Menu

MATKA POLKA CZYTAJĄCA

BLOG O KSIĄŻKACH

Wiosenne zaczytanie

dosia1331

100_1847

Czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła - Wisława Szymborska.

Z tą myślą Was zostawiam i jednocześnie życzę pięknej, zaczytanej wiosny. Nawiasem mówiąc, chwalę się kolejnymi cudownościami, które trafiły do mojej biblioteczki.

Zapraszam do śledzenia wpisów, zwłaszcza że już niebawem opowiem o znakomitej książce Zyty Rudzkiej, "Krótka wymiana ognia". Kto czytał, ten wie, że o tej powieści można tylko w achach i ochach...

Do miłego zaczytania :)

"Te chwile" Herbjørg Wassmo

dosia1331

100_1827

Dziwna to powieść. Trochę, jak album ze zdjęciami. Przewracasz kolejny strony, na których znajdujesz kadry z życia dziecka, nastolatki, wreszcie kobiety. Poznajesz jej rodzinę, z niedowierzaniem i konsternacją zerkasz na relację dziecka z ojcem, obserwujesz milczenie matki, nieplanowaną ciążę, nieudane małżeństwo, aż w końcu stajesz się świadkiem fenomenalnej kariery pisarskiej. Zapis niemal całego życia bezimiennej bohaterki. Momentami jesteś po jej stronie, chcesz ukoić jej ból, pomóc zapomnieć o koszmarze i zrozumieć późniejsze wybory. Ale bywa też tak, że masz dość, że nie potrafisz jej współczuć. Zresztą ona nie oczekuje współczucia. Potem usprawiedliwiasz jej zachowanie, bo wiesz, że to, co wydarzyło się przed laty trwale zapisało się nie tylko w jej pamięci, ale przede wszystkim w psychice. Jednak  bohaterka powieści Herbjørg Wassmo wcale nie jest ofiarą, nie chce być tak postrzegana i jeśli spróbujesz stawiać ją na równi z innymi skrzywdzonymi kobietami, wtedy dobitnie przekonasz się, jak bardzo jej nie doceniłeś. Kobieta imponuje nieprawdopodobną siłą charakteru i potrzebą niezależności, ale nade wszystko tym, że po tak traumatycznych doświadczeniach potrafiła wziąć sprawy w swoje ręce i bez niczyjej pomocy po prostu o siebie zawalczyć, spełnić marzenia, zrealizować plany.  

Herbjørg Wassmo pisze w sposób niezwykle subtelny, z dużą wrażliwością i dbałością o każde słowo. Autobiograficzne "Te chwile" z pewnością były dla autorki formą terapii, możliwością rozliczenia się z trudną przeszłością. Herbjørg Wassmo nie ukrywa, że w dzieciństwie była molestowana przez ojca, a wstydliwe doświadczenia z tego okresu przelała na papier, by najzwyczajniej w świecie poczuć się wreszcie wolną. Krótkie, rwane zdania doskonale sprawdzają się w tego rodzaju opowieściach. Mocniej zapadają w pamięć. Można odnieść wrażenie, że narracja jest nieco chaotyczna, że tu i ówdzie wkrada się jakiś bałagan, nieuporządkowanie, że niektóre wątki nie zazębiają się. Ale mając na względzie tytuł powieści, który nie jest przypadkowy, czytelnik przekonuje się, że ma do czynienia z migawkami z życia głównej bohaterki. Nie wszystko jest dla czytelnika jasne, wiele trzeba się domyślić, spróbować ułożyć elementy rozsypanej układanki, opanować ten pozorny chaos. 

"Te chwile" wydają się być szczerą i bardzo osobistą książką o życiu kobiety, która miała odwagę opowiedzieć światu swoją historię. Zmierzyć się z demonami przeszłości, wykrzyczeć gniew i pozbyć się poczucia winy. Każdy rozdział książki jest po prostu chwilą z jej życia. 

Moja ocena: 5/6

Autor: Herbjørg Wassmo
Tytuł: "Te chwile"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 384
Rok wydania: 2015
Smak Słowa

 

Klasyka Światowej Literatury - kolejna odsłona nowej serii Wilgi

dosia1331

100_18161

Ciekawa jestem, czy w trakcie tworzenia tej historii Antoine de Saint-Exupéry wiedział, że jego książka stanie się dla wielu czytelników jedną z tych najważniejszych. Pomysł na fabułę zrodził się podczas pobytu autora w szpitalu. Czytał wówczas "Baśnie" Andersena i pewnie dlatego tekst "Małego Księcia" ma nieco baśniowy charakter. Opowiastka Saint-Exupéry'ego funkcjonuje w literaturze jako książka dla dzieci i nie ma w tym nic złego, wszak już w dedykacji mowa o dzieciństwie. Ale w pewnym wieku trudno dostrzec wszystkie walory tego tekstu, zwłaszcza jego wieloznaczność i filozoficzno-psychologiczny charakter. "Mały Książę" to ponadczasowa przepiękna opowieść o dojrzewaniu, przyjaźni i miłości. Mądra i wartościowa lektura, którą można czytać w każdym wieku i do której po prostu chce się wracać. Zresztą to bardzo osobista książka również dla samego autora, który przemycił w niej kilka faktów ze swojej biografii, a pierwowzorami postaci występujących na kartach "Małego Księcia" są bliskie mu osoby.

Jeżeli jakimś cudem nie znacie tej opowieści, to najwyższa pora nadrobić zaległości. Czyta się wspaniale! Ogromnym sentymentem darzę stare wydanie "Małego Księcia" z ilustracjami autora, ale muszę przyznać, że Aleksandrze Kucharskiej-Cybuch udało się uchwycić baśniowość tekstu Saint-Exupéry'ego i pięknie go zinterpretować.

100_1820

Moja ocena: 6/6

Autor: Antoine de Saint-Exupéry
Tytuł: "Mały Książę"
Ilustracje: Aleksandra Kucharska-Cybuch
Oprawa: twarda
Ilość stron: 95
Rok wydania: 2018
Wilga

Kolejną książką, która ukazała się w nowej serii Wilgi jest "Doktor Dolittle i jego zwierzęta" Hugh Loftinga. Pamiętam, że źle wymawiałam nazwisko wspomnianego doktora, ale tak robiły inne dzieci, więc jestem usprawiedliwiona. Uwielbialiśmy wspomnianego doktora i znakomicie bawiliśmy się podczas lektury. Hugh Lofting zadedykował tę książkę "wszystkim, którzy są dziećmi wiekiem i dziećmi w sercu", co jest absolutnie uzasadnione, bo nawet Jan Dolittle to trochę duży dzieciak, który czasem buja w obłokach i nie liczy się z konsekwencjami swojego postepowania. Doktor to sama dobroć, nikogo nie zostawi bez pomocy, zawsze ma czas i mnóstwo cierpliwości. Poza tym bardzo kocha zwierzęta, nawet bardziej niż ludzi i trzeba niezwykle uważać, by przypadkiem nie usiąść podczas wizyty na jeżu, jak pewna pacjentka, która chwilę potem - z wiadomych powodów - przestała nią być. Kaczka, pies, świnka, sowa i papuga Polinezja to ulubieńcy doktora, ale zwierzaków w jego małym domku jest znacznie więcej. Siostra lekarza narzeka, że brat straci pacjentów przez tłok i nieporządek. Kto to widział, żeby po domu biegały myszy?! Jej słowa okażą się prorocze, Dolittle zrezygnuje z leczenia ludzi i całą uwagę poświęci zwierzętom, z którymi nie tylko się zaprzyjaźni, ale też nauczy ich języka, a jego przygodami będą zachwycały się kolejne pokolenia małych czytelników.

100_1825

Barwna, dynamiczna i skrząca się humorem książka Hugh Loftinga to jedna z tych opowieści, które po prostu trzeba znać. Zwróćcie uwagę na absolutnie cudowne ilustracje Mikołaja Kamlera.

O poprzednich książkach, które ukazały się w serii Klasyka Literatury Światowej, czyli "Ani z Zielonego Wzgórza" i "Przygodach Tomka Sawyera", możecie przeczytać tutaj.

Moja ocena:6/6

Autor: Hugh Lofting
Tytuł: "Doktor Dolittle i jego zwierzęta"
Ilustracje: Mikołaj Kamler
Oprawa: twarda
Ilość stron: 127
Rok wydania: 2018
Wilga

[PRZEDPREMIEROWO] "Moja Najdroższa" Gabriel Tallent

dosia1331

100_1809

“Moja najdroższa” odniosła ogromny sukces w USA i na świecie – prawa do publikacji kupili wydawcy z 29 krajów. Powieść została ogłoszona najważniejszą książką 2017 roku przez „Washington Post”, „USA Today”, „New York Timesa”, „Business Insider” oraz Amazon.com i National Public Radio. Otrzymała także nominacje do prestiżowych nagród: National Book Critics Circle John Leonard Prize dla najlepszego debiutu roku; LA Times dla najlepszej książki roku; Goodreads Choice Awards w kategoriach Najlepsza powieść i Najlepszy debiut roku; International Dylan Thomas Prize dla najlepszej książki roku; Barry Award dla najlepszego debiutu roku" - (informacja ze strony wydawnictwa).

Uff, sporo tych wyróżnień, zwłaszcza że mamy do czynienia z debiutem, a z tymi, jak wiadomo, bywa różnie. Ochy i achy Stephena Kinga nie robią na mnie specjalnego wrażenia, bo nader często pojawiają się na okładkach bestsellerów, które potem okazują się marną literaturą. Żeby była jasność, Kinga uwielbiam, natomiast jego polecajki traktuję z przymrużeniem oka! Ale o debiutanckiej powieści Gabriela Tallenta bardzo pozytywnie wypowiedziała się Sylwia Chutnik, której twórczość cenię i jej rekomendacja zdecydowanie bardziej do mnie przemawia.

Odrobinę o fabule

Czternastoletnia Turtle Alveston nie ma przyjaciół i robi wszystko, by tak pozostało. Zresztą trudno lubić kogoś, kto unika kontaktu i najbezpieczniej czuje się w swoim towarzystwie. Turtle nie jest normalną nastolatką, boryka się z szeregiem problemów i swoim zachowaniem tylko potwierdza, że coś jest nie tak, tylko co? No właśnie, nikt nie wie, co dzieje się w jej domu, nikt nie ma pojęcia o tym, jak dziewczynę traktuje ojciec i kim dla niego jest. Gdyby ktoś w nocy zajrzał do jej pokoju, wtedy stałby się świadkiem bulwersujących scen, obrzydliwych, niemoralnych kadrów z życia dorastającej Turtle, seksualnej niewolnicy ojca, którą ten ma czelność nazywać kruszynką. Izolowana i kontrolowana Turtle żyje pod dyktando ojca - psychopaty, który nie rusza się z domu bez broni i tego samego uczy córkę. Serwuje nastolatce szkolenie rodem z filmów sensacyjnych, trochę na swoją zgubę, bo Turtle pewnego dnia wykorzysta wszystko przeciwko niemu...

Ofiara?

Hmm, mam kłopot z jednoznaczną oceną postępowania głównej bohaterki, bo nie do końca jestem przekonana, czy powinnam jej bronić. Scena z pierwszego rozdziału sprawiła, że zaczęłam się zastanawiać, czy dziewczyna jest ofiarą, czy po prostu godzi się na to wszystko i nawet czerpie z tego irracjonalną przyjemność. Poza tym pozwala ojcu na przekraczanie kolejnych granic, a co najgorsze nie szuka pomocy. Przebrnięcie przez tę historię wymaga mocnych nerwów, bo to, co dzieje się na kartach powieści jest szokujące i nie mieści się w granicach zdrowego rozsądku. Czy Turtle w ogóle wstydzi się relacji łączącej ją z ojcem, czy rozumie to, co dzieje się w czterech ścianach jej pokoju? A to wszystko w imię fałszywie pojmowanej miłości. Niesmak i gonitwa myśli gwarantowane!

Debiut wart uwagi, czy kolejna kontrowersyjna książka na rynku wydawniczym?

Mam mieszane uczucia, bo mniej więcej do połowy zastanawiałam się, po co ta książka powstała, dlaczego autor zdecydował się na tak odważną, obrazoburczą i brutalną opowieść? Co chciał przekazać czytelnikowi oddając w jego ręce powieść tak przerażająco... smutną? Dla zysku, dla sławy, a może powód był zupełnie inny? Wiadomo, że tego rodzaju książki spotykają się z ogromnym zainteresowaniem, a dobra promocja potrafi wywindować autora na szczyty list bestsselerów. Wiele pytań mogłabym zadać Gabrielowi Tallentowi, zwłaszcza że takie historie nie są efektem bujnej wyobraźni, one się po prostu zdarzają. Czy ta książka jest symbolicznym krzykiem rozpaczy tych, którym podobne piekło zafundowali ludzie z najbliższego otoczenia? W pewnym stopniu tak, ale Gabrielowi Tallentowi chyba nie zależało na symbolach, bo wtedy byłaby to zupełnie inna historia. Pozwólcie, że na tym poprzestanę, by zbyt wiele nie zdradzać. Podsumowując, "Moja Najdroższa" jest debiutem wartym uwagi nie tylko ze względu na fabułę, ale też sposób, w jaki została napisana, a tu raczej nie mam autorowi nic do zarzucenia, bo jego warsztat nie budzi zastrzeżeń. Dużym plusem powieści są znakomicie nakreślone postaci bohaterów.

Nad debiutancką powieścią autor pracował osiem lat, czy tyle samo będziemy czekać na kolejną książkę? Bardzo możliwe, ale skupmy się na tym, co tu i teraz, bo już niebawem w księgarniach pojawi się "Moja Najdroższa" i jestem niezmiernie ciekawa, jak zostanie przyjęta.

Premiera: 18 kwietnia 2018 r.

Moja ocena: 5/6

Autor: Gabriel Tallent
Tytuł: "Moja najdroższa"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 392
Rok wydania: 2018
Agora

 

 

Książka, którą trzeba przeczytać - "Ziele na kraterze" Melchiora Wańkowicza

dosia1331

 

100_1785

Przeczytałam "Ziele na kraterze" dwa razy, potem wielokrotnie wracałam do książki w poszukiwaniu ulubionych fragmentów. W moim starym egzemplarzu są pozaginane rogi, mnóstwo notatek na marginesach i karteczek pomiędzy stronami. Melchior Wańkowicz już zawsze będzie dla mnie Kingiem, cudownym, ciepłym człowiekiem, mistrzem narracji, znakomitym obserwatorem i fenomenalnym słowotwórcą. Lektura jego książek to prawdziwa uczta! 

Książce zrobiono krzywdę

Jakkolwiek dziwnie to brzmi jest niestety prawdą. Wiadomy ustrój polityczny nie akceptował sposobu, w jaki Melchior Wańkowicz opowiada w książce o trudnej historii Polski. Okrutne czasy wojny, a potem komunistyczny reżim nie były tematami, o których ówczesna władza chciała czytać, a tym bardziej pozwolić na to zwykłym obywatelom.  Książkę poddano cenzurze, usunięto niewygodne fragmenty, nazwiska. Ingerencja w tekst była tak duża, że momentami nie przypominał pierwowzoru, co niestety odbijało się na niewłaściwym jego odczytaniu. Poza tym pozbawiono "Ziele na kraterze" tego, co w nim najbardziej urocze, czyli gawędziarskiego charakteru.

Najpierw był embrion. Potem było w łonie matki zamknięte, pulsujące życie. Wreszcie był pokój dziecinny...

Kto czytał, ten wie, że dominującym wątkiem "Ziela na kraterze" jest dorastanie ukochanych córek pisarza, czyli Krysi (zamordowanej w czasie Powstania Warszawskiego) oraz Marty zwanej Tili. Uważny czytelnik z łatwością dostrzeże, że obraz rodziny jest nieco wyidealizowany, a Domeczek, który z założenia miał być głównym bohaterem powieści, jest w gruncie rzeczy obiektem drugoplanowym. "Ziele na kraterze" jest jedną z najbardziej przejmujących książek, które czytałam, przepiękną opowieścią o rodzinie, miłości i przyjaźni. Lekturą rozpoczynającą się od embrionu, od początku życia, a kończącą podobnie, bo narodzinami wnuczki. Ale zanim przeczytamy wzruszający list Tili o maleńkiej Ani czeka nas lektura wyciskającego łzy listu ojca do nieżyjącej córki. 

Radość i smutek

Nie brakuje w książce zabawnych momentów, zresztą Melchior Wańkowicz niektóre sytuacje z życia rodzinnego opisał w taki sposób, że bardzo trudno się nie roześmiać. Poza tym jego wyjątkowe poczucie humoru i zdolności słowotwórcze dodają opowieści szczególnego charakteru. King - tata, Królik - mama i dwie dziewczynki tworzą zgraną paczkę i znakomicie bawią się w swoim towarzystwie. Ale sielanka nie trwa wiecznie, czasy się zmieniają, a niektóre wydarzenia będą powodem radykalnych działań. Walka o wolność stanie się moralnym obowiązkiem i pochłonie wiele ofiar, wśród nich będzie Krysia. Melchior Wańkowicz nigdy nie pogodził się z odejściem córki, nie przestał o niej myśleć, wciąż była częścią jego życia, dla niego po prostu nigdy nie umarła (Żyjesz, Krysiuniu. Żyjesz i żyć będziesz).

Posłuchaj Wańkowicza 

Doskonale pamiętam moje pierwsze spotkanie z "Zielem na kraterze". Miałam wówczas wrażenie, że nie czytam, a słucham starszego pana, który w wygodnym fotelu snuje opowieść o swojej rodzinie. Śmiałam się i wzruszałam razem z nim. Melchior Wańkowicz otworzył przede mną drzwi Domeczku i pozwolił zajrzeć do jego wnętrza, poznać żonę, ukochane córki, być świadkiem radosnych, ale też niezwykle trudnych dla niego przeżyć. Wiele miłości i ciepłych uczuć jest zapisanych na kartach "Ziela na kraterze", które niezaprzeczalnie stanowi dla mnie jedną z najważniejszych książek. 

100_1790

100_1792

Wydawnictwo Greg oddaje w ręce czytelników pełny tekst "Ziela na kraterze", zgodny z oryginałem, bez cięć zapobiegliwego cenzora. Na uwagę zasługuje ładne wydanie książki i zdjęcia z prywatnego archiwum Wańkowiczów. Lektura obowiązkowa.

Moja ocena: 6/6

Autor: Melchior Wańkowicz
Tytuł: "Ziele na kraterze" 
Oprawa: miękka
Ilość stron: 372
Rok wydania: 2018
Greg

"Góry i ich zwykli-niezwykli mieszkańcy" Justyna Styszyńska

dosia1331

100_1761

Jakich książek moje dzieci mają w domu najwięcej? Ależ oczywiście, że tych, których bohaterami są zwierzęta. W pokoju mojej córki półki aż uginają się od tego rodzaju lektur, a co najważniejsze właśnie po nie sięga najczęściej. A jeśli w środku są koty, to już pełnia szczęścia. Mile widziane są wszelkie dodatki, zwłaszcza naklejki, które wprawdzie nie zawsze lodują w książce, ale kto by się tam przejmował pucowaniem szafek z kleju. No dobra, szlag mnie trafia, kiedy nie potrafię usunąć naklejki, ale wiem, że i z tego dzieci wyrastają, więc cierpliwie tłumaczę, że to właśnie w książce jest dla nich miejsce. 

Nie miałam pojęcia o tej serii, a okazuje się, że to już czwarta odsłona. Poza tym publikacja powstała we współpracy z Tatrzańskim Parkiem Narodowym, co dla wielbicieli tatrzańskiej przyrody może mieć szczególne znaczenie. Dla mnie ma i bardzo się cieszę, że książka "Góry i ich zwykli-niezwykli mieszkańcy" trafiła właśnie do nas. Z przyjemnością czytałam Zosi o niektórych gatunkach zwierząt, które żyją w górach. Rzecz jasna jej uwaga najbardziej skupiona była na rysiu, wiadomo, kociak. Nawiasem mówiąc, jedną z jej ukochanych zabawek jest pluszowy ryś. Poza tym uzupełniałyśmy książkę naklejkami, które, co uważam za znakomity pomysł, są wielokrotnego użytku. Można naklejać i odklejać do woli, a nawet stworzyć własną wizję zwierzaka złożonego z kilku innych. To dopiero frajda, bo kto widział górską kozicę z łapami niedźwiedzia albo skrzydlatą wydrę. 

Prosty tekst, ładne ilustracje i naklejki, dzięki którym dziecko pozna zwierzęta i ich naturalne środowisko. Połączenie nauki i zabawy, to lubimy!

Moja ocena: 5/6

100_1765

100_1757

Autor: Justyna Styszyńska
Tytuł: "Góry i ich zwykli-niezwykli mieszkańcy"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 44
Rok wydania: 2018
Widnokrąg

Pachnąca latem opowieść o dzieciństwie - "Dzieci z wyspy Saltkråkan" Astrid Lindgren

dosia1331

100_1752

"Dzieci z wyspy Saltkråkan" to jedna z niewielu książek Astrid Lindgren, której nie przeczytałam jako dziecko. Wielbiciele twórczości szwedzkiej pisarki mogą znać tę opowieść pod innymi tytułami, "Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku?" i bardziej zbliżonym do obecnego, czyli "My na wyspie Saltkråkan". Nowe wydanie właśnie trafiło na księgarniane półki i przyznaję, że "Nasza Księgarnia" po raz kolejny zafundowała mi cudowny powrót do dzieciństwa.

Trwają wakacje. Rodzina Melkersonów wyrusza na wyspę Saltkråkan. Dzieciaki nie wiedzą, czego mogą się spodziewać, zwłaszcza że na pomysł spędzenia wakacji na wyspie wpadł ich roztrzepany ojciec. Zostali poinformowani o wynajęciu czerwonego domku, w którym i tak będą tylko spać. Ojciec tryska dobrym humorem, trzech chłopców planuje wakacje życia, a ich starsza siostra trochę studzi emocje i wydaje się być dużo dojrzalsza od swego taty. Zresztą Malin jest dla chłopców, jak matka, której nie mają i dlatego obawiają się każdego ewentualnego adoratora w pobliżu ukochanej siostry. Bo Malin jest ich i basta! Tymczasem po przybyciu na miejsce okazuje się, że na wyspie leje, jak z cebra, w dachu wynajętego domu jest dziura, a w środku unosi się odór stęchlizny. Na dodatek tata nie potrafi rozpalić w piecu i po prostu marzną. Ale, jak to w książkach Astrid Lindgren, rodzina może liczyć na pomoc i życzliwość sąsiadów, którzy nie zostawią ojca z dziećmi w potrzebie. Jest więc szansa, że wakacje na wyspie Saltkråkan mogą okazać się wspaniałą przygodą...

Otuliłam się tą wakacyjną historią, jak ciepłym kocem, bo każda lektura książek Astrid Lindgren to po prostu fantastycznie spędzony czas. Z ogromną przyjemnością wracam do jej powieści, a tym większa radość, gdy mogę odkryć coś, czego jeszcze nie czytałam. Sympatyczne i zwariowane dzieciaki skradły moje serce od samego początku. Nieźle ubawiłam się dowcipnymi dialogami i głębokimi przemyśleniami niektórych bohaterów. Ale życie nie polega tylko i wyłącznie na dobrej zabawie. Są sytuacje, które zamiast uśmiechu na twarzy wywołują smutek, a czasem spływające po policzkach łzy.

Była Astrid Lindgren genialną obserwatorką i potrafiła w niezwykły sposób opisać świat dziecka, przy okazji unikając nie tylko banału, ale też górnolotnych wynurzeń. Zresztą jej książki to literackie perełki i nie inaczej jest z "Dziećmi z wyspy Saltkråkan", które są przepiękną, pachnącą latem opowieścią o dzieciństwie.

Na uwagę zasługują znakomite czarno-białe ilustracje Ilon Wikland.

Moja ocena: 6/6

Autor: Astrid Lindgren
Ilustracje: Ilon Wikland
Tytuł: "Dzieci z wyspy Saltkråkan"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 344
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

"Pod śniegiem" Petra Soukupová

dosia1331

100_1748

Powiedzenie, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu może nie do końca odzwierciedla wydarzenia opisane w powieści, ale przyznać trzeba, że momentami jest dość nieprzyjemnie. Można by powiedzieć, że relacje między trzema siostrami są dość specyficzne, bo kobiety najzwyczajniej w świecie nie potrafią się dogadać. Niemal każda rozmowa kończy się ostrą wymianą zdań, a wszystko to dzieje się w samochodzie, w drodze na urodziny taty, który rozstał się z ich matką, o czym siostry jeszcze nie mają pojęcia. 

Ta z nich, która wpadła na karkołomny pomysł wspólnej podróży z pewnością szybko tego pożałowała. Pogoda fatalna, auto załadowane do granic możliwości, a wśród pasażerów dzieci, które nawet się nie lubią i które nie mają ochoty na wizytę u dziadków. Blanka, Olga i Kristýna próbują robić dobrą minę do złej gry, ale to się rzadko udaje, bo atmosfera staje się coraz gęstsza, więc katastrofa wisi w powietrzu. Kumulacja negatywnych emocji, niedomówienia, zazdrość i brak chęci porozumienia pogłębiają konflikt. Każda z sióstr rości sobie prawo do pouczania i przekonana jest do swoich racji, nawet gdy całkowicie mija się z prawdą. A wszystko to dzieje się w ciągu jednego dnia, w ciągu kilkunastu spędzonych razem godzin.

Książka Petry Soukupovej zrobiła na mnie ogromne wrażenie, chyba nawet nie liczyłam na tak dojrzałą i tak dopracowaną historię. Postaci, dialogi i w ogóle pomysł są godne podziwu. Okazuje się, że można stworzyć niezwykle poruszającą opowieść, która w przeważającej części rozgrywa się w nietypowej scenerii, bo w samochodzie. Czeska pisarka rozkłada na czynniki pierwsze nie tylko relację trzech sióstr, ale również ich życie prywatne, zwłaszcza wybory, których dokonały. Bardzo ciekawym kompozycyjnie zabiegiem jest wpleciona w fabułę opowieść Marii, czyli matki i to od niej w dużej mierze dowiadujemy się, jaka jest przyczyna rozpadu rodziny i kto ponosi za nią odpowiedzialność. Tymczasem gdzieś za oknem pada śnieg...

100_1749

Czytelniku, jeżeli masz ochotę wsiąść do samochodu i spędzić dzień z Blanką, Olgą i Kristýną, to robisz to na własną odpowiedzialność. Gwarantuję, że wielokrotnie poczujesz się zakłopotany i będziesz chciał potrząsnąć którąś z sióstr. Obiecuję, że ta podróż na długo pozostanie w Twojej pamięci.

Moja ocena: 6/6

Autor: Petra Soukupová
Tytuł: "Pod śniegiem"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 416
Rok wydania: 2016
Afera

 

 

 

O macierzyństwie - "Córka" Eleny Ferrante

dosia1331

100_1728

Kim jest Elena Ferrante? Ano kimś, kto pilnie strzeże swojej prywatności. Publikowanie pod przybranym nazwiskiem i niechęć do udzielania wywiadów, paradoksalnie, okazały się strzałem w dziesiątkę, anonimowość stała się kluczem do sukcesu, rozbudziła czytelniczą wyobraźnię i zaostrzyła apetyt na spotkanie z twórczością autorki. Elena Ferrante, kimkolwiek jest, pozostaje w cieniu, nie opowiada o swoich książkach, niczego nie wyjaśnia i uparcie trwa w przekonaniu, że książka nie wymaga wizerunku autora. Nie do końca jestem przekonana, czy zachowanie anonimowości w dzisiejszych czasach jest możliwe, ale najwyraźniej Elenie Ferrante się udało. Mimo to od czasu do czasu pojawiają się pewne plotki, mniej lub bardziej zabawne, o tożsamości włoskiej pisarki. Typowano już wiele osób, kobiet i mężczyzn, którzy mogą ukrywać się pod tym nazwiskiem, ale Elena Ferrante to wciąż wielka niewiadoma w świecie literatury. Nawiasem mówiąc, anonimowość to niezły chwyt marketingowy. Czyżby to była przemyślana decyzja, która miała podsycić zainteresowanie autorką i wpłynąć na wyniki sprzedaży jej książek? Nie ukrywam, że sięgnęłam po pierwszą część tetralogii z tego właśnie powodu. Poza tym chciałam sprawdzić, czy rzeczywiście jest to proza warta uwagi i tak rewelacyjna, jak podają media. I co? Klops, nie odkryłam w tej książce nic szczególnego, a co najważniejsze nie mam ochoty na pozostałe części cyklu. Nie rozumiem szumu wokół postaci Ferrante i rozkładania na czynniki pierwsze jej książek. Dlaczego zatem sięgnęłam po wydaną w 2006 r. "Córkę"? Może dlatego, że ukazała się przed słynną tetralogią i histerią związaną z tajemniczą autorką. Ale zainteresowałam się książką włoskiej pisarki również za sprawą noty wydawniczej i z przyjemnością stwierdzam, że Elena Ferrante o wiele bardziej przekonuje mnie do siebie "Córką" niż "Genialną przyjaciółką", którą uważam za przegadaną do granic możliwości.

Rozwiedziona nauczycielka literatury angielskiej wybiera się na samotne wakacje, planuje połączyć przyjemne z pożytecznym, czyli odpoczynek z pracą. Nad morzem poznaje kobietę i jej małą córkę. Wracają wspomnienia, Leda analizuje przeszłość i podjęte wówczas decyzje. Fabuła zbudowana na podstawie licznych retrospekcji dostarcza czytelnikowi wielu informacji nie tylko o głównej bohaterce, ale również o jej rodzinie, którą w pewnym momencie życia postanowiła porzucić. O dziwo, Leda jakoś specjalnie nie cierpi z tego powodu, choć doskonale wie, że jej postępowanie sprzed lat było absolutnie godne potępienia. Macierzyństwo czasem nie ma nic wspólnego z ociekającymi lukrem obrazkami z reklam telewizyjnych. Są kobiety, dla których urodzenie dziecka oznacza koniec życia zawodowego i towarzyskiego, są również takie, które najzwyczajniej w świecie nie radzą sobie w tej roli, a jeśli na dodatek nie mogą liczyć na pomoc i wsparcie najbliższych, to tragedia murowana. Leda bez cienia zażenowania opowiada o wydarzeniach z przeszłości, na dodatek jest przekonana, że postąpiła słusznie, bo jej wybór dyktowany był walką o siebie. Egoistka? To byłoby zbyt proste, ale nie ulega wątpliwości, że trudno polubić główną bohaterkę, a i ze zrozumieniem jej może być problem. 

Po mało emocjonującym początku otrzymałam niezwykle ważną opowieść o kobietach oraz ich roli w społeczeństwie. Bycie matką nie dla wszystkich jest spełnieniem marzeń, nowa sytuacja może być rozczarowująca i mocno odbiegać od ewentualnych wyobrażeń. W powieści znalazłam mnóstwo ciekawych spostrzeżeń, z którymi niekoniecznie się zgadzam, a jednak wiem, że w historii Ledy, jak w lustrze mogłoby przejrzeć się wiele matek. Prawdziwa, szczera i obrazoburcza jest momentami opowieść Ledy. Poza tym tu i ówdzie wkrada się jakiś rodzaj niepokoju, który czyni tę książkę dość specyficzną lekturą. Zresztą Ferrante po mistrzowsku stopniuje napięcie, a ostatnie zdanie jest doskonałym podsumowaniem treści książki i świetnie spina fabułę. 

Osobista, wnikliwa i łamiąca tabu proza. Bardzo dobra powieść.

Za książkę dziękuję portalowi granice.pl

Moja ocena: 5/6

Autor: Elena Ferrante
Tytuł: "Córka"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 232
Rok wydania: 2017
Sonia Draga

 

Matka, żona i kochanka -"Macocha" Petry Hůlovej

dosia1331

100_1694

Niewiele jest książek, które zachwycają czytelnika już po kilku pierwszych zdaniach. I niech nikogo nie zwiedzie różowa okładka, która może sugerować lekką i zabawną historię obyczajową, o której zapomina się równie szybko, jak się ją przeczytało. Petra Hůlová stworzyła nie tylko wyjątkową opowieść, ale też niezwykłą bohaterkę, autorkę poczytnych romansów, które sama zainteresowana określa mianem gniotów i których w żadnym wypadku się nie wstydzi, bo i dlaczego? 

"No, dalej, zgłaszać się, ręka do góry! drę się na całe gardło z balkonu, lekko już pod wieczór podwiniona. Kto z was marzy o życiu gorszym niż ma?" No, zaszalała kobieta, myślę sobie i czytam dalej coraz bardziej zaintrygowana wygłaszanym monologiem. A wszystko to w pięknej scenerii zabytkowej kamienicy. Oczywiście dekoracja zmienia się od czasu do czasu, albowiem bohaterka powieści Petry Hůlovej wędruje po mieszkaniu nieustannie. Raz podziwiamy ją na balkonie, innym razem obserwujemy w kuchni, gdy miesza przypalone danie, które notabene porównuje do swojej rodziny. Zresztą jej wypowiedzi są bardzo osobiste, wręcz obnażające i momentami przypominają spowiedź. Animuszu dodaje Julii alkohol, po którym dowiadujemy się coraz więcej o prywatnej i zawodowej drodze słynnej pisarki. Kim zatem jest tytułowa macocha? Matką, żoną i kochanką, autorką książek serwujących czytelnikom tanią rozrywkę, literaturę niskich lotów, ku utrapieniu wielbicieli ambitnych książek, świetnie się sprzedającą i jak się okazuje bardzo potrzebną. Ale Julia jest również kobietą, którą trudno lubić, której trudno współczuć, której czasem chciałoby się dać w twarz, by chwilę później otwierać z nią kolejną butelkę wina i płakać nad losem świata.

"Macocha" Petry Hůlovej jest przykładem znakomicie napisanej historii, błyskotliwej opowieści, którą pochłania się w błyskawicznym tempie, by po przeczytaniu ostatniego zdania czuć niedosyt, wręcz niezadowolenie, że koniec nastąpił tak szybko. Ale uwaga, to wcale nie jest optymistyczna lektura, a wręcz przeciwnie i odwagi trzeba, by przez nią przebrnąć. Znieczulona alkoholem bohaterka powieści czeskiej autorki śmiało mówi o sprawach, o których większość z nas woli milczeć. Jej pozbawiony tabu monolog to prowokacyjny popis umiejętności oratorskich, niesłychanie autentyczny i płynący z serca przekaz. Julia to kobieta z krwi i kości, inteligentna bestia, która za pomocą precyzyjnie dobranych słów zawsze trafia w sedno. Lektura obowiązkowa.

Moja ocena: 6/6

Autor: Petra Hůlová 
Tytuł: "Macocha"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 188
Rok wydania: 2017
Afera

"Nieznana terrorystka" Richard Flanagan

dosia1331

100_1714

Miała dziewczyna pecha i to ogromnego. Gina Davies, bohaterka najnowszej powieści Richarda Flanagana, w kilka godzin z tancerki erotycznej stała się terrorystką. Jak do tego doszło? Wystarczyło pojawić się w nieodpowiednim miejscu i czasie, wylądować w łóżku z dopiero co poznanym mężczyzną, a rano odkryć, że jest się poszukiwaną w całym kraju. Brzmi, jak kiepski żart, ale nim nie jest. A to nie wszystko, bo nie bez znaczenia jest również fakt, że pracując w taki, a nie inny sposób trzeba być wyjątkowo czujnym i ostrożnym, i nie prowokować pewnych sytuacji, bo niezadowolony klient potrafi zemścić się w okrutny sposób. Karą może być widok własnej twarzy na ekranie telewizora z podpisem: terrorystka. Pal licho, że zdjęcie marnej jakości i właściwie trudno jednoznacznie stwierdzić, że to ta osoba, ale przekaz słowny to już zupełnie inna sprawa. Niby niewiele informacji, ale wystarczy, by uznać kogoś za winnego i tym samym rozpętać medialne piekło. Jak powinna zachować się ofiara? Udać się do najbliższego komisariatu i wyjaśnić sprawę. Tak radzi przyjaciółka, a i Gina Davies doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że to byłaby słuszna decyzja i zarazem najrozsądniejsze rozwiązanie.  A może przeczekać to całe zamieszanie, aż wypłynie inny, bardziej atrakcyjny temat i ludzie przestaną interesować się jakąś nieznaną terrorystką, o której właściwe niewiele wiadomo, łącznie z tym, czy faktycznie nią jest. Młoda kobieta czuje się zaszczuta, obawia się, że wyrok już zapadł, a jej życie jest w niebezpieczeństwie. W grę wchodzi zmiana wizerunku, bo człowiek, z którym spędziła upojną noc, a który tak, jak ona podejrzany jest o terroryzm, nie żyje. Tymczasem w mediach pojawiają się kolejne mniej lub bardziej wiarygodne doniesienia i próba identyfikacji nieznanej terrorystki. Koszmar dopiero się rozpoczyna...

Nie ukrywam, że zaskoczyła mnie ta powieść. Przeczytałam dwie książki Richarda Flanagana, "Klaśnięcie jednej dłoni" i "Pragnienie", ale "Nieznana terrorystka" to zupełnie inna jakość. Książka niesłychanie aktualna, demaskująca świat mediów, dziennikarską brutalność i manipulowanie faktami. Okazuje się, że niewinny człowiek może zostać uznany za kogoś, kim nie jest. Nie liczą się fakty, racjonalne argumenty, nie ma znaczenia prawda. Ważny jest medialny szum i rosnące słupki oglądalności. Co z tego, że w wałkowanym od rana do wieczora temacie nie pojawia się nic szczególnego. Zresztą to nie ma znaczenia, bo istotne jest podsycanie ciekawości i taki dobór słów, by odbiorca był przekonany, że wiadomości są aktualizowane, a on jest na bieżąco. Richard Flanagan przedstawił w "Nieznanej terrorystce" zjawisko fake newsów, których celem jest wprowadzanie w błąd, mijanie się z prawdą i najprościej rzecz ujmując oszukiwanie odbiorców. Sensacyjna historia opowiedziana przez australijskiego pisarza rozpoczyna się od znakomitego prologu, który doskonale obrazuje to, co za chwilę rozegra się na kartach powieści. Kluczowym słowem w "Nieznanej terrorystce" jest strach, to on jest przyczyną wszystkiego, co dzieje się później. Zresztą sprytnie to uczucie wykorzystują nie tylko media, ale i politycy, bo granie na emocjach i potęgowanie niepokoju jest celem samym w sobie. W ten sposób łatwo podporządkować sobie ludzi. Okrutne, ale skuteczne, o czym przekonujemy się niemal na każdym kroku. 

Wulgarny język, sugestywne opisy, seks, polityka i świat mediów. Richard Flanagan stworzył bardzo współczesną powieść, świetnie napisaną i trzymająca w napięciu historię, która mogłaby wydarzyć się wszędzie i której bohaterem mógłby być każdy. Codziennie jesteśmy zarzucani informacjami z całego świata i coraz częściej fake newsami, co zdaje się potwierdzać jedna z postaci powieści mówiąc: "ludzie chcą podniecających iluzji, nic innego. Znajdź coś w tym rodzaju, przypraw taką historię paroma szczyptami strachu i sprośności, i masz żyłę złota. Szczerego złota".

Moja ocena: 5/6

Autor: Richard Flanagan
Tytuł: "Nieznana terrorystka"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 329
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo Literackie

Nadrabiam zaległości... Lektura na luty - "Ziemia kłamstw" Anne B. Ragde

dosia1331

100_1710

Ogłaszając na blogu nowy cykl dotyczący nadrabiania czytelniczych zaległości nie wzięłam pod uwagę tego, że książka może mi się nie spodobać. Na luty wybrałam "Ziemię kłamstw" Anne B. Ragde i z przykrością stwierdzam, że między mną a autorką nie zaiskrzyło. Jestem trochę rozczarowana, bo po znakomitych recenzjach, jakie zebrała Saga rodziny Neshov byłam przekonana, że lektura pierwszego tomu okaże się na tyle porywająca, że sięgnięcie po kolejne części będzie tylko i wyłącznie kwestią czasu. A tu klops! Ziewałam i usypiałam nad książką, co początkowo tłumaczyłam zmęczeniem. Wytrwałam mniej więcej do połowy i rozstałam się z "Ziemią kłamstw" bez żalu. Nie wiem, czy nie potrafiłam się skupić, czy nie odpowiadał mi styl norweskiej pisarki, czy po prostu czas na tę lekturę był nieodpowiedni. Nie będę deklarować powrotu do niej, bo mój entuzjazm dotyczący nadrabiania zaległości nieco osłabł i trochę obawiam się kolejnych nietrafionych lektur. 

Teraz czytam powieść Richarda Flanagana, "Nieznana terrorystka" i muszę przyznać, że mocno mnie ta książka zaskoczyła. Poza tym możecie liczyć na wrażenia po lekturze "Macochy" Petry Hůlovej, absolutnie fenomenalnego monologu w wykonaniu pewnej autorki romansów. Coś mi się wydaje, że literatura czeska na dobre zagości na blogu, zwłaszcza że rozglądam się za innymi popularnymi tytułami naszych sąsiadów. Poza tym w wolnej chwili przeglądam różne czasopisma, zwłaszcza te poświęcone literaturze i chyba po raz pierwszy nie zanotowałam żadnego tytułu książki, którą ewentualnie chciałabym przeczytać. Wyprawa do księgarni, póki co, zbędna. Zresztą mam sporo nowości, które w najbliższym czasie pojawią się na blogu i kolejną lekturę do nadrobienia, czyli "Szatańskie wersety" Salmana Rushdiego.

Do miłego zaczytania!

"Gdzie niebo mieni się czerwienią" Lisa Lueddecke

dosia1331

100_1669

Gdybym miała oceniać tę książkę na podstawie okładki, to wystawiłabym jej najwyższą notę. To samo dotyczy opakowania, w którym do mnie dotarła. Połyskująca czerwona koperta, w środku książka, a w niej mnóstwo gwiazdek. Poczułam się trochę, jak dziecko, które otwiera prezent, czysta radość.

"Gdzie niebo mieni się czerwienią" to debiutancka powieść Lisy Lueddecke utrzymana w nurcie young adult, którą czyta się dobrze, ale czy ta historia zachwyca, czy nie daje o sobie zapomnieć, czy jest wyjątkowa? Jestem przekonana, że dużo bardziej spodoba się młodzieży. Mnie wydała się schematyczna, a początek dość toporny. Potem jest zdecydowanie lepiej, ale coś mi się wydaje, że autorka trochę przekombinowała i przez to zmarnowała potencjał, który drzemie w tej opowieści i który nie został w pełni wykorzystany. 

Lisa Lueddecke zabiera czytelnika na skutą lodem i smaganą mroźnym wiatrem wyspę Skane, gdzie wpatrywanie się w niebo ma zasadnicze znaczenie dla zamieszkujących ją ludzi, bowiem na jego podstawie odczytują najbliższą przyszłość. Grozę budzi niebo w kolorze czerwonym, bo ten zwiastuje wszystko, co najgorsze. Zresztą ludzie wciąż pamiętają o wydarzeniach sprzed lat, kiedy na Skane zapanowała zaraza, która pochłonęła setki istnień. Wśród ocalałych jest nastoletnia dziś Ósa i to ona musi znaleźć sposób na powstrzymanie zła, złagodzenie gniewu Bogini, która najprawdopodobniej znowu chce ukarać ludzi. Czerwone niebo jest ostrzeżeniem, którego nie wolno lekceważyć. Tymczasem złowrogich znaków przybywa, te zaś wzbudzają strach i panikę wśród mieszkańców wyspy. Ósa nie ma chwili do stracenia...

100_1667

"Gdzie niebo mieni się czerwienią" to całkiem przyzwoicie napisana powieść fantasy. Szczypta magii, odrobina mitologii i pradawnych wierzeń okazały się znakomitym pomysłem na książkę, która ma szansę zachwycić młodych czytelników. I z pewnością tak właśnie będzie, bo Lisa Lueddecke stworzyła klimatyczną, nieco baśniową historię poruszającą typowe problemy wieku dorastania. Zimowa sceneria, hermetyczna społeczność Skane, aura tajemniczości i para charyzmatycznych postaci czekają na kartach powieści. Dorośli czytelnicy mogą okazać się bardziej surowi dla prozy amerykańskiej autorki. 

Moja ocena: 4.5/6

Autor: Lisa Lueddecke
Tytuł: "Gdzie niebo mieni się czerwienią"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 352
Rok wydania: 2018 
Zielona Sowa

Ciekawostki z życia Ziemi - "Najwyższa góra, najgłębszy ocean"

dosia1331

100_1680

No, takie książki lubię. Zresztą nie tylko ja, bo w dniu, w którym do nas trafiła, dosłownie wyrywaliśmy ją sobie z rąk. Ciekawość zżerała zwłaszcza dzieci, bo duże książki, a ta jest naprawdę pokaźnych rozmiarów, podobają im się najbardziej. Poza tym doskonale sprawdziła się w trakcie wspólnego czytania. "Najwyższa góra, najgłębszy ocean. Obrazkowe kompendium cudów natury" to książka wyjątkowa pod wieloma względami. Na każdej stronie dziesiątki informacji z życia naszej planety, mnóstwo ciekawostek, pięknych ilustracji, nazw, liczb itp. itd. Największe, najwyższe, najgrubsze, najstarsze, najmniejsze, najgorętsze, najzimniejsze, najliczniejsze i tak mogłabym wymieniać i wymieniać, bo słów rozpoczynających się od naj jest rzeczywiście w książce sporo. Wiadomości podano w atrakcyjny i przystępny dla dzieci sposób, a to niezwykle ważne, bo tego rodzaju książki powinny zachęcać do zgłębiania wiedzy, a nie przytłaczać. Nawiasem mówiąc, nie tylko dzieci będą miały okazję tego i owego dowiedzieć się o naszej planecie, zresztą zajrzyjcie na którąkolwiek ze stron, a przekonacie się, że mam rację.

Jak brzmi nazwa najwyższego szczytu na Ziemi i gdzie się znajduje? To proste, ale podajcie nazwę najniższego. Jeśli ją znacie, to przybijam piątkę, a jeśli nie, to otwórzcie książkę na 22 stronie i wszystko stanie się jasne. A potraficie wymienić najdłużej żyjące zwierzęta albo rośliny? Zapewniam, że będziecie przecierać oczy ze zdumienia, bo wśród nich są prawdziwi rekordziści, którzy na liczniku mają nawet 507 lat!

"Najwyższa góra, najgłębszy ocean. Obrazkowe kompendium cudów natury" to książka, która powinna znaleźć się w każdej biblioteczce domowej.

Moja ocena: 6/6

100_1682

100_1685

100_1684

Ilustracje: Page Tsou
Tytuł: "Najwyższa góra, najgłębszy ocean. Obrazkowe kompendium cudów natury"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 37
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

Książka-epitafium. "Rzeczy, których nie wyrzuciłem" Marcin Wicha

dosia1331

100_1647

"To jest historia o rzeczach. I jeszcze o gadaniu. Czyli - o słowach i przedmiotach. Jest to także książka o mojej matce, i z tego powodu nie będzie zbyt wesoła".

Zastanawiałam się, co o tej książce napisać i z premedytacją odkładałam ten moment na dłużej nieokreśloną przyszłość. Właściwie mogłabym zacytować kilka fragmentów i na tym poprzestać. Nawet teraz piszę i kasuję, i wciąż rozpoczynam na nowo, co jest w gruncie rzeczy dość irytujące i stanowi potwierdzenie tego, jak bardzo poruszyła mnie lektura "Rzeczy, których nie wyrzuciłem". Gdybym miała określić ją trzema słowami, to z pewnością byłyby to: odważna, osobista i... piękna. Zresztą ujmujące jest w tej niewielkich rozmiarów książce niemal wszystko, od tematu po wykonanie. Mogę się jedynie domyślać, jak ciężko jest przelać na papier wspomnienia o zmarłej matce, jak trudno opisać bliską osobę w taki sposób, by jednocześnie nie odsłonić przed czytelnikiem zbyt wiele. Dlatego genialnym wręcz pomysłem jest charakterystyka matki na podstawie jej rzeczy oraz księgozbioru, czyli książek, które były dla niej ważne, po które sięgała w różnych momentach życia. Każda z rzeczy i lektur jest namacalnym dowodem jej istnienia. To nie są przedmioty zbędne, z którymi łatwo się rozstać, które można po prostu wyrzucić. To, co posiadamy/posiadaliśmy po prostu nas definiuje, książki, które czytamy również, a może zwłaszcza one. Marcin Wicha żegna się z matką w sposób szczególny, pozbawiony sentymentalizmu i patosu, a jednocześnie szczery i wzruszający.

Czytanie z ołówkiem w ręku nie ma sensu, bo warte podkreślenia jest niemal każde słowo. Za to przeczytanie książki w jeden wieczór jest jak najbardziej możliwe, co zresztą uczyniłam i dlatego uprzejmie donoszę, by nie popełniać tego błędu. Warto dawkować sobie tę lekturę, pobyć z nią dłużej, podumać nad niektórymi fragmentami. Zachwyt nad ładną polszczyzną jest w pełni uzasadniony, też jestem pod wrażeniem. Poza tym ta książka jakoś dziwnie wwierca się w głowę, nie daje o sobie zapomnieć, a to urwane "m" z okładki bardzo symboliczne.

"Mówiła: Kupię ci każdą książkę, przynajmniej nie jesteś kretynem". Nic dodać, nic ująć.

Moja ocena: 6/6

Autor: Marcin Wicha
Tytuł: "Rzeczy, których nie wyrzuciłem"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 183
Rok wydania: 2017
Karakter

 

W drodze na kolejny szczyt... "Spod zamarzniętych powiek" Adam Bielecki i Dominik Szczepański

dosia1331

100_1619

Czy nastoletni Adam Bielecki zdawał sobie sprawę z tego, że marzenia staną się kiedyś rzeczywistością, że jego nazwisko będzie wymieniane obok Jerzego Kukuczki, Krzysztofa Wielickiego, Wandy Rutkiewicz, Wojciecha Kurtyki, Leszka Cichego i wielu innych alpinistów i himalaistów, których osiągnięcia budzą podziw do dziś? Ależ oczywiście, że tak, bo takiej wiary w siebie, uporu, a przede wszystkim talentu można mu tylko pozazdrościć. Zresztą pierwsze sukcesy przyszły bardzo szybko, co tylko upewniło młodego chłopaka z Tychów, że dokonał właściwego wyboru.

Adam Bielecki zaczął się wspinać już jako trzynastolatek i przyznaję, że nieźle ubawiłam się jego barwą opowieścią o próbie wydostania się z Kirgizji. Podróżowanie bez pieniędzy bywa dość problematyczne, zwłaszcza gdy ma się do pokonania tyle kilometrów. Zdobycie Piku Lenina i Chan Tengri z pewnością uskrzydla, ale nie na tyle, by w magiczny sposób teleportować się do ojczyzny. Na szczęście znaleźli się dobrzy ludzie, którzy pomogli w trudnej sytuacji oraz przymknęli oko na to i owo. Zresztą szczęście Adamowi Bieleckiemu raczej dopisuje, bo ilość niebezpiecznych przygód, które ma na koncie przyprawia o szybsze bicie serca i tylko on sam wie, ile prowizorki było w tym, co robił kiedyś, a ile profesjonalizmu i zdrowego rozsądku jest obecnie.

Sukcesy i porażki są normą w himalaizmie, ale często te drugie są nagłaśniane do granic możliwości i potrafią skutecznie przyćmić udane wejście na kolejny szczyt. Tak się stało przy okazji pierwszego zimowego wejścia na Broad Peak. Suchej nitki nie pozostawiono na Adamie Bieleckim za to, że ponoć naruszył zasady bezpieczeństwa w górach i być może przyczynił się do śmierci dwóch kolegów z zespołu, czyli Macieja Berbeki i Tomka Kowalskiego. Jego postawa została oceniona negatywnie i na długo podzieliła środowisko. Nie od dziś wiadomo, że Adam Bielecki jest szybki, sprawny, bardziej wytrzymały i niesamowicie ambitny. Z niedowierzaniem obserwowałam to, co się wówczas działo w mediach społecznościowych, bo nagle wszyscy stali się ekspertami, a głos w sprawie zaczęli zabierać ludzie, którzy o wysokich górach nie mają zielonego pojęcia, że o wymienieniu nazw najwyższych szczytów nie wspomnę. Jak wiadomo, krytykowanie jest naszym sportem narodowym i niektórzy po prostu od czasu do czasu muszą się na kimś wyładować. Adam Bielecki w swojej książce wspomina o tamtym wydarzeniu, ale nie próbuje na siłę przekonać do swoich racji, tylko rzeczowo opowiada, jak to wszystko wyglądało z jego punktu widzenia i jak duży ma żal o to, że w całym tym zamieszaniu zabrakło obiektywizmu. Zamiast gratulacji za dokonanie niemożliwego, ogólnopolski hejt, zamiast kondolencji z powodu śmierci kolegów, wiadro pomyj. W mediach potrafi rozpętać się prawdziwe piekło, ale jest jeszcze druga strona medalu, bo dzięki tym samym mediom można zebrać fundusze na kolejne wyprawy, a te do tanich nie należą. Bardzo szybko okazało się, że oprócz wrogów Adam Bielecki ma grono zagorzałych fanów, którzy z uporem maniaka śledzą jego poczynania i kibicują w drodze na kolejny szczyt. Wśród nich są również tacy, na których wsparcie finansowe Adam Bielecki zawsze może liczyć i dzięki którym po prostu spełnia marzenia.

Przeczytałam tę książkę jednym tchem, ale przedtem długo ją przeglądałam, bo jest naprawdę bardzo ładnie wydana. Zachwycające są zwłaszcza zdjęcia, których w książce jest mnóstwo i nie ukrywam, że można nabrać ochoty na wyruszenie w najwyższe góry świata. Szkoda tylko, że moja tolerancja wysokości kończy się gdzieś w okolicach piątego piętra i tylko ja wiem, ile nerwów kosztuje mnie próba spojrzenia w dół. W wieżowcu nie zamieszkam, o himalaizmie mogę zapomnieć, zresztą po co mi Karakorum czy Himalaje skoro mam nasze piękne Tatry. Jednak nikt mi nie zabroni podziwiać ludzi, którzy na co dzień mierzą się z nieprawdopodobną siłą natury i własnymi słabościami, a jednocześnie dają świadectwo niezwykłej odwagi i determinacji w dążeniu do celu. A znowu jest ku temu okazja, bo marzeniem wielu jest zimowe wejście na "górę gór", drugi co do wysokości szczyt świata, czyli K2. Wśród nich jest Adam Bielecki, który ma szansę dokonać tego, o czym inni boją się nawet pomyśleć. Trzymam kciuki i śledzę kolejne doniesienia, a poza tym mocno wierzę w to, że wreszcie się uda i Adam Bielecki złotymi zgłoskami zapisze się w historii polskiego himalaizmu.

Moja ocena: 6/6

Autor: Adam Bielecki i Dominik Szczepański
Tytuł: "Spod zamarzniętych powiek"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 414
Rok wydania: 2017
Agora

 

 

 

 

Książka i gra planszowa, czyli nowości od Wydawnictwa Literackiego i Zielonej Sowy

dosia1331

100_1626

"Miejsce przestępstwa: las; dokładniej: dziupla
Rodzaj przestępstwa: kradzież 204 orzechów
Pokrzywdzona: wiewiórka Waleria
Podejrzani: wielu, naprawdę wielu
Prowadzący śledztwo: komisarz Gordon i jego asystentka Paddy"
 
Wiewiórka Waleria mocno ubolewa nad stratą orzechów, dlatego smutny incydent zgłasza stróżowi prawa, dzielnemu komisarzowi Gordonowi, w nadziei, że temu uda się wyjaśnić wszelkie okoliczności zdarzenia. Poszukiwania winowajcy/winowajców trwają. Komisarz Gordon i jego asystentka Paddy robią wszystko, by skradzione orzechy wróciły do właścicielki...

Każda książka, która do nas trafia jest niezwykle surowo oceniania zwłaszcza przez moją córkę. Mała recenzentka przede wszystkim skupia się na walorach zewnętrznych, czyli szacie graficznej. Jeśli spodoba się jej okładka, to jest duża szansa na to, że i środkiem się zainteresuje. Minusem jest brak ilustracji, co dla książki jest wyrokiem skazującym na zapomnienie. Obecność ilustracji też sprawy nie przesądza, bo nie wszystkie są dla niej atrakcyjne. I bardzo dobrze, grunt to mieć swoje zdanie. Dodatkowym atutem jest kolor, bo czarno-białe obrazki są "takie sobie". Poza tym ilustracji musi być po prostu dużo, najlepiej na każdej stronie, na bogato. Tekst, ach ten nieszczęsny tekst. Są takie książki, które czytamy na okrągło i takie, które lądują na regale w iście ekspresowym tempie i nawet ładne obrazki nie pomogą. Do czego zmierzam? Ano do tego, że "Pierwsza sprawa" Ulfa Nilssona została oceniona bardzo pozytywnie, choć z małym zastrzeżeniem, że nie posiadamy kolejnych części, o których wydawca wspomina na okładce. No, nie mamy, bo trzeba zaczekać na ich opublikowanie, tłumaczę, co Zosi zupełnie nie zadowala, bo cierpliwość nie jest jej najmocniejszą stroną. A wystarczyło o tej drobnostce nie wspominać. Czy ja w ogóle muszę dodawać coś jeszcze? Jesteśmy na tak!

100_1630

100_1638

Moja ocena: 5/6

Autor: Ulf Nilsson
Ilustracje: Gitte Spee
Tytuł: "Pierwsza sprawa"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 93
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo Literackie

 

Nie samą literaturą żyje człowiek, więc czasem warto sięgnąć po bardzo sprawdzoną formę spędzania czasu z dzieckiem, czyli grę planszową. "Kucharz" jest naszym ostatnim odkryciem i muszę przyznać, że zabawa jest przednia. Poza tym to najbardziej smakowita gra na świecie, bo okazuje się, że każdy może zostać szefem kuchni i skomponować wyjątkowe danie. Dwustronna plansza, 60 żetonów, 25 kart z napisami, pionki i kostka wystarczą, by ponury zimowy wieczór zamienić w kolorowy pokaz sztuki kulinarnej. 

Liczba graczy: 2 - 4
Czas gry: 15 - 40 minut
Sugerowany wiek: +4 

Miłej zabawy!

100_1643

100_1622

100_1623

Moja ocena: 6/6

Za grę dziękujemy Zielonej Sowie!

Absurd goni absurd - "Ostatnia arystokratka" Evžen Boček

dosia1331

100_1585

Poleżała sobie ta książka na mojej półce i tylko kolejne zachwyty czytelników od czasu do czasu mi o niej przypominały. Kuszono mnie barwnym językiem, nietuzinkowymi postaciami i znakomitym humorem. Nie czytać w miejscach publicznych - lektura grozi rechotem, ostrzegano, zaopatrzyć się w chusteczki na wypadek potoku łez spowodowanych śmiechem itd. Po kilku poważnych i co tu dużo mówić dość przygnębiających książkach, które ostatnio przeczytałam "Ostatnia arystokratka" Evžena Bočka  okazała się doskonałą odmianą. Z całą pewnością jest to zabawna lektura, błyskotliwa analiza czeskiego społeczeństwa i bardzo udana komedia, która zachwyca już od pierwszego zdania. Może nie wybuchałam śmiechem, ale na pewno bardzo miło spędziłam czas z uroczą Marią Kostką z Kostki, charyzmatyczną bohaterką pierwszej odsłony sitcomu o czeskiej arystokracji. 

Ponoć Czesi nie lubią wyższych sfer i bardzo dobrze, niech nie lubią, co absolutnie nie wyklucza możliwości ukazywania ich w krzywym zwierciadle. Zadowolony, bo nakarmiony niepowodzeniami w ich życiu czytelnik z pewnością lepiej się poczuje, wszak coś takiego, jak błękitna krew nie istnieje i między bajki można włożyć niektóre teorie. Ale do rzeczy. "Ostatnia arystokratka" to opowieść o amerykańskiej rodzinie z czeskimi korzeniami, która wraca do kraju przodków, by zamieszkać w odzyskanym po latach zamku. I tu zaczynają się schody, bo nic nie wygląda tak, jak powinno, a marzenia o luksusie, dobrobycie i splendorze są nieosiągalne, z czego zdaje sobie sprawę jedynie Maria, nastoletnia córka arystokratów. Kostka to zapuszczony i zaniedbany zamek, wymagający remontu, na który właścicieli najzwyczajniej w świecie nie stać, a karkołomne próby zainteresowania okolicznych mieszkańców życiem arystokracji i próba zarobienia na ich naiwności tylko chwilowo rozwiązuje problemy. Personel odziedziczony wraz z zamkiem też nie pomaga. Kucharka i sprzątaczka w jednym lubi zaglądać do kieliszka, hipochondryczny ogrodnik ma zupełnie inne zmartwienia, niż podupadający zamek, a leniwy kasztelan w głębokim poważaniu wszystko, co posiadłości dotyczy. Mają jednak wspólny cel - wydoić pana domu z kasy, przecież należy im się godziwa zapłata za "pracę". Evžen Boček nie oszczędza swoich bohaterów, nie ma też litości dla czytelnika, którego rzuca na łopatki już na samym początku, zresztą nie będę zdradzać fabuły, przeczytajcie koniecznie! 

Jaki jest czeski sposób na arystokrację? Bardzo prosty, ośmieszyć, zadrwić i podać ludziom na tacy w postaci zgrabnie napisanej książki, która czytelnikowi gwarantuje poprawę nastroju, zaś autorowi miejsce na liście bestsellerów. "Ostatnia arystokratka" niezaprzeczalnie bawi, ale to lektura z drugim dnem, bo humor i groteskowa narracja stanowią kamuflaż dla znacznie poważniejszych kwestii. Tymczasem absurd goni absurd...

Moja ocena: 5/6

Autor: Evžen Boček
Tytuł: "Ostatnia arystokratka"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 254
Rok wydania: 2015
Stara Szkoła

Gruzja na talerzu... "Tajemnice gruzińskiego smaku" Giorgi Maglakelidze

dosia1331

100_1513

Orzechy. Gdzie te orzechy? Potrzebuję choć kilka. No dobra, kilkanaście, bo te kilka zjem od razu. Zachowuję się trochę, jak pan Hilary, który niemal zdemolował dom w poszukiwaniu okularów. Ja wprawdzie nie mam orzechów na nosie, za to na pewno w zasięgu wzroku i na dodatek bezczelnie leżą sobie w koszyku. Ale to normalne, gdy się czegoś szuka, zazwyczaj po prostu się tego nie zauważa. Ot, taka złośliwość, nie tylko orzechów, rzecz jasna. Potrzebne mi są do sałatki. Uwielbiam takie nieoczywiste połączenia smakowe, które znakomicie się komponują i na dodatek pięknie wyglądają. Jeszcze tylko kilka ziarenek granatu i voilà! Moja sałatka à la Gruzja wygląda cudnie i smakuje również wyjątkowo.

Takich kulinarnych inspiracji jest w książce "Tajemnice gruzińskiego smaku. 79 przepisów" mnóstwo, więc można sobie zafundować kawałek Gruzji na talerzu. Chinkali, bakłażany na sztylecie, gołąbki z fasolą, adżapsandali po domowemu, cielęcina z kasztanami, krewetki w sosie orzechowym, mchali po miejsku i wiele innych potraw, które spokojnie można wypróbować, bo raczej nie są skomplikowane, a i ze składnikami nie będzie problemu. Autor, Giorgi Maglakelidze, oddaje w ręce czytelników dość niezwykłą książkę kucharską, bo oprócz przepisów znajdziecie w niej ciekawostki na temat Gruzji, które momentami brzmią, jak przypowieści. Jeżeli nie macie jeszcze sprecyzowanych planów wakacyjnych, to być może piękne krajobrazy i smaczne potrawy, których zdjęcia znajdziecie w książce zachęcą Was do odwiedzenia Gruzji? Nie ukrywam, że ten kraj kusi mnie już od dawna, a Giorgi Maglakelidze dodatkowo podsycił moją ciekawość.

100_1567

100_1570

100_1576

Smakowita lektura i pięknie wydana książka.

Moja ocena: 5/6

Autor: Giorgi Maglakelidze
Tytuł: "Tajemnice gruzińskiego smaku. 79 przepisów"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 207
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

"13 minut" Sarah Pinborough

dosia1331

100_1510

Gdybym miała jakieś dwadzieścia lat mniej, to może byłabym zachwycona książką Sarah Pinborough. Pewnie też ogromne wrażenie zrobiłoby na mnie nazwisko mistrza grozy na okładce i biegłabym do księgarni z prędkością światła. Ale prawda jest taka, że mam tyle lat, ile mam, a rekomendacje Stephena Kinga ignoruję, bo jego ochy i achy często są na wyrost, niestety.

Szesnastoletnia Natasha Howland przeżyła śmierć kliniczną. Nastolatka przez trzynaście minut znajdowała się w lodowatej wodzie i gdyby nie przypadkowy mężczyzna, który akurat znalazł się w pobliżu, to wiadomo, co byłoby dalej. Sprawa jest rozwojowa, bo właściwie nie wiadomo, co się stało i dlaczego ktoś chciał zabić najpiękniejszą i najbardziej lubianą uczennicę w szkole? Naturalną koleją rzeczy jest śledztwo i uchowaj Boże takich stróżów prawa, jak w książce, bo nigdy nie doszlibyśmy do prawdy. Wątek kryminalny zdecydowanie przegrywa z psychologicznym. Autorka wodzi czytelnika za nos, wystawia jego nerwy na próbę, ale tylko do czasu, bo uważny czytelnik dość szybko zorientuje się w sytuacji i ułoży elementy rozsypanej układanki. Czy wtedy czytanie straci sens? Nie sądzę, bo angielska pisarka pisze na tyle ciekawie, że porzucenie lektury nie wchodzi w grę. Poza tym dzieje się naprawdę sporo, więc dobrnięcie do końca nie będzie stanowiło dylematu.

Nie mam do tej opowieści większych zastrzeżeń i przyznaję bez bicia, że nawet dobrze mi się ją czytało, choć zdecydowanie lepiej drugą część. Jednak Sarah Pinborouhg nie zaproponowała niczego nowego, bo nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to wszystko już było, że znam podobne dziewczyny, pomiędzy którymi toczy się wieczna walka o popularność, a gdzieś po kątach ukrywają się te mniej atrakcyjne i skrycie marzą, by dostąpić zaszczytu dołączenia do szkolnych gwiazd. Kłamstwa, sekrety i manipulacje są chlebem powszednim bohaterów "13 minut", a szkolna rzeczywistość to brutalna i przerażająca gra o wpływy.

Sięgnęłam po tę książkę z czystej ciekawości, zachęcona kilkoma zdaniami na okładce. Jeżeli mam być szczera, a tego z pewnością ode mnie oczekujecie, to historia opowiedziana przez Sarah Pinborough aż nadto przypomina mi amerykańskie filmy o bezczelnych, wyrachowanych i pozbawionych empatii nastolatkach, które dla popularności podpisałyby pakt z diabłem.

"Podobno przyjaciół trzeba mieć blisko siebie, a wrogów jeszcze bliżej..."

Moja ocena: 4/6

Autor: Sarah Pinborough
Tytuł: "13 minut"
oprawa: miękka
Ilość stron: 422
Rok wydania: 2018
Prószyński & S-ka

© MATKA POLKA CZYTAJĄCA
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci