodu pewnych wydarzeń z dzieciństwa. Kobieta nie ukrywa niechęci do najbliższych i robi wszystko, by uniknąć ewentualnego spotkania. To, co wydarzyło się przed laty miało ogromny wpływ nie tylko na relacje z rodziną, ale przede wszystkim na psychikę Bergljot. Kobieta walczy z panicznym lękiem przed ojcem, który w przeszłości wyrządził jej dużą krzywdę. Brak zrozumienia ze strony rodziny i bagatelizowanie problemu są dla Bergljot frustrujące, ale jednocześnie utwierdzają ją w przekonaniu, że odsuwając się od najbliższych podjęła słuszną decyzję. Wszystko zmienia się, gdy brat Bergljot informuje ją o niesłusznym jego zdaniem podziale majątku rodziców. Namawia siostrę, by stanęła po jego stronie i opowiedziała się za sprawiedliwymi zapisami w testamencie. Tak rozpoczyna się batalia o spadek, ale też powrót do traumatycznej przeszłości i walka o prawdę.
 
Książka Vigdis Hjorth wywołała w Norwegii spore zamieszanie, bo podejrzewano, że historia przedstawiona w powieści zawiera wątki biograficzne. Niektóre fragmenty są tak sugestywne, że i ja zaczęłam się nad tym zastanawiać. Uderzająca jest zwłaszcza drobiazgowość narracji, można odnieść wrażenie, że autorka stara się wszystko skrupulatnie wyjaśnić i przeanalizować, stąd liczne powtórzenia. Lekturze towarzyszą skrajne emocje, od zachwytu po irytację, ale to celowy zabieg, autorka z premedytacją mąci czytelnikowi w głowie, co zresztą uważam za duży atut tej powieści. Ale tytułowy spadek to nie tylko dobra materialne, to również odziedziczone lęki i cały bagaż życiowych doświadczeń. 
 
Bardzo dobra powieść.
 
Moja ocena: 5.5/6
 
Tytuł: "Spadek"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 356
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo Literackie 

"Nowe ucieszki Cieszka" Zdeněk Svěrák

dosia1331

100_1999

Jakiś czas temu w radiowej "Trójce", w audycji "Przodownicy lektury", gościem była Katarzyna Domańska z Wydawnictwa Dwie Siostry. Audycja poświęcona była targom książki dziecięcej Bologna Children's Book, a właściwie prestiżowemu wyróżnieniu, Najlepszy Europejski Wydawca Dziecięcy Roku, którego laureatem zostało właśnie Wydawnictwo Dwie Siostry. To wielki sukces, zwłaszcza że wspomniane targi gromadzą wydawców z całego świata, więc konkurencja jest ogromna.

Jeżeli jesteście szczęśliwymi posiadaczami książek, które wyszły spod skrzydeł Dwóch Sióstr, to doskonale wiecie z jak wartościową i pięknie wydaną literaturą dla dzieci macie do czynienia. A jeśli jakimś cudem nie znacie tego wydawnictwa, to zajrzyjcie do którejkolwiek z jego książek, a gwarantuję, że nie zdołacie oprzeć się Dwóm Siostrom. Wielokrotnie miałam przyjemność prezentować ich publikacje na moim blogu i nie ukrywam, że śledzę stronę internetową w poszukiwaniu kolejnych znakomitych lektur. Dwie Siostry cenię za mądre, ciekawe i cudownie ilustrowane książki dla dzieci. Za niebanalne historie dla najmłodszych czytelników, które bawią i uczą i do których zawsze chętnie się wraca.

Moim ostatnim odkryciem jest absolutnie rewelacyjny chłopiec o wdzięcznym imieniu Cieszko, który mieszka w domku z żółtymi okiennicami i którego perypetie są kwintesencją czeskiego humoru. Rodzice Cieszka mają niewielkie gospodarstwo, więc sympatyczny i wesoły chłopiec może nie tylko podglądać pracę mamy i taty, ale też pomagać, a przy okazji wiele dowiedzieć się o świecie roślin. "Jak wywieźć w pole motyle", "Olbrzymia kalarepa", czy "O wariackim wietrze" to tylko niektóre ze znakomitych opowiadań zamieszonych w książce. Przyznaję, że uśmiech nie schodził mi z twarzy podczas czytania. Uwielbiam czeski humor, dlatego "Ucieszki Cieszka" i "Nowe ucieszki Cieszka" dołączają do grona moich ulubionych książek i nie mogę się doczekać, kiedy moja córka sięgnie po opowiadania Zdenka Svěráka. 

100_2043

100_2046

100_2044

Oba tomy przygód Cieszka są znakomite, więc nie przegapcie ich na księgarnianych półkach. Zwróćcie również uwagę na ilustracje, są fenomenalne.

Moja ocena: 6/6

Autor:  Zdeněk Svěrák
Ilustracje: Ewa Stiasny
Tytuł: "Nowe ucieszki Cieszka"
Ilość stron: 139
Rok wydania: 2018
Dwie Siostry 

 

 

 

 

 

[PRZEDPREMIEROWO] Opowieść pełna magii, czyli "Dziewczynka, która wypiła księżyc" Kelly Barnhill

dosia1331

100_2016

Czytałam i... przepadłam, absolutnie. Potrzebowałam niezobowiązującej lektury, dzięki której odpocznę, a jak wiadomo wszystko z pogranicza fantastyki znakomicie się do tego nadaje. Poza tym z tego rodzaju książek chyba się nie wyrasta, a co najważniejsze stanowią doskonałą odskocznię od codzienności. "Dziewczynka, która wypiła księżyc" nie jest wybitną literaturą, bazuje na znanych motywach i raczej nie wnosi niczego nowego, a mimo to ma swój urok i przede wszystkim bardzo dobrze się ją czyta. A ta okładka, zachwycająca, nieprawdaż? 

Mieszkańcy Protektoratu są święcie przekonani, że w pobliskim lesie mieszka okrutna wiedźma, zdolna do wszelkiego zła kobieta, której gniew może złagodzić tylko i wyłącznie ofiara złożona z niemowlęcia. Niezachwiana wiara w istnienie wiedźmy i obawa przed jej zemstą sprawia, że nawet rozpacz rodziców nie ma znaczenia. Barbarzyński rytuał odbywa się corocznie i nikt poza młodym Antainem nie poddał w wątpliwość okrutnej praktyki. Mieszkańcom Protektoratu brakuje zdrowego rozsądku, a strach przed wiedźmą sprawia, że wiara w jej istnienie jest silniejsza niż przyjęcie do wiadomości faktu, że być może nikt im nie zagraża. Poza tym w ten sposób łatwiej wytłumaczyć różne zjawiska, które dzieją się w sąsiedztwie Protektoratu. Tymczasem las wcale nie jest złowrogi, tylko zlokalizowany na wulkanie, a jego duktami nie przechadza się wiedźma, lecz staruszka o gołębim sercu, która nie potrafi zrozumieć, dlaczego ludzie porzucają płaczące dziecko w środku lasu. Xan ratuje niemowlęta i oddaje maluchy pod opiekę rodzinom, które stworzą im dom i pokochają je całym sercem. Staruszka karmi maluchy gwiezdnym blaskiem, dzięki czemu są wyjątkowe i czeka je świetlana przyszłość. Podobnie stanie się z maleńką Luną, tylko że tym razem Xan nieco się zagapi i dziewczynka przez jej nieuwagę wypije... księżyc. Oczywiście nie zdradzę, jakie to będzie miało konsekwencje i jak potoczą się losy Luny. Przeczytajcie koniecznie!

"Dziewczynka, która wypiła księżyc" ma szansę zawładnąć dziecięcą wyobraźnią, ale jestem przekonana, że przypadnie do gustu wszystkim tym, którzy w literaturze szukają klasycznej walki dobra ze złem, baśniowej atmosfery, magicznych stworzeń i aury tajemniczości. Kelly Barnhill przemyciła w tej historii mnóstwo ważnych problemów, jak chociażby wiarę w zabobony, która może mieć fatalne skutki i daleko idące konsekwencje. Atutem powieści jest plastyczny język, wartka akcja, barwni bohaterowie i wszechobecna magia, której naprawdę trudno się oprzeć, dlatego śledzenie losów wyjątkowego dziecka jest czystą przyjemnością.

"Dziewczynka, która wypiła księżyc" to opowieść o miłości, przyjaźni i dobru, które zawsze zwycięża zło.

Premiera: 9 maja 2018 r.

Moja ocena: 5/6

Autor: Helly Barnhill
Tytuł: "Dziewczynka, która wypiła księżyc"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 360
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo Literackie

 

 

 

Ku przestrodze... "Czerwony głód" Anne Applebaum

dosia1331

100_2024

Doskonale pamiętam lekturę "Gułagu", która była dla mnie doświadczeniem wstrząsającym. Potem przeczytałam "Za żelazną kurtyną", która to książka również zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Jakiś czas temu Anne Applebaum, reporterka i specjalistka od historii ZSRR, oddała w ręce czytelników trzecią odsłonę trylogii, czyli "Czerwony głód". Czy wydarzenia sprzed prawie stu lat mogą stanowić przestrogę dla współczesnego świata? Czy należy obawiać się polityki Kremla, zważywszy na fakt zawłaszczenia znacznej części terytorium Ukrainy, czyli Krymu? Obecny konflikt pomiędzy Rosją a Ukrainą zdaje się potwierdzać te obawy, zresztą na linii Moskwa - Kijów wrze niemal nieustannie, dlatego książka Anne Applebaum, choć opowiadająca o wydarzeniach z perspektywy czasu odległych, to jednak w pewnym stopniu nadal aktualnych. Rosja nigdy nie pogodziła się z tym, że Ukraina nie jest częścią mocarstwa, że stała się krajem suwerennym, a jej polityka jest bardziej zbliżona do państw zachodnich. Poza tym Rosję boli fakt, że Ukraina zdecydowała się na odtajnienie tysięcy dokumentów, a tym samym ogłoszenie światu zbrodni stalinowskich, których rozmiar ustępuje tylko i wyłącznie tym, których autorem i wykonawcą był Hitler.

Anne Applebaum, opisując Hołodomor (Wielki Głód na Ukrainie), którego przyczyną była kolektywizacja rolnictwa, konfiskata żywności, a w konsekwencji śmierć milionów ludzi, pokazuje jak łatwo wcielić w życie szatański plan i na dodatek sprytnie oszukać społeczeństwo. Zbrodnicze zamiary Stalina i sowiecka propaganda zaprowadziły ukraińskie rolnictwo na skraj przepaści. Głód stał się narzędziem w rękach polityków, zwłaszcza że strach przed ewentualnymi represjami był tak silny, że odbierał ludziom zdrowy rozsądek. Ci, którym nie udało się w porę uciec zapłacili najwyższą cenę. Trupy na ulicach ukraińskich miast i wsi były codziennością, podobnie głodna i skrajnie wyczerpana ludność, którą uwieczniono na licznych fotografiach. Przerażający to widok, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę fakt, że tereny rolnicze Ukrainy to bodaj jedne z najżyźniejszych gleb. Zamiast urodzaju, klęska głodu i pewna śmierć, a wszystko to, by pokazać siłę i bezwzględność władzy. Stalin ma na rękach krew milionów ludzi. Wielki Głód  w ZSRR w latach 1931-1933 był działaniem zaplanowanym i zrealizowanym w najdrobniejszych szczegółach, którego celem było zdobycie pieniądzy na potężną armię, co z tego, że kosztem chłopów. Ważny był eksport i pieniądze w ten sposób zarobione, lud miał głodować ku chwale Armii Czerwonej. Ale Ukraińców szykanowano o wiele wcześniej, chociażby z powodu języka, którym się porozumiewali. Polityka Moskwy była bezlitosna. Wymordowano polityczną i kulturalną elitę kraju, by łatwiej sterować prostymi ludźmi.

Hołodomor próbowano tuszować. Wiadomo, że to się nie udało, jednak trudno określić dokładną liczbę ofiar, choć niektóre źródła podają nawet 10 milionów istnień ludzkich, ale większość historyków podważa te dane i opowiada się za niższą liczbą zgonów. Koszmar, który rozegrał się na Ukrainie nie może i nie powinien być zapomniany, zwłaszcza gdy obserwuje się obecną politykę Kremla wobec Ukrainy, jego imperialistyczne zapędy i roszczenie sobie praw do ukraińskich ziem.

"Czerwony głód" Anne Applebaum to publikacja ważna pod każdym względem, stanowiąca szczegółową analizę klęski głodu na Ukrainie. Ale to również znakomita reporterska opowieść o zbrodni, której zaprzeczano nawet w obliczu miażdżących dowodów. Laureatka Pulitzera przywraca pamięć o ofiarach Stalina, zresztą to właśnie im zadedykowała tę książkę.

Lektura obowiązkowa.

Moja ocena: 6/6

100_20221

100_2020

Autor: Anne Applebaum
Tytuł: "czerwony głód"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 486
Rok wydania: 2018 
Agora

 

Do poduszki - "Dobranocki na pogodę i niepogodę"

dosia1331

100_2026

Czytanie przed snem jest w naszym domu rytuałem, dlatego zawsze mamy pod ręką kilka książek, które Zosia bardzo lubi i które znakomicie wyciszają. Najlepiej sprawdzają się kilkustronicowe opowiadania, bez wartkiej akcji. "Dobranocki na pogodę i niepogodę" spełniają te kryteria i przyznaję, że już pierwsza z nich zachwyciła Zosię, co potwierdza fakt, że przez kolejne wieczory czytałyśmy uroczą opowieść-kołysankę z Zającem, Niedźwiedziem i Sową w rolach głównych.

Czytałam powoli, coraz bardziej ściszając głos, by pod koniec bajki obserwować klejące się ze zmęczenia oczy mojej córki. Ale cudownych opowieści jest w książce znacznie więcej, a wśród nich „O nocy, która cierpiała na bezsenność”, „Grabki”, czy „Podniebna podróż kozy Fionki”.

Nie tylko Zosia jest pod wrażeniem tej książki, bo i ja uległam jej czarowi i z przyjemnością przeczytałam wszystkie zgromadzone w niej historie. Gdybym miała wskazać tę naj, to chyba byłaby to opowieść o pewnej małej księżniczce, której bardzo, ale to bardzo nie chciało się spać. 

Wyrazy uznania należą się nie tylko autorom dobranocek, ale również ilustratorce, której udało się pięknie oddać klimat wieczornych opowiadań.

"Dobranocki na pogodę i niepogodę" to idealna lektura do poduszki. 

Kolorowych snów i do miłego zaczytania :)

Moja ocena: 6/6

100_2036

Tytuł: "Dobranocki na pogodę i niepogodę"
Ilustracje: Małgorzata Kozieł-Nowak
Oprawa: twarda
Ilość stron: 224
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

 

"Jestem kotem" Galia Bernstein

dosia1331

100_1876

"Cześć, nazywam się Felek.
Jestem kotem, tak jak wy!"

Takiej reakcji Felek chyba się nie spodziewał i z pewnością poczuł się nieswojo, gdy Lew, Pantera, Gepard oraz inne koty pokładały się ze śmiechu słysząc te słowa. Ale Felek nie odpuścił i rzeczowo krok po kroku przekonywał, że ma rację, że w zasadzie niewiele różni się od szybkiego Geparda, zwinnej Pantery, czy dostojnego Lwa. Zwierzęta w końcu musiały przyjąć argumentację małego kotka oraz zaakceptować fakt, że ten należy do rodziny. Wszak pazury, ostre zęby, puszysta sierść i oczy, dzięki którym widzi w ciemnościach z pewnością nie są przypadkowe. Poza tym rozmiar, kolor i mnóstwo innych szczegółów to sprawy absolutnie drugorzędne.

100_20321

"Jestem kotem" to wspaniała, mądra i bardzo wartościowa opowieść dla najmłodszych czytelników. Znakomita lekcja tolerancji, która uczy, że zawsze można znaleźć jakąś wspólną cechę, która nas łączy. Galia Bernstein w prostej historii przekonuje, że zbyt pochopna ocena bywa krzywdząca i warto dać szansę drugiej stronie, by znaleźć nić porozumienia i przede wszystkim przekonać się, że można się różnić, co nie wyklucza życia w zgodzie i przyjaźni.

Moja ocena: 6/6

100_2033

Tekst i ilustracje: Galia Bernstein
Oprawa: twarda
Ilość stron: 32
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

"Krótka wymiana ognia" Zyta Rudzka

dosia1331

100_1842

"Kobieta, która pisze wiersze, nie może być normalna. Tworzę legendę i nie pękam. Chociaż nacięcie jak stąd do dzieciństwa."

Nie mam pojęcia, co mi się bardziej podobało w tej powieści, pomysł na fabułę, czy sposób, w jaki ta książka została napisana. Zresztą o "Krótkiej wymianie ognia" Zyty Rudzkiej można tylko w ochach i achach, więc tak właśnie będzie. 

Bach-bach, szast-prast, krótkie zdania, rwane myśli, kilka retrospekcji, garść niedopowiedzeń, jakieś wspomnienia. Żadnych subtelności, mydlenia oczu, owijania w bawełnę. Krótko, zwięźle i na temat. Chwilami poetycko, czasem potocznie, zawsze genialnie, w punkt. Rudzka pisze tak, że trudno się oderwać, chłonie się tę prozę wszystkimi zmysłami, wręcz pożera. 

"Krótka wymiana ognia" jest książką o tym, jak przypadkowe spotkanie staje się pretekstem do opowiedzenia historii o kobiecie, matce, żonie i poetce. Która z tych ról jest dominująca? Roma Dąbrowska jest przede wszystkim poetką. Jej świat to słowa. Z córką, wybitnie uzdolnioną pianistką, nie utrzymuje kontaktu. Z mężem rozwiodła się dawno temu. W jej życiu pojawiło się kilku mężczyzn, zresztą bez cienia zażenowania o nich opowiada. Poezja wydaje się być jedyną stałą. Wszystko inne podlega rozpadowi. Przemija, jak młodość, którą główna bohaterka dawno ma już za sobą. "Spakowałam się już na drogę do grobu, może się rozpakuję, chociaż na trochę" stwierdza Roma, bo uparcie wierzy, że jeszcze wiele przed nią. Pal licho zwiotczałe ciało, przeoraną zmarszczkami twarz, ubytki w uzębieniu. Konfrontacja młodości ze starością została przez Zytę Rudzką fenomenalnie zobrazowana i to nie tylko na przykładzie głównej bohaterki. Znakomicie nakreślona jest postać matki Romy, kobiety prostej, swojskiej, naiwnej, staruszki, która nie rozumie córki i która nigdy nie pogodziła się z jej wyjazdem do wielkiego miasta. Różnica pokoleń, klasyka. "Krótka wymiana ognia" oprócz starości traktuje również o relacjach między matkami a córkami. Potrzeba niezależności, konieczność uwolnienia się spod matczynych skrzydeł, chęć realizowania pasji i życia na własny rachunek może spotkać się z niezrozumieniem rodzicielki. Nawet talent bywa przekleństwem, jak w przypadku Zuzanny, córki Romy. Słuch absolutny i brak radości z grania. Potem jej tajemnicze zniknięcie. No właśnie, "Krótka wymiana ognia" jest o oddalaniu się matek od córek. I jeszcze o miłości, na którą czekamy, a która zdarza się tylko nielicznym. I o starości, której się boimy, bywa, że niesłusznie. 

Mocna, odważna, świetnie napisana książka, która zachwyca, po prostu. 

Moja ocena: 6/6

Autor: Zyta Rudzka
Tytuł: "Krótka wymiana ognia"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 199
Rok wydania: 2018 
W.A.B

 

 

Wiosenne zaczytanie

dosia1331

100_1847

Czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła - Wisława Szymborska.

Z tą myślą Was zostawiam i jednocześnie życzę pięknej, zaczytanej wiosny. Nawiasem mówiąc, chwalę się kolejnymi cudownościami, które trafiły do mojej biblioteczki.

Zapraszam do śledzenia wpisów, zwłaszcza że już niebawem opowiem o znakomitej książce Zyty Rudzkiej, "Krótka wymiana ognia". Kto czytał, ten wie, że o tej powieści można tylko w achach i ochach...

Do miłego zaczytania :)

"Te chwile" Herbjørg Wassmo

dosia1331

100_1827

Dziwna to powieść. Trochę, jak album ze zdjęciami. Przewracasz kolejny strony, na których znajdujesz kadry z życia dziecka, nastolatki, wreszcie kobiety. Poznajesz jej rodzinę, z niedowierzaniem i konsternacją zerkasz na relację dziecka z ojcem, obserwujesz milczenie matki, nieplanowaną ciążę, nieudane małżeństwo, aż w końcu stajesz się świadkiem fenomenalnej kariery pisarskiej. Zapis niemal całego życia bezimiennej bohaterki. Momentami jesteś po jej stronie, chcesz ukoić jej ból, pomóc zapomnieć o koszmarze i zrozumieć późniejsze wybory. Ale bywa też tak, że masz dość, że nie potrafisz jej współczuć. Zresztą ona nie oczekuje współczucia. Potem usprawiedliwiasz jej zachowanie, bo wiesz, że to, co wydarzyło się przed laty trwale zapisało się nie tylko w jej pamięci, ale przede wszystkim w psychice. Jednak  bohaterka powieści Herbjørg Wassmo wcale nie jest ofiarą, nie chce być tak postrzegana i jeśli spróbujesz stawiać ją na równi z innymi skrzywdzonymi kobietami, wtedy dobitnie przekonasz się, jak bardzo jej nie doceniłeś. Kobieta imponuje nieprawdopodobną siłą charakteru i potrzebą niezależności, ale nade wszystko tym, że po tak traumatycznych doświadczeniach potrafiła wziąć sprawy w swoje ręce i bez niczyjej pomocy po prostu o siebie zawalczyć, spełnić marzenia, zrealizować plany.  

Herbjørg Wassmo pisze w sposób niezwykle subtelny, z dużą wrażliwością i dbałością o każde słowo. Autobiograficzne "Te chwile" z pewnością były dla autorki formą terapii, możliwością rozliczenia się z trudną przeszłością. Herbjørg Wassmo nie ukrywa, że w dzieciństwie była molestowana przez ojca, a wstydliwe doświadczenia z tego okresu przelała na papier, by najzwyczajniej w świecie poczuć się wreszcie wolną. Krótkie, rwane zdania doskonale sprawdzają się w tego rodzaju opowieściach. Mocniej zapadają w pamięć. Można odnieść wrażenie, że narracja jest nieco chaotyczna, że tu i ówdzie wkrada się jakiś bałagan, nieuporządkowanie, że niektóre wątki nie zazębiają się. Ale mając na względzie tytuł powieści, który nie jest przypadkowy, czytelnik przekonuje się, że ma do czynienia z migawkami z życia głównej bohaterki. Nie wszystko jest dla czytelnika jasne, wiele trzeba się domyślić, spróbować ułożyć elementy rozsypanej układanki, opanować ten pozorny chaos. 

"Te chwile" wydają się być szczerą i bardzo osobistą książką o życiu kobiety, która miała odwagę opowiedzieć światu swoją historię. Zmierzyć się z demonami przeszłości, wykrzyczeć gniew i pozbyć się poczucia winy. Każdy rozdział książki jest po prostu chwilą z jej życia. 

Moja ocena: 5/6

Autor: Herbjørg Wassmo
Tytuł: "Te chwile"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 384
Rok wydania: 2015
Smak Słowa

 

Klasyka Światowej Literatury - kolejna odsłona nowej serii Wilgi

dosia1331

100_18161

Ciekawa jestem, czy w trakcie tworzenia tej historii Antoine de Saint-Exupéry wiedział, że jego książka stanie się dla wielu czytelników jedną z tych najważniejszych. Pomysł na fabułę zrodził się podczas pobytu autora w szpitalu. Czytał wówczas "Baśnie" Andersena i pewnie dlatego tekst "Małego Księcia" ma nieco baśniowy charakter. Opowiastka Saint-Exupéry'ego funkcjonuje w literaturze jako książka dla dzieci i nie ma w tym nic złego, wszak już w dedykacji mowa o dzieciństwie. Ale w pewnym wieku trudno dostrzec wszystkie walory tego tekstu, zwłaszcza jego wieloznaczność i filozoficzno-psychologiczny charakter. "Mały Książę" to ponadczasowa przepiękna opowieść o dojrzewaniu, przyjaźni i miłości. Mądra i wartościowa lektura, którą można czytać w każdym wieku i do której po prostu chce się wracać. Zresztą to bardzo osobista książka również dla samego autora, który przemycił w niej kilka faktów ze swojej biografii, a pierwowzorami postaci występujących na kartach "Małego Księcia" są bliskie mu osoby.

Jeżeli jakimś cudem nie znacie tej opowieści, to najwyższa pora nadrobić zaległości. Czyta się wspaniale! Ogromnym sentymentem darzę stare wydanie "Małego Księcia" z ilustracjami autora, ale muszę przyznać, że Aleksandrze Kucharskiej-Cybuch udało się uchwycić baśniowość tekstu Saint-Exupéry'ego i pięknie go zinterpretować.

100_1820

Moja ocena: 6/6

Autor: Antoine de Saint-Exupéry
Tytuł: "Mały Książę"
Ilustracje: Aleksandra Kucharska-Cybuch
Oprawa: twarda
Ilość stron: 95
Rok wydania: 2018
Wilga

Kolejną książką, która ukazała się w nowej serii Wilgi jest "Doktor Dolittle i jego zwierzęta" Hugh Loftinga. Pamiętam, że źle wymawiałam nazwisko wspomnianego doktora, ale tak robiły inne dzieci, więc jestem usprawiedliwiona. Uwielbialiśmy wspomnianego doktora i znakomicie bawiliśmy się podczas lektury. Hugh Lofting zadedykował tę książkę "wszystkim, którzy są dziećmi wiekiem i dziećmi w sercu", co jest absolutnie uzasadnione, bo nawet Jan Dolittle to trochę duży dzieciak, który czasem buja w obłokach i nie liczy się z konsekwencjami swojego postepowania. Doktor to sama dobroć, nikogo nie zostawi bez pomocy, zawsze ma czas i mnóstwo cierpliwości. Poza tym bardzo kocha zwierzęta, nawet bardziej niż ludzi i trzeba niezwykle uważać, by przypadkiem nie usiąść podczas wizyty na jeżu, jak pewna pacjentka, która chwilę potem - z wiadomych powodów - przestała nią być. Kaczka, pies, świnka, sowa i papuga Polinezja to ulubieńcy doktora, ale zwierzaków w jego małym domku jest znacznie więcej. Siostra lekarza narzeka, że brat straci pacjentów przez tłok i nieporządek. Kto to widział, żeby po domu biegały myszy?! Jej słowa okażą się prorocze, Dolittle zrezygnuje z leczenia ludzi i całą uwagę poświęci zwierzętom, z którymi nie tylko się zaprzyjaźni, ale też nauczy ich języka, a jego przygodami będą zachwycały się kolejne pokolenia małych czytelników.

100_1825

Barwna, dynamiczna i skrząca się humorem książka Hugh Loftinga to jedna z tych opowieści, które po prostu trzeba znać. Zwróćcie uwagę na absolutnie cudowne ilustracje Mikołaja Kamlera.

O poprzednich książkach, które ukazały się w serii Klasyka Literatury Światowej, czyli "Ani z Zielonego Wzgórza" i "Przygodach Tomka Sawyera", możecie przeczytać tutaj.

Moja ocena:6/6

Autor: Hugh Lofting
Tytuł: "Doktor Dolittle i jego zwierzęta"
Ilustracje: Mikołaj Kamler
Oprawa: twarda
Ilość stron: 127
Rok wydania: 2018
Wilga

[PRZEDPREMIEROWO] "Moja Najdroższa" Gabriel Tallent

dosia1331

100_1809

“Moja najdroższa” odniosła ogromny sukces w USA i na świecie – prawa do publikacji kupili wydawcy z 29 krajów. Powieść została ogłoszona najważniejszą książką 2017 roku przez „Washington Post”, „USA Today”, „New York Timesa”, „Business Insider” oraz Amazon.com i National Public Radio. Otrzymała także nominacje do prestiżowych nagród: National Book Critics Circle John Leonard Prize dla najlepszego debiutu roku; LA Times dla najlepszej książki roku; Goodreads Choice Awards w kategoriach Najlepsza powieść i Najlepszy debiut roku; International Dylan Thomas Prize dla najlepszej książki roku; Barry Award dla najlepszego debiutu roku" - (informacja ze strony wydawnictwa).

Uff, sporo tych wyróżnień, zwłaszcza że mamy do czynienia z debiutem, a z tymi, jak wiadomo, bywa różnie. Ochy i achy Stephena Kinga nie robią na mnie specjalnego wrażenia, bo nader często pojawiają się na okładkach bestsellerów, które potem okazują się marną literaturą. Żeby była jasność, Kinga uwielbiam, natomiast jego polecajki traktuję z przymrużeniem oka! Ale o debiutanckiej powieści Gabriela Tallenta bardzo pozytywnie wypowiedziała się Sylwia Chutnik, której twórczość cenię i jej rekomendacja zdecydowanie bardziej do mnie przemawia.

Odrobinę o fabule

Czternastoletnia Turtle Alveston nie ma przyjaciół i robi wszystko, by tak pozostało. Zresztą trudno lubić kogoś, kto unika kontaktu i najbezpieczniej czuje się w swoim towarzystwie. Turtle nie jest normalną nastolatką, boryka się z szeregiem problemów i swoim zachowaniem tylko potwierdza, że coś jest nie tak, tylko co? No właśnie, nikt nie wie, co dzieje się w jej domu, nikt nie ma pojęcia o tym, jak dziewczynę traktuje ojciec i kim dla niego jest. Gdyby ktoś w nocy zajrzał do jej pokoju, wtedy stałby się świadkiem bulwersujących scen, obrzydliwych, niemoralnych kadrów z życia dorastającej Turtle, seksualnej niewolnicy ojca, którą ten ma czelność nazywać kruszynką. Izolowana i kontrolowana Turtle żyje pod dyktando ojca - psychopaty, który nie rusza się z domu bez broni i tego samego uczy córkę. Serwuje nastolatce szkolenie rodem z filmów sensacyjnych, trochę na swoją zgubę, bo Turtle pewnego dnia wykorzysta wszystko przeciwko niemu...

Ofiara?

Hmm, mam kłopot z jednoznaczną oceną postępowania głównej bohaterki, bo nie do końca jestem przekonana, czy powinnam jej bronić. Scena z pierwszego rozdziału sprawiła, że zaczęłam się zastanawiać, czy dziewczyna jest ofiarą, czy po prostu godzi się na to wszystko i nawet czerpie z tego irracjonalną przyjemność. Poza tym pozwala ojcu na przekraczanie kolejnych granic, a co najgorsze nie szuka pomocy. Przebrnięcie przez tę historię wymaga mocnych nerwów, bo to, co dzieje się na kartach powieści jest szokujące i nie mieści się w granicach zdrowego rozsądku. Czy Turtle w ogóle wstydzi się relacji łączącej ją z ojcem, czy rozumie to, co dzieje się w czterech ścianach jej pokoju? A to wszystko w imię fałszywie pojmowanej miłości. Niesmak i gonitwa myśli gwarantowane!

Debiut wart uwagi, czy kolejna kontrowersyjna książka na rynku wydawniczym?

Mam mieszane uczucia, bo mniej więcej do połowy zastanawiałam się, po co ta książka powstała, dlaczego autor zdecydował się na tak odważną, obrazoburczą i brutalną opowieść? Co chciał przekazać czytelnikowi oddając w jego ręce powieść tak przerażająco... smutną? Dla zysku, dla sławy, a może powód był zupełnie inny? Wiadomo, że tego rodzaju książki spotykają się z ogromnym zainteresowaniem, a dobra promocja potrafi wywindować autora na szczyty list bestsselerów. Wiele pytań mogłabym zadać Gabrielowi Tallentowi, zwłaszcza że takie historie nie są efektem bujnej wyobraźni, one się po prostu zdarzają. Czy ta książka jest symbolicznym krzykiem rozpaczy tych, którym podobne piekło zafundowali ludzie z najbliższego otoczenia? W pewnym stopniu tak, ale Gabrielowi Tallentowi chyba nie zależało na symbolach, bo wtedy byłaby to zupełnie inna historia. Pozwólcie, że na tym poprzestanę, by zbyt wiele nie zdradzać. Podsumowując, "Moja Najdroższa" jest debiutem wartym uwagi nie tylko ze względu na fabułę, ale też sposób, w jaki została napisana, a tu raczej nie mam autorowi nic do zarzucenia, bo jego warsztat nie budzi zastrzeżeń. Dużym plusem powieści są znakomicie nakreślone postaci bohaterów.

Nad debiutancką powieścią autor pracował osiem lat, czy tyle samo będziemy czekać na kolejną książkę? Bardzo możliwe, ale skupmy się na tym, co tu i teraz, bo już niebawem w księgarniach pojawi się "Moja Najdroższa" i jestem niezmiernie ciekawa, jak zostanie przyjęta.

Premiera: 18 kwietnia 2018 r.

Moja ocena: 5/6

Autor: Gabriel Tallent
Tytuł: "Moja najdroższa"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 392
Rok wydania: 2018
Agora

 

 

© MATKA POLKA CZYTAJĄCA
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci