Menu

matka polka czytająca

blog o książkach dla dorosłych i dla dzieci

Od końca do początku, czyli w podróży pachnącej pieprzem i wanilią - "Tu byłem. Tony Halik" Mirosław Wlekły

dosia1331

DSCN0255

Uwielbiałam program "Pieprz i wanilia". Jak zaczarowana słuchałam barwnych opowieści Tony'ego Halika i Elżbiety Dzikowskiej i nie mogłam się doczekać kolejnego odcinka. Mam ogromny sentyment do tego cyklu, bo kojarzy mi się z dzieciństwem, z czasem beztroski, z kolorowym światem na ekranie telewizora, który tak bardzo różnił się od szarej rzeczywistości. Programy podróżnicze, które można znaleźć w ramówkach różnych stacji telewizyjnych są na pewno inne, ale czy lepsze? W czasach, kiedy nagrywano "Pieprz i wanilię" nie było podobnych audycji w telewizji, poza tym z wiadomych względów mieliśmy ograniczone możliwości podróżowania. Odrobinę roztrzepany Tony Halik i jego egzotyczne opowieści wypełniły lukę w życiorysach milionów widzów przed telewizorami. Wyruszaliśmy z Halikiem tak daleko, że nawet trudno było nam sobie te kilometry wyobrazić.

Tu byłem. Tony Halik - rzeczywiście oglądając program Halika miało się wrażenie, że był wszędzie, dlatego zupełnie nie dziwi mnie fakt, że taki tytuł nosi książka. Swego czasu codziennie przechodziłam obok wątpliwej urody graffiti "Tu byłem. Tony Halik", a podobnych arcydzieł na murach budynków wciąż jest w Polsce sporo i wcale nie są prześmiewcze, a jedynie potwierdzają, jak ważną postacią był/jest Tony Halik. Mirosław Wlekły musiał zmierzyć się z legendą Halika, uporządkować jego życiorys, poskładać elementy rozsypanej układanki i podjąć się próby interpretacji wielu nieścisłości w biografii dziennikarza, reportera i podróżnika. Krótko mówiąc - musiał oddzielić fakty od mitów. Autor poradził sobie znakomicie i przyznaję, że miał fantastyczny pomysł na tę książkę, ale też doskonale udało mu się przybliżyć postać Halika i sprawić, że z dużym zaangażowaniem śledzimy losy podróżnika i ludzi, którzy w jego życiu zajmowali miejsce szczególne.

W życiorysie Halika jest tak dużo nieprawdopodobnych wydarzeń, że czytanie tej książki to kolejna przygoda z nim w roli głównej. Polak z argentyńskim paszportem, dziennikarz NBC, fotoreporter słynnego magazynu "Life", podróżnik z iście ułańską fantazją i mitoman, który ubarwiał swoje życie zapierającymi dech w piersiach historiami. Co było prawdą, a co wytworem jego wyobraźni? Na to pytanie znajdziecie odpowiedź w książce. Wieloletnia partnerka Halika, Elżbieta Dzikowska, nie była zachwycona pomysłem powstania tej publikacji. Dziennikarka obawiała się, że Mirosław Wlekły odkryje coś, o czym nie będzie wiedziała i w ten sposób zburzony zostanie obraz człowieka, z którym spędziła tyle lat. Ale też nie utrudniała autorowi pracy, ba, nawet pomogła w tworzeniu książki, udostępniając dokumenty i pamiątki.

Fenomenalnym pomysłem było zrezygnowanie z tradycyjnej chronologii. Mirosław Wlekły przedstawia życie Halika w odwrotnej kolejności. Część pierwszą zatytułował "Tony (1979-1998)" i portretuje Halika u szczytu popularności, a kończy częścią czwartą "Max (1942-1945)", choć w tym miejscu muszę podkreślić, że Tony Halik urodził się w roku 1921 i ten rozdział jego życia jest opisany w części trzeciej. Pomieszanie z poplątaniem? Nic bardziej mylnego i na pewno nie utrudnia czytania. Poza tym ta koncepcja jest nie tylko ciekawa, ale w pełni uzasadniona, o czym czytelnik przekonuje się w trakcie lektury.

Rewelacyjna opowieść i pięknie wydana książka!

Moja ocena: 6/6

Autor: Mirosław Wlekły
Tytuł: "Tu byłem. Tony Halik"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 485
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo Agora

 

 

 

Kulinarne perypetie brytyjskiego pisarza, czyli "Pedant w kuchni" Julian Barnes

dosia1331

DSCN0181

Julian Barnes to angielski powieściopisarz, eseista, felietonista i autor opowiadań, który w 2011 r. został laureatem The Man Booker Prize  ("The Sense of an Ending"). Okazuje się, że jedną z jego pasji jest gotowanie, choć arkana sztuki kulinarnej odkrył dość późno. Julian Barnes nie podejrzewał, że kuchnia stanie się jednym z jego ulubionych miejsc, bo długo nie przejawiał zainteresowania tematem. W domu posiłki przygotowywała mama, natomiast męska część rodziny najzwyczajniej w świecie nie wkraczała na obcy teren. Czy zatem gotowanie w rodzinnym domu pisarza było uznawane na zajęcie typowo kobiece? Po prostu "nie było odpowiednie dla zamieszkujących dom mężczyzn".

Przyznaję, że miałam kompletnie błędne wyobrażenie na temat tej książki. Byłam przekonana, że Julian Barnes opowie czytelnikowi nie tylko o swoich zmaganiach w kuchni, ale przede wszystkim o konieczności zachowania miejsca pracy w idealnym porządku. Myślałam, że na kartach książki będę obserwowała pucującego talerze, polerującego szklanki i przesadnie dbającego o czystość kucharza, któremu sen z powiek spędzają okruszki na blacie, a gotowanie będzie gdzieś na drugim planie. Krótko mówiąc, byłam pewna, że pedanteria pisarza dotyczy czystości. A tu niespodzianka, bo zamiast szorowania jest bardzo ciekawa opowieść o przygodach kulinarnych i odkrywaniu przepisów. Jest również mowa o popełnianiu podstawowych błędów, które zazwyczaj wynikają z niewłaściwego stosowania receptur, bagatelizowania kolejności dodawania poszczególnych składników albo ich pomijania. Julian Barnes sporo uwagi poświęca książkom kucharskim, które są dla niego rzeczą niezbędną, skarbnicą wiedzy na temat przyrządzania ulubionych potraw. Pedanteria pisarza przejawia się w bardzo poważnym traktowaniu przepisów kulinarnych, bez wskazówek w nich zawartych danie po prostu nie ma prawa się udać. Julian Barnes jest niezwykle krytyczny nie tylko dla siebie, dla innych również i trzeba naprawdę bardzo uważać, żeby przypadkiem czymś go nie urazić. Lepiej nie zaglądać mu do garnków, nie pouczać i nie kwestionować przepisów, tak będzie bezpieczniej. Rozbawił mnie dekalog pisarza dotyczący kupowania książek kucharskich, zresztą z kilkoma punktami zgadzam się bezapelacyjnie.

"Pedant w kuchni" to bardzo ciekawa opowieść, zapis sukcesów i porażek, poszukiwań przepisów idealnych i takich książek kucharskich, które nie wylądują na półce obok innych, ale zostaną z kucharzem na dłużej. Notatki na marginesach książek kucharskich, plamy i odciski palców na zdjęciach świadczą tylko i wyłącznie o tym, że książka spełnia swoje zadanie. Julian Barnes w kuchni nie eksperymentuje, nie zmienia receptur i nie udziwnia przepisów, czasem tylko pozwala sobie na zastąpienie nielubianego składnika innym.

Dowcipnie i poważnie, serio i z przymrużeniem oka - intrygująca lektura.

Moja ocena: 4.5/6

Autor: Julian Barnes
Tytuł: "Pedant w kuchni"
Ilustracje: Joe Berger
Oprawa: twarda
Ilość stron: 184
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo Świat Książki

 

Fascynująca lektura - "Księga morza" Morten A. Strøksnes

dosia1331
DSCN0214
 
Morze ma wiele barw. A co jest dźwiękiem morza? Czy fale szemrzące na plaży albo grzmiące o skały i kamienie wybrzeży, smaganych wichrami? Owszem, tak to brzmi na lądzie. Inna sprawa - pod wodą. Tam morze ma swoisty ton, głęboki poszum, który powstaje w nim samym - czysty "ryk Behemotów w rui".
 
Pamiętam, jak w czasie rejsu po Morzu Egejskim wypatrywałam delfinów, bo obiecano mi, że przy odrobinie szczęścia zobaczę ich pełen radości pokaz pływania. Tak bardzo chciałam zobaczyć te piękne stworzenia, że o mało nie wypadłam za burtę. Szkoda, że nie skorzystałam z tej możliwości, zwłaszcza że mogłabym liczyć na ewentualny ratunek ze strony jednego z nich. Znane są przecież przypadki, kiedy delfiny przybywały ludziom na pomoc, choć czytałam również o takich sytuacjach, gdy było wręcz przeciwnie. Ale przy całej sympatii dla delfinów, chcę wierzyć, że są jednak pokojowo nastawione. A tak na marginesie, całkiem dobrze pływam, więc chętnie dołączyłabym do uroczych delfinów. Może kiedyś, kto wie? Wspominam o tym, bo jestem po lekturze arcyciekawego reportażu "Księga morza", który łączy w sobie również elementy eseju. Autorem książki jest Morten A. Strøksnes, norweski dziennikarz, fotograf i pisarz. Człowiek posiadający ogromną wiedzę na temat morskich głębin, a do tego piszący w sposób niezwykle sugestywny.
Znacie to uczucie, kiedy czytacie zdanie kończące książkę i wcale nie macie ochoty rozstawać się z lekturą? Odkładając tę książkę dosłownie zatęskniłam za widokiem morza, za jego szumem, zapachem... Na pewno wrócę do "Księgi morza" za jakiś czas, zwłaszcza że czytałam tę historię sprawdzając informacje w niej zawarte w licznych artykułach o morzach i oceanach, które można znaleźć w sieci. Poza tym podkreśliłam mnóstwo pięknych fragmentów, bo nie da się ukryć, że Morten A. Strøksnes, oprócz dużej wiedzy, posiada też wielki dar opowiadania.
"Księga morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku" - tak brzmi pełny tytuł reportażu i właściwie do pewnego stopnia zdradza o czym będzie w nim mowa. Nie jest to oczywiście poradnik, dzięki któremu czytelnik zechce dokonać podobnego czynu. Dużo bezpieczniej będzie zostać na lądzie, zwłaszcza gdy polowanie na gigantyczne ryby oglądało się tylko i wyłącznie na ekranie telewizora. Chęć złowienia rekina polarnego nie jest celem samym w sobie, ale pretekstem do pięknej opowieści na temat podwodnego świata oraz zwierząt, które tam żyją. Morten A. Strøksnes w towarzystwie przyjaciela, malarza i rybaka, decyduje się zrealizować szalony pomysł. Rekin polarny to ogromna ryba, której wymiary i ciężar przyprawiają o zawrót głowy, a poza tym może dożyć nawet pięciuset lat, więc złowienie tego kolosa to nie lada wyczyn. Tylko po co? To pytanie nurtowało mnie przez całą lekturę i właściwie jedyną sensowną odpowiedzią wydaje mi się ta, że złowienie morskiej bestii stanowi próbę udowodnienia sobie, że to jest jak najbardziej możliwe. Czytałam sporo na temat norweskiego rybołóstwa i wielopokoleniowej tradycji z tym związanej. Ale znam też niechlubną historię norweskiego wielorybnictwa. Norwegia to nie tylko piękne widoki i fiordy będące celem turystów z całego świata. Norwegia to także kraj, w którym przy pełnej aprobacie rządu zabija się wieloryby dla celów komercyjnych i na dodatek (o zgrozo!) planuje się zwiększenie limitów. Morten A. Strøksnes wspomina o tym, ale bardzo delikatnie i raczej w odniesieniu do zachowania równowagi w przyrodzie, jaką ponoć dają tego rodzaju praktyki, z czym rzecz jasna nie zgadzają się ekolodzy, a i sami Norwegowie coraz sceptyczniej przyglądają się rzezi wielorybów. Wybaczcie tę dygresję, ale nie mogłam się powstrzymać. Wróćmy zatem do książki. Opowieść norweskiego autora skupia się na morzach i oceanach, ich faunie i florze oraz zmaganiach człowieka z potęgą natury, z ogromną siłą wody, wobec której człowiek często jest bezradny. Dużym atutem publikacji  są cytaty z literatury marynistycznej, które autor konfrontuje z obecną wiedzą na temat mórz i oceanów. Morten A. Strøksnes przybliża czytelnikowi morskie legendy i rytuały sprzed lat, ale co jakiś czas przerywa tę opowieść przygotowaniami do trudnego zadania, czyli złowienia rekina polarnego i kolejnych wypraw w miejsce, gdzie można go spotkać. Czy to karkołomne zadanie się uda? Tego oczywiście nie zdradzę. Przeczytajcie koniecznie, to książka która z pewnością zasługuje na uwagę, ale też otwiera oczy na to, jakie miejsce w przyrodzie zajmuje człowiek. Fascynująca lektura i świetnie napisana książka.
 
Moja ocena: 6/6
 
Autor: Morten A. Strøksnes
Tytuł: "Księga morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 337
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo Literackie
 

Upiorny i... sympatyczny - "Charlie Ciuch-Ciuch"

dosia1331
DSCN0176
 
Ta ciuchcia jest niegrzeczna - stwierdziła stanowczo moja córka.
Zosiu, ale dlaczego uważasz, że ta ciuchcia jest niegrzeczna? - pytam i przyglądam się jej zatroskanej minie.
Bo ma brzydką buzię!
 
Chyba nie o brzydką buzię chodziło mojej córce, lecz o iście upiorny uśmiech ciuchci, bo sama zwróciłam uwagę na ten szczegół. Zresztą ilustracje w książce są dość niepokojące, ale nie mogło być inaczej, wszak autorem tej opowieści nie jest Beryl Evans, a Stephen King - mistrz grozy. Wielbiciele prozy amerykańskiego pisarza skojarzą tę historię z "Mroczną wieżą", bo opowieść o Charlim poruszyła również bohatera wspomnianej książki.
 DSCN0171
 
Charlie to parowóz Big Boy 402, który jest jedną z maszyn w przedsiębiorstwie kolejowym Mid-World, jeżdżącą na trasie z St. Louis do Topeki. Pewnego dnia maszynista Bob odkrywa, że Charlie nie jest zwyczajną lokomotywą, ale żywą maszyną, która potrafi mówić, śpiewać i odczuwać emocje. Bob i Charlie tworzą zgrany duet, lubią swoje towarzystwo i ogromną radość sprawia im wspólne podróżowanie. Wszystkie się zmienia, kiedy w Mid-World pojawia się nowa lokomotywa spalinowa mająca zająć miejsce starego, wysłużonego parowozu. Charlie zostaje odstawiony na boczny tor, a wraz z nim odchodzi Bob, który nie potrafi pogodzić się z decyzją pracodawcy i nie wyobraża sobie współpracy z inną maszyną. Charlie rdzewieje i płacze kroplami smaru, a Bob czasem odwiedza przyjaciela, który tak, jak on tęskni za dawnym życiem. Jaki jest finał tej historii, tego oczywiście nie zdradzę.
"Charlie Ciuch-Ciuch" to pozornie prosta opowieść o wielkiej przyjaźni, wzruszająca historia niezwykłej relacji między człowiekiem a maszyną, ożywionym przedmiotem. Ale to również książeczka poruszająca trudniejsze tematy takie, jak starość, odrzucenie, śmierć. Jeżeli czytaliście "Mroczną wieżę" to z łatwością odkryjecie wiele szczegółów łączących obie historie, zresztą taki był zamysł autora. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Stephen King oddając w ręce czytelników książkę dla dzieci puszcza oko swoim dorosłym fanom i być może kłania się przyszłym wielbicielom swojej twórczości, którzy obecnie mają kilka lat. Opowieść o ciuchci, która mknie po szynach z zawrotną prędkością, uśmiecha się złowrogo i sprawia, że na twarzach dzieci zamiast radości pojawia się przerażenie, to tylko jedna strona medalu, druga dotyczy uczuć, emocji i relacji, które - jak to w bajkach bywa - łączą nie tylko ludzi.
 
Gratka dla sympatyków Stephena Kinga i bardzo oryginalna lektura dla dzieci, które być może za kilkanaście lat zechcą poznać twórczość tego pisarza. Po przeczytaniu książki "Charlie Ciuch-Ciuch" pierwszy krok będą miały już za sobą.
 
Moja ocena: 5/6
 
Autor: Beryl Evans
Tytuł: "Charlie Ciuch-Ciuch"
Ilustracje: Ed Dameron
Oprawa: twarda
Ilość stron: 19
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

 

Jak dobrze mieć rodzeństwo - "Peter i Lena" Astrid Lindgren

dosia1331

DSCN0145

Fajnie jest mieć rodzeństwo, czy wprost przeciwnie? Peter obserwuje, że jego koledzy mają brata albo siostrę i chyba trochę mu przykro, że jest sam. Pewnego dnia oznajmia mamie, że też chciałby mieć rodzeństwo, a mama niczym dobra wróżka spełnia życzenie chłopca i za jakiś czas w domu pojawia się maleńka dziewczynka o imieniu Lena. Początkowa radość Petera zostaje zastąpiona zazdrością, bo rodzicie bardzo dużo czasu poświęcają płaczącemu niemowlęciu. Chłopiec myśli, że nikt go już nie kocha i wpada na pomysł sprzedania siostry. Zarobione pieniądze chce zainwestować w trzykołowy rowerek, na pewno będzie lepszy od Leny. Konieczna jest natychmiastowa interwencja mamy, bo Peter posuwa się o krok dalej i w przypływie złości uderza siostrę. Jak zakończyła się ta historia? Przekonajcie się sami i po prostu przeczytajcie opowiadanie Astrid Lindgren "Ja też chcę mieć rodzeństwo". Po lekturze pierwszego opowiadania zarezerwujcie sobie czas na drugie, czyli "Ja też chcę chodzić do szkoły", w którym poznacie dalsze losy rodzeństwa.

DSCN0146

Książki Astrid Lindgren to ponadczasowe opowieści, które czyta się z ogromną przyjemnością, zwłaszcza że dotyczą sytuacji z życia wziętych. Szwedzka pisarka była nie tylko świetną obserwatorką, ale też osobą obdarzoną dużym poczuciem humoru, która nie zapomniała, jak to jest być dzieckiem. Bohaterami książek Astrid Lindgren są dzieci w różnym wieku, a opowieści, które wyszły spod jej pióra to świat widziany ich oczami. Spostrzeżenia autorki "Pippi Pończoszanki" są nie tylko trafne, ale wciąż bardzo aktualne, zresztą o niesłabnącej popularności jej książek świadczą kolejne pokolenia zachwyconych czytelników. Lektura książek Astrid Lindgren to nie tylko świetna zabawa, ale dowód na to, że wszyscy kiedyś byliśmy bardzo podobni do wykreowanych przez nią postaci, wszyscy byliśmy kiedyś dziećmi. Czasy się zmieniają, ale dzieci chyba nie aż tak bardzo.

Piękne wydanie, cudowne ilustracje Ilon Wikland i przede wszystkim wspaniały tekst Astrid Lindgren to wystarczające powody, by poznać sympatycznych bohaterów dwóch opowiadań. A poza tym doskonały pretekst do rozmowy z dzieckiem na temat rodziny.

Moja ocena: 6/6

Autor: Astrid Lindgren
Ilustracje: Ilon Wikland
Tytuł: "Peter i Lena. Dwa opowiadania"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 64
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo Zakamarki

Boska Meryl, czyli opowieść o jednej z najwybitniejszych aktorek naszych czasów

dosia1331

DSCN0006

Początek wydał mi się toporny i odniosłam wrażenie, że czytam o kimś, kto wcale nie przypomina Meryl Streep. Przez kilkadziesiąt pierwszych stron miałam ochotę odłożyć tę książkę i już nigdy do niej nie wracać. Być może to kwestia nastawienia, bo trochę obawiałam się tego, jak Michael Schulman sportretuje Meryl Streep. Potem było zdecydowanie lepiej, ciekawiej i przyznaję, że to jedna z lepszych biografii, które do tej pory przeczytałam. Moje wyobrażenie o Meryl Streep zostało zbudowane na podstawie filmów, w których zagrała i poglądów wygłaszanych przy różnych okazjach. Imponuje mi jej odwaga i bezkompromisowość, ale przede wszystkim podziwiam jej niebywały talent. Aktorka charakterystyczna? Oczywiście, że tak! Aktorka do zadań specjalnych? Z całą pewnością, bo trudno mi wyobrazić sobie kogoś innego w roli Margaret Thatcher. Aktorka wszechstronna? Odpowiem pytaniem na pytanie - widzieliście film "Ze śmiercią jej do twarzy" albo "Mamma Mia"? Meryl Streep to kameleon, kobieta, która potrafi zagrać wszystko i nawet w roli drugoplanowej kradnie całą uwagę widza. Ale wróćmy do biografii. Michael Schulman stworzył wiarygodny i rzetelny obraz jednej z najlepszych współczesnych aktorek, ale skoncentrował się przede wszystkim na początku drogi zawodowej Meryl Streep, bo książka kończy się w momencie, kiedy aktorka odbiera swojego pierwszego "Oskara" za rolę Joanny Kramer w słynnej "Sprawie Kramerów". Biografia składa się z siedmiu rozdziałów, których tytuły są imionami kobiet, czyli teatralnymi i filmowymi wcieleniami Meryl Streep. Amerykańska aktorka z powodzeniem występowała w teatrze i początkowo z nim wiązała swoją przyszłość, ale upomniał się o nią również film i w zbiorowej świadomości figuruje jako aktorka filmowa. Biografia Meryl Streep skupia się głównie na jej karierze, ukazuje aktorkę przez pryzmat przedstawień i filmów, w których zagrała. Wzmianka o życiu prywatnym jest zwykle punktem wyjścia do opowiedzenia o kolejnej roli, ale i tak można się naprawdę sporo dowiedzieć na temat aktorki. Uzdolniona plastycznie, wokalnie, sportowo, poza tym do bólu ambitna. Delikatna blondynka o silnej osobowości, kobieta niezależna, feministka, która bardzo dba o wizerunek i nie dostarcza kolorowej prasie powodów, by o niej pisać. Jeżeli już, to tylko i wyłącznie w pozytywnym kontekście i zawsze w odniesieniu do filmów, w których aktualnie wystąpiła. Próżno zatem szukać w jej biografii pikantnych szczegółów, czy skandali. Od lat ten sam mąż, dzieci, które są dla niej  najważniejsze na świecie i kariera, jakiej mogą jej pozazdrościć dużo młodsze koleżanki, które często po przekroczeniu czterdziestki nie mają czego szukać w Hollywood. W życiorysie Streep jest również kilka akcentów związanych z Polską, o niektórych wiedziałam. Poza tym opowieść Schulmana to ciekawostki ze świata filmu, anegdoty, wielkie nazwiska i możliwość zajrzenia na plan zdjęciowy. Autor starannie i z wyczuciem interpretuje wydarzenia sprzed lat, nie pozostawiając żadnych wątpliwości, że Meryl Streep w pełni zasłużyła na swój sukces, który zawdzięcza nie tylko talentowi, ale też ciężkiej pracy. Dużym atutem publikacji są czarno-białe fotografie, które ukazują prywatną i zawodową drogę aktorki. Czy zakończenie opowieści o Meryl Streep na Joannie Kramer uważam za dziwny pomysł na biografię? Absolutnie, nie. Wszyscy znamy dalszy ciąg tej historii, czyli kolejne wybitne role, nagrody i uznanie widzów.

Czy ja w ogóle wspomniałam, że uwielbiam Meryl Streep? Uwielbiam Meryl Streep!

Moja ocena: 6/6

Autor: Michael Schulman
Tytuł: "Meryl Streep. Znowu ona!"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 334
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo Marginesy 

Cisza w eterze... "Dzień dobry, północy" Lily Brooks-Dalton

dosia1331
DSCN0140
 
Nie cierpię brokatu, połyskujących materiałów, świecidełek, błyskotek... Biżuteria nie robi na mnie specjalnego wrażenia, nie wpadam w zachwyt na widok drogocennych kamieni i nie marzę o ich posiadaniu. A jednak, jak zaczarowana wpatrywałam się w przepięknie mieniącą się okładkę powieści "Dzień dobry, północy" Lily Brooks-Dalton. Pewnie dlatego, że na okładce są gwiazdy, a na te mogę patrzeć w nieskończoność.
Mówi się, by nie oceniać książki po okładce i wielkie byłoby moje rozczarowanie, gdyby treść okazała się marna. Na szczęście tak się nie stało. Być może zabrzmi to dziwnie, ale powieść Lily Brooks-Dalton wpadła w moje ręce w odpowiednim momencie i chyba rzeczywiście zacznę wierzyć w to, że są książki, które po prostu odnajdują czytelnika.
Augustine pracuje w obserwatorium na kanadyjskim Archipelagu Arktycznym. Kocha swój zawód, odpowiada mu tryb życia, jaki prowadzi, ale z drugiej strony wie, że czegoś w tym życiu zabrakło i coraz bardziej doskwiera mu samotność. Myślami wraca do młodości, analizuje wydarzenia sprzed lat i szuka w nich potwierdzenia słuszności swoich wyborów. Pewnego dnia placówka otrzymuje wiadomość, że na świecie doszło do katastrofy. Zarządzona zostaje ewakuacja i naukowcy są zmuszeni opuścić obserwatorium. Augie stanowczo się temu sprzeciwia i wbrew rozkazowi zostaje. W tym samym czasie astronautka Sully wraz z załogą wraca z Jowisza na Ziemię. Początkowo wszystko przebiega zgodnie z planem, aż do momentu, gdy "Aether" traci łączność z Ziemią. Uczestnicy wyprawy podejrzewają, że to nie jest chwilowa awaria, ale coś znacznie poważniejszego. Domyślają się, że na Ziemi stało się coś złego, bo przejmująca cisza w eterze jest wystarczającym powodem, by tak sądzić. Zaniepokojona Sully bezskutecznie próbuje nawiązać z kimś kontakt. Milczące radio jest powodem frustracji, ale również głębokich przemyśleń. Biegnąca dwutorowo opowieść zaczyna się splatać, a życiorysy dwójki bohaterów są do siebie zaskakująco podobne, choć tych dwoje dzieli ogromna odległość.
Zanim zaczęłam czytać, zastanawiałam się, czy debiutancka powieść Lily Brooks-Dalton będzie z gatunku science-fiction, bo to z całą pewnością nie byłaby książka dla mnie. I mimo tego, że autorka zamieściła w niej elementy dystopii, to są one na tyle delikatnie zarysowane, że naprawdę nie ma się czego obawiać, jeżeli nie gustuje się w tego rodzaju literaturze. "Dzień dobry, północy" to przede wszystkim melancholijna, niespieszna i pięknie napisana książka o samotności z wyboru.  Ale to również opowieść o świecie, który znamy i czujemy się w nim bezpiecznie, aż do momentu, gdy coś zaczyna burzyć ten idealny obraz rzeczywistości, bo nagle dociera do nas, że nasze życie mogło wyglądać inaczej. Najbardziej enigmatyczną postacią w powieści jest mała dziewczynka, która towarzyszy Augustine'owi w obserwatorium. Nie wiadomo kim jest i jak doszło do tego, że w ogóle pojawiła się w tym miejscu. Wszelkie wątpliwości zostaną rozwiane na końcu powieści i dodam tylko, że towarzyszy temu niesamowity spokój i właściwie zgoda na przyjęcie zapisanego - być może - w gwiazdach losu.
Przepiękna, wyciszająca lektura...
 
Moja ocena: 6/6
 
Autor: Lily Brooks-Dalton
Tytuł: "Dzień dobry, północy"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 270
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo Czarna Owca
 
 

Literatura z górnej półki - "Klaśnięcie jednej dłoni" Richard Flanagan

dosia1331

DSCN0123

Przeczytałam tę powieść kilka dni temu, ale wciąż myślami wracam do tej historii. Nadal żywy jest we mnie obraz ojca i córki, głównych bohaterów tej dramatycznej i chwytającej za serce opowieści. "Klaśnięcie jednej dłoni" to książka wyjątkowa, napisana pięknym literackim językiem i poruszająca wiele trudnych tematów.

Podczas nocnej śnieżycy Maria Buloh postanawia odejść z domu i tym samym porzucić męża i trzyletnią córkę, Sonję. Bojan Buloh z dnia na dzień zostaje samotnym ojcem, ale nie potrafi sprostać zadaniu i opiekę nad dzieckiem powierza obcym ludziom. Dziewczynka dorasta i powoli staje się kłopotliwym członkiem przybranej rodziny, dlatego ojciec jest zmuszony zabrać ją do siebie. Sonja jest dość specyficznym dzieckiem, ale ze wszystkich sił stara się zyskać uznanie w oczach ojca i sprawić, by ten ją po prostu kochał. I to się nawet na początku udaje, ale Bojan Buloh coraz częściej zagląda do kieliszka, opróżnia kolejne butelki alkoholu i staje się agresywny. Ogromny wpływ na zachowanie mężczyzny ma nie tylko odejście żony, ale przede wszystkim przeszłość związana ze Słowenią, to tam znajduje się klucz do zrozumienia tej historii. Richard Flanagan zastosował dwie płaszczyzny czasowe. Lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte ubiegłego wieku to opowieść o Bojanie, natomiast rok 1989 i 1990 jest zapisem powrotu Sonji do rodzinnego domu, który postanowiła opuścić jako nastolatka.

Richard Flanagan napisał przejmującą powieść, mocno zapadającą w pamięć historię trudnej relacji ojca i córki. Ale "Klaśnięcie jednej dłoni" to również opowieść o losach europejskich imigrantów, uciekających z Europy przed okrucieństwem II wojny światowej. Bojan Buloh jest jednym z nich, człowiekiem boleśnie doświadczonym, skrywającym mnóstwo tajemnic z przeszłości, które są jak niezabliźnione rany. Bojan rozdrapuje te rany co jakiś czas, krzywdząc w ten sposób nie tylko siebie, ale przede wszystkim córkę. Rozdarcie między przeszłością a teraźniejszością dotyczy jednak obojga. Bojan jest winny córce nie tylko przeprosiny za koszmarne dzieciństwo, ale również prawdę o sobie i swojej żonie, natomiast Sonja będzie musiała zmierzyć się z historią rodziców i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy w jej życiu jest miejsce dla ojca i czy jest w stanie po prostu mu wybaczyć.

"Pozostałam tylko ja, nic więcej, pomyślała. I on. Lecz rozdzieleni, byli jak dom przerobiony na stodołę, zaorany sad zamieniony w pastwisko. Zapach drzew bez kwiecia. Okno bez koronkowej firanki w domu Jean. Klaśnięcie jednej dłoni".

"Klaśnięcie jednej dłoni" to książka, którą czyta się ze ściśniętym gardłem. Wybitna proza.

Moja ocena: 6/6

Autor: Richard Flanagan
Tytuł: "Klaśnięcie jednej dłoni"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 364
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo Literackie

 

Niezwykły świat przyrody - "Atlas przygód zwierząt"

dosia1331

DSCN0106

Moja córka jest małą wielbicielką zwierząt, więc to właśnie jej wręczyłam "Atlas przygód zwierząt" i nawet przewidziałam reakcję, bo na widok książki krzyknęła: "Ale duża!" Nie potrafiła jej utrzymać, bo książka rzeczywiście jest pokaźnych rozmiarów i z pewnością za ciężka dla takiego maluszka. Ale ze wszystkim można sobie jakoś poradzić i "Atlas przygód zwierząt" został rozłożony na podłodze, a maleńkie rączki ruszyły w poszukiwaniu misiów, słoni, delfinów i... pająków, którymi uwielbia straszyć babcię.  A ja przyglądałam się wielkiej radości, choć były momenty, że bałam sie, by w tej euforii nie uszkodziła książki. Na szczęście przestała obgryzać okładki, co kiedyś tłumaczyłam smakowaniem dobrej literatury. Póki co, atlas jest w całości, ale musiało minąć trochę czasu, bym i ja mogła się z nim zapoznać, bo wciąż słyszałam: "to moja książka". Właściwie na tym mogłabym poprzestać, zwłaszcza że moja córka wystawiła "Atlasowi przygód zwierząt" najwyższą ocenę, ale pozwólcie, że dodam kilka słów od siebie. Książka z pewnością robi wrażenie, nie tylko swoimi gabarytami, ale przede wszystkim bardzo starannym wydaniem. Na jej kartach znajdziecie mapy wszystkich kontynentów i przeróżne gatunki zwierząt, które można tam spotkać. Ilość wiadomości jest naprawdę spora, a wszystko dodatkowo pięknie zilustrowane. Można przyjrzeć się zwierzętom w ich naturalnym środowisku, zobaczyć jak się zachowują i w jaki sposób zdobywają pożywienie. Nie bez znaczenia są pory roku i miejsce, w którym występują poszczególne gatunki. Wszystko zostało przedstawione i opisane w przystępny dla dziecka sposób. Informacji, szczegółów i ciekawostek jest naprawdę mnóstwo, ale nie są przytłaczające. Dzieci będą miały okazję przyswoić sobie wiadomości i zajrzeć do najodleglejszych zakątków Ziemi, gdzie na lądzie, w morzach i oceanach mieszkają najróżniejsze gatunki zwierząt. Moja córka jest zdecydowanie za mała na lekturę tej książki, co oczywiście nie wyklucza jej przeglądania, ale to raczej czytelnicza propozycja dla starszych dzieci, mam na myśli uczniów szkoły podstawowej.

DSCN00991

DSCN01031

"Atlas przygód zwierząt" to piękna opowieść o zachwycającym świecie przyrody.

Moja ocena: 6/6

Tekst: Rachel Williams i Emily Hawkins
Ilustracje: Lucy Letherland
Oprawa: twarda
Ilość stron: 87
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo "Nasza Księgarnia"

 

 

 

"Tajemnicze zniknięcie detektywa Pozytywki", czyli kilka słów o książce, która powstała z tęsknoty :)

dosia1331

DSCN00831

Wszyscy mamy ulubionych bohaterów, którzy są dla nas ważni z różnych powodów. Bywa, że koniec książki trochę nas smuci, bo chętnie czytalibyśmy dalej.  Okazuje się, że nawet pisarze tęsknią za wykreowanymi przez siebie postaciami i dlatego decydują się na kontynuację ich losów. Grzegorzowi Kasdepce tak brakowało detektywa Pozytywki, że koniecznie musiał dowiedzieć się, co słychać u tego bohatera. Tak powstała kolejna książka o detektywie Pozytywce, ale... bez detektywa Pozytywki. Brzmi dziwnie? Niestety, to prawda. Pozytywka zniknął, wyparował, ślad po nim zaginął, nie ma go w swoim biurze itp. itd. Na dodatek sąsiedzi zgodnie potwierdzają, że od dłuższego czasu nie mieli przyjemności rozmawiać z detektywem i obawiają się, że mogło stać się coś złego. Tylko co? Jak grzyby po deszczu pojawiają się kolejne hipotezy, ale nie przynoszą żadnego rozwiązania. Czy jesteście ciekawi, co tak naprawdę się stało i właściwie, gdzie jest Pozytywka? Jeżeli tak, to koniecznie sięgnijcie po książkę.

DSCN0110

"Tajemnicze zniknięcie detektywa Pozytywki" to bardzo ciekawa historia, dowcipna i na dodatek wymagająca od dziecka spostrzegawczości, umiejętności łączenia faktów, logicznego myślenia. Krótko mówiąc, młodzi czytelnicy muszą trochę pogłówkować, czytać ze zrozumieniem i zwracać uwagę na szczegóły. Należy czytać bardzo uważnie, by przypadkiem nie przeoczyć jakichś wskazówek i śladów, które posłużą do rozwiązania zagadek.

Książka składa się z ośmiu rozdziałów, które są jednocześnie ośmioma zagadkami. Do dzieła, miłej zabawy!

A tak na marginesie - rewelacyjne ilustracje.

Moja ocena: 4,5/6

Autor: Grzegorz Kasdepke
Ilustracje: Piotr Rychel
Tytuł: "Tajemnicze zniknięcie detektywa Pozytywki"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 77
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo "Nasza Księgarnia"

 

 

 

Wiara a fanatyzm religijny - "Wieża" Williama Goldinga

dosia1331

DSCN0082

"- Po co ważyć się na małe rzeczy, Roger? Ja mam wielkie zamierzenia.
- Jakie?
- Czterysta stóp w górę."
 

"Wieża" Williama Goldinga jest dowodem na to, że w bibliotekach można znaleźć prawdziwe perełki, doskonale napisane i skomponowane historie, które często przegrywają w starciu z nowościami. Wiem, że bardzo trudno jest przejść obojętnie obok wydawniczych nowości, popularnych nazwisk, kuszących okładek. Ale to, co nowe, nie zawsze jest dobre, a rekomendacje na okładkach bywają przesadzone i niestety wszystkie brzmią podobnie. Książki wydane kilkadziesiąt lat temu potrafią być niezwykle interesujące, a ich treść wciąż aktualna. 

Dziekan katedry, niejaki Jocelin, pragnie rozbudować świątynię i rękami wynajętych robotników wznieść zapierającą dech w piersiach wieżę. Jest przekonany, że przyszedł na świat, by dokonać czegoś wielkiego i tym samym przypodobać się Bogu. Ale nie bierze pod uwagę tego, że jego wizja nie ma racji bytu i najprawdopodobniej skończy się tragedią. Roger Mason, człowiek nadzorujący prace budowlane, nie potrafi przemówić Jocelinowi do rozsądku, nawet błagania majstra o wstrzymanie budowy nie robią na nim wrażenia. Dziekan jest człowiekiem obłąkanym, pysznym i próżnym w swych poczynaniach, a jego wiara, podobnie jak wieża, nie ma solidnych fundamentów. Jocelin twierdzi, że "prościej jest wierzyć w cud" niż w to, że konstrukcja prędzej, czy później runie. Duchowny nie liczy się z nikim i niczym, jest skoncentrowany na osiągnięciu celu, nic więcej nie ma dla niego znaczenia. Tak rozpoczyna się budowa wieży, która przeczy prawom fizyki i staje się początkiem przerażających wydarzeń...

Historia opowiedziana przez Williama Goldinga w doskonały sposób ukazuje cienką granicę między wiarą a fanatyzmem. Powieść czyta się z narastającym uczuciem niepokoju, zwłaszcza że autor z niebywałą precyzją demaskuje również mechanizm oddziaływania jednostki na grupę ludzi, ich podporządkowanie, bierność, rezygnację z własnych przekonań. Katedra będąca miejscem modlitwy pustoszeje, budowa jest ważniejsza od modlitwy, bo uwaga ludzi skupiona jest na chylącej się ku upadkowi wieży, która tak naprawdę jest symbolicznym upadkiem wiary, chichotem diabła.

Autor: William Golding
Tytuł: "Wieża"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 169
Rok wydania: 1986
Instytut Wydawniczy Pax

 

Jak znaleźć czas na czytanie?

dosia1331

DSCN0044

Pytanie, które słyszę najczęściej brzmi: "Jak znajdujesz czas na czytanie?" Jakoś znajduję i wcale nie wymaga to nadludzkiego wysiłku. Moja pasja nie dezorganizuje życia rodzinnego, nikt nie cierpi z tego powodu, bo czytam w nocy, kiedy wszyscy smacznie śpią. Wiem, że czasem jest ciężko, że powrót z pracy do domu nie oznacza końca pracy, bo czeka mnóstwo innych obowiązków, a przede wszystkim stęsknione za mamą dzieci. Ale nie jestem robotem, muszę mieć czas dla siebie, chwilę oddechu, moment, w którym mogę się wyciszyć. Podsumowując, czas na czytanie po prostu musi się znaleźć!

A dlaczego Ty nie masz czasu na lekturę? Może zbyt dużo uwagi poświęcasz innym zajęciom albo trwonisz czas przed telewizorem, komputerem. Chyba że nie lubisz czytać, wtedy nie ma o czym mówić, nic na siłę. Znam mnóstwo osób, które twierdzą, że kiedyś dużo czytały, więc co takiego stało się, że czytanie przestało mieć znaczenie? Różne wymówki słyszałam, a szkoda, bo czas spędzony na lekturze to idealna forma relaksu, redukcja stresu i możliwość podróżowania po świecie bez konieczności opuszczania wygodnego fotela. Argument, że książki są drogie też mnie nie przekonuje, bo istnieją biblioteki, które coraz częściej inwestują w swoje zbiory. Wcale nie musisz kupować książki, by ją przeczytać, zresztą może się okazać, że nie przypadnie ci do gustu, więc biblioteka oznacza mniejsze ryzyko. Ale nie tylko nowości zasługują na naszą uwagę, bo w bibliotekach można znaleźć mnóstwo wartościowej literatury. Nie musisz gonić za nowościami, nadrób czytelnicze zaległości, poszperaj w bibliotekach, a na pewno znajdziesz coś dla siebie. Moim ostatnim odkryciem jest "Wieża" Williama Goldinga, książka wydana w 1964 r., wciąż niesłychanie aktualna, niebawem o niej napiszę.

DSCN0020

Jeżeli nie czytasz, bo przerastają cię domowe obowiązki, to może warto poprosić o pomoc. Zapewniam, że dzieci potrafią pozbierać klocki, włożyć zabawki do koszyków, odłożyć na półkę pluszaki i wbrew pozorom nie zawsze trzeba chodzić za dzieckiem krok w krok. W tym czasie możesz przygotować pranie albo wyprasować ubrania. Domownicy będą mieli okazję przekonać się, że nic samo się nie zrobi i w ten sposób szybciej uporasz się z innymi pracami. Zyskasz czas, który wieczorem możesz poświęcić na jeden rozdział książki. 

Czytasz swoim dzieciom? Jeżeli nie, to jak najszybciej wprowadź ten zwyczaj. To fantastyczna forma spędzania czasu z dzieckiem i na dodatek cenna lekcja, bo czytanie niesamowicie rozwija, wzbogaca słownictwo, poszerza horyzonty, pobudza wyobraźnię. Niech czytanie będzie elementem zabawy!

Czy dzień bez książki uważam za stracony? Bez przesady, czytanie to przyjemność, a nie obowiązek. Rosnące stosy nieprzeczytanych książek w moim domu świadczą o tym, że nie pożeram literatury z prędkością światła i bywam zajęta czymś zupełnie innym albo najzwyczajniej w świecie zmęczona. Z nikim się nie ścigam, nikomu nie muszę dorównać w ilości przeczytanych książek, to nie zawody sportowe. 

DSCN0047

A na zakończenie wiersz:

Leopold Staff
"CZYTELNICY"

"Zmierzchem, gdy gaśnie blask słonecznej kuli,
Nad brzegiem wody, gdzie drzew widma mdleją,
Marzy młodzieniec, spragnioną nadzieją
Całując karty powieści o Julii.

I gdzieś o setki mil, parku aleją
Krocząc samotnie, dziewczyna najczulej
Tę samą księgę do swej piersi tuli,
Szepcąc z słodyczą oddania: "Romeo!"

Ta sama książka, chwila i tęsknota
Otwarła duszom ich miłości wrota,
Gdzie wszedłszy razem w swych wiosen ozdobie,

W objęciu wspólnym przeżyły ekstazy
Pierwszych upojeń, nie znanych dwa razy,
Choć się nie znają, ni wiedzą o sobie."

Do miłego zaczytania!

 

Po fenomenalnej "Akuszerce" pora na "Ćmę" - Katja Kettu nadal w formie

dosia1331

DSCN0068

Katja Kettu powieścią "Akuszerka" zrobiła na mnie spore wrażenie, dlatego też umieściłam ją w zestawieniu najlepszych książek, które przeczytałam w ubiegłym roku. Doskonale zdaję sobie sprawę, że "Akuszerka" podzieliła czytelników, bo fińska pisarka stworzyła obrazoburczą historię, pozbawioną tabu opowieść o miłości, która nigdy nie powinna się narodzić, a jednak stała się faktem. Przyznaję, że trudno było mi przebrnąć przez niektóre fragmenty, ale też nie potrafiłam zrezygnować. Zastanawiałam się, skąd w pisarce tyle odwagi i chęci pisania o rzeczach trudnych do zaakceptowania? Myślałam również o tym, jaka będzie kolejna powieść w dorobku literackim Kettu, czy dorówna poprzedniej? Moje wątpliwości zostały rozwiane, bo jestem po lekturze "Ćmy" i z przyjemnością, choć nie do końca jestem przekonana, czy to słowo jest odpowiednie, stwierdzam, że Katja Kettu jest w rewelacyjnej formie, a co najważniejsze, po raz kolejny potwierdza swój niebywały talent prozatorski. Wiem, że i tym razem czytelnicy podzielą się na tych, którzy w zachwycie będą rozpływać się nad "Ćmą" oraz tych, którzy nie będą potrafili zmierzyć się ze światem przedstawionym przez Kettu. Ale na pewno nikt nie pozostanie obojętny, bo fińska pisarka udowodniła, że "Akuszerka" nie była dziełem przypadku.

W najnowszej powieści poznajemy losy dwóch kobiet, babki i wnuczki. Ciężarna Irga Malinen jako nastolatka uciekła z Finlandii do ZSRR, bo obawiała się zemsty ojca i lokalnej społeczności z powodu zajścia w ciążę z Rosjaninem. Ale zamiast w ramiona ukochanego trafiła do łagru, gdzie przeżycie graniczy z cudem. Kilkadziesiąt lat później jej wnuczka poznaje niezwykłą kobietę, a biegnąca dwutorowo opowieść Irgi i Verny zaczyna układać się w całość...

DSCN0077

Katja Kettu umiejętnie łączy różne gatunki literackie i choć w "Akuszerce" ten zabieg nie był aż tak zauważalny, to w "Ćmie" dostrzegamy go już po kilku pierwszych rozdziałach. Jest w tym pewna logika, bo wydarzenia przedstawiane przez Kettu wymagają dodatkowej oprawy, ukazane w prosty, banalny sposób straciłyby na swej oryginalności. Poza tym siłą prozy Kettu jest balansowanie na granicy dobrego smaku, szokowanie i  prowokowanie, dlatego też tak dużo w jej twórczości scen erotycznych, naturalistycznych opisów, budzących niepokój zwrotów akcji. W prozie fińskiej pisarki ważne są również symbole, ich znaczenie, czego dowodem jest chociażby tytułowa ćma. Kettu ma niepowtarzalny styl i lekkość pisania o sprawach, o których boimy się nawet pomyśleć, a surowy ton wypowiedzi to jej znak rozpoznawczy.

Premiera: 15 marca 2017 r.

Moja ocena: 5/6

Autor: Katja Kettu
Tytuł: "Ćma"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 400
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo Świat Książki

Kłamstwo ma krótkie nogi... "Wielkie kłamstewka" Liane Moriarty

dosia1331

DSCN0033

Przypadek sprawił, że sięgnęłam po "Wielkie kłamstewka" Liane Moriarty, bo ta książka przeleżała na mojej półce kilka miesięcy i w zasadzie o niej zapomniałam. Aż któregoś wieczoru podczas oglądania telewizji, a właściwie przeskakiwania z programu na program w nadziei na znalezienie czegoś interesującego, trafiłam na rozpoczynający się pierwszy odcinek miniserialu. Byłam niemal pewna, że skądś znam tytuł i zaraz po emisji przebiegłam wzrokiem po półkach z książkami. Okazało się, że wśród nich znajduje się powieść Liane Moriarty, na motywach której zrealizowano wspomniany przeze mnie serial.

Nie ukrywam, że przeczytałam tę książkę w błyskawicznym tempie z dwóch powodów. Po pierwsze - byłam ciekawa, jak potoczą się losy bohaterów, a po drugie - chciałam sprawdzić, czy książka jest warta uwagi, bo przyznaję, że wylądowała na półce za sprawą: tytułu, który sugeruje lekką lekturę, okładki z wizerunkiem kobiety z jakiejś bazy zdjęć (nie znoszę takich okładek!) i naklejki z hasłem - "kobiety to czytają" (co raczej odpycha, niż przyciąga). Krótko mówiąc, uznałam ją za czytadło do poduszki, które z pewnością znajdzie innego właściciela.

"Wielkie kłamstewka" nie są wybitną powieścią, ani historią, która na zawsze zapisze się w pamięci, ale mimo wszystko ta książka może się podobać, głównie za sprawą wciągającej fabuły i dynamicznej akcji. Niektóre z wątków są nieco przerysowane, ale czyta się dobrze i nie dziwi mnie fakt, że na motywach powieści powstał serial, bo książka jest w zasadzie gotowym scenariuszem. Liane Moriarty zaprasza czytelnika do lektury przypominającej rozrzucone puzzle, których ułożenie wymaga czasu, ale pozwoli odkryć prawdę o życiu trzech kobiet, Jane, Celeste i Madeline.  Okazuje się, że wielu rzeczy nie dostrzegamy albo udajemy, że ich nie widzimy, nie reagujemy w porę, bagatelizujemy sygnały, pozwalamy sobą manipulować i budujemy życie na kłamstwie, które prędzej, czy później runie niczym domek z kart. Kłamstwo ma krótkie nogi, niestety...

"Wielkie kłamstewka" to jedna z wielu powieści obyczajowych, ani zła, ani szczególnie wyjątkowa. 

Moja ocena: 4-/6

Autor: Liane Moriarty
Tytuł: "Wielkie kłamstewka"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 495
Rok wydania: 2015
Wydawnictwo Prószyński & S-ka

Wiersze Emily Dickinson w przekładzie Stanisława Barańczaka

dosia1331

DSCN9023

Jakiś czas temu na jednym z kanałów filmowych zaprezentowano film o Emily Dickinson, ciekawie zresztą zrealizowany i świetnie oddający klimat epoki, w której żyła. Niewiele wiemy o słynnej amerykańskiej poetce, ba, nie wiemy nawet, jak wyglądała u schyłku swego życia, bo wizerunek, który można odnaleźć w publikacjach na jej temat to dagerotyp wykonany w 1848 r., kiedy Emily Dickinson miała zaledwie siedemnaście lat. Czy wspomniany przeze mnie film biograficzny odpowiedział na wszystkie pytania dotyczące poetki, czy przybliżył jej postać? Trudno powiedzieć, ale na pewno sprawił, że po raz kolejny z ogromną przyjemnością sięgnęłam po jej przepiękne wiersze, tym razem w znakomitym przekładzie Stanisława Barańczaka.

DSCN9006

Muszę przyznać, że wydawnictwo stanęło na wysokości zadania i zafundowało wielbicielom twórczości Emily Dickinson bardzo eleganckie wydanie zbioru jej wierszy. Poza tym w książce można znaleźć anglojęzyczne wersje utworów poetki, co dla lubiących czytać w oryginale będzie dużym atutem. Bardzo ciekawy jest również wstęp, w którym Stanisław Barańczak próbuje - głównie na podstawie wierszy - odpowiedzieć na pytanie, kim była Emily Dickinson.

Bardzo lubię poezję, ale nie znoszę o niej pisać, więc pozwólcie, że wrócę do lektury. Niech moja wyobraźnia poszybuje do małego pokoiku w Amherst, gdzie Emily Dickinson napisała jedne z najpiękniejszych wierszy, jakie kiedykolwiek przeczytałam.

A na zachętę jeden z utworów...

1263
"Żadna Fregata tak ja Książka
Nie niesie nas w Odległe
Strony - Koń żaden tak sprężyście
Jak Rytm Wiersza nie biegnie -
To - Szlak na przełaj - bez Rogatek
I Ceł - stać najuboższą
Duszę na któryś z tych Rydwanów,
Które ją stąd unoszą."
 
Moja ocena: 6/6
 
Autor: Emily Dickinson
Tytuł: "Wiersze wybrane"
Przekład: Stanisław Barańczak
Oprawa: twarda z obwolutą
Ilość stron: 286
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo Znak

 

 

 

Między niebem a piekłem - "Araf" Elif Shafak

dosia1331

DSCN8992

Co najbardziej ogranicza człowieka poza granicami ojczyzny? Język! To pierwsza bariera, którą trzeba pokonać. Reszta ma znaczenie drugorzędne, zawsze można jakoś się dopasować, czegoś dowiedzieć, coś podpatrzeć. Sprawne posługiwanie się językiem obcym to nie lada wyzwanie, bo znajomość języka demaskuje nas w pierwszej kolejności. Nawet przeliterowanie nazwiska bywa kłopotem, bo jak wytłumaczyć obecność znaków diakrytycznych, czyli wszelkich kropek, ogonków i innych udziwnień przy literach, których pominięcie zmienia artykulację. Poza tym zawsze gdzieś  z tyłu głowy majaczy myśl o tym, że jest się obcym."Jak mówią, diabeł  tkwi w szczegółach. Może tak, może nie. Ale dowód cudzoziemskości na pewno tak." Z tego typu dylematami borykają się bohaterowie powieści  Elif Shafak pod enigmatycznie brzmiącym tytułem - "Araf".

Postaci wykreowane przez turecką pisarkę to dość nietypowa mieszanka kobiet i mężczyzn o różnej narodowości. Lokatorzy jednego z bostońskich mieszkań chcą jakoś wpisać się w rzeczywistość, w której przyszło im żyć, odnaleźć swoje miejsce, zrealizować plany, spełnić marzenia. Poczucie wyobcowania towarzyszy im niemal na każdym kroku, doskonale zdają sobie sprawę z faktu, że nie są u siebie (albo tak chcą się czuć), ale z drugiej strony ciężko byłoby im na powrót odnaleźć się w kraju, z którego pochodzą. Ten dziwny stan zawieszenia to właśnie tytułowy araf, który w języku tureckim oznacza czyściec, miejsce między niebem a piekłem.

To nie jest najnowsza powieść Elif Shafak, ale - co jest niezwykle zaskakujące - bardzo aktualna. Shafak wydała ją w 2004 roku i jest to jej pierwsza powieść napisana w  języku angielskim. Trudno nie doszukiwać się w tej książce osobistych doświadczeń autorki "Bękarta ze Stambułu", zwłaszcza jeśli prześledzi się życiorys pisarki. Muszę przyznać, że mam kłopot z oceną tej powieści, bo odnoszę wrażenie, że momentami trochę Elif Shafak poniosło, przez co książka wydaje się przekombinowana. Zwłaszcza niektóre rozważania autorki irytują, są rozwleczone do granic możliwości, kolokwialnie rzecz ujmując - przegadane. Ale jest również mnóstwo niesamowicie ważnej treści, fenomenalnych spostrzeżeń, zaskakujących uwag, pięknych metafor. Elif Shafak dała się poznać jako autorka o niebywałym talencie do opowiadania i nie inaczej jest w przypadku powieści "Araf", więc spokojnie można przymknąć oko na to i owo i po prostu zaangażować się w lekturę książki, która została napisana przez emigrantkę i emigracji dotyczy.

Moja ocena: 5/6

Autor: Elif Shafak
Tytuł: "Araf"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 413
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo Znak

 

 

 

 

 

 

"Monsieur Jean szuka szczęścia" Thomas Montasser

dosia1331

Poprzednia książka Thomasa Montassera, czyli "Wyjątkowy rok" była swoistym wyznaniem miłości do literatury, ciepłą, kameralną opowieścią o świecie książek. Kolejna powieść autora, "Monsieur Jean szuka szczęścia", przypomina klimatem "Wyjątkowy rok" i - podobnie, jak poprzedniczka - może być lekturą na jeden, ewentualnie dwa bardzo miłe wieczory.

DSCN8986

Szwajcaria - Zurych. Jean Picard, a właściwie Giacomo Piccoli - co okaże się ważną wiadomością nieco później -  przez czterdzieści trzy lata był konsjerżem w luksusowym hotelu Tour au Lac. Starszy pan świetnie wywiązywał się ze swoich obowiązków, zawsze na posterunku, do dyspozycji. Hotelowi goście w każdej sytuacji mogli liczyć na jego dyskrecję, pomoc i życzliwe słowo. Monsieur Jean nie potrafi odnaleźć się w roli emeryta, trudno mu zagospodarować wolny czas, zwłaszcza że mieszka sam, bo od lat jest wdowcem. Pewnego dnia przypomina sobie o notatniku, w którym zapisywał informacje o hotelowych gościach i współpracownikach. Doskonale wie, że zapiski mogłyby posłużyć mu do uszczęśliwienia tamtych ludzi, bo wiele spraw wciąż czeka na rozwiązanie. Nieszczęśliwe małżeństwa, zwaśnione koleżanki, przytłoczeni obowiązkami pracownicy hotelu i wiele innych postaci to drugoplanowi bohaterowie, w których los zacznie ingerować starszy pan. A to nie wszystko, bo na horyzoncie pojawi się niejaka Anastasia, która również będzie potrzebowała pomocy, zwłaszcza że uparła się otworzyć kawiarnię, choć nie ma pojęcia o prowadzeniu takiego biznesu i raczej czeka ją sromotna porażka. Ale monsieur Jean jest bardzo sprytnym starszym panem, który nikomu nie odmówi pomocy, ba, nawet nie zapyta, czy trzeba pomóc, tylko działa. Monsieur Jean zawsze zjawia się w odpowiednim momencie...

Pewnie pomyślicie sobie, że to kolejna banalna historia, o której zapomina się równie szybko, jak się ją przeczytało, nic bardziej mylnego. "Monsieur Jean szuka szczęścia" to urokliwa, pokrzepiająca i przywracająca wiarę w ludzi książka. Przyjemna, optymistyczna lektura, idealna na wyciszenie, uspokojenie myśli, niezwykle odprężająca. Tytułowy bohater szuka szczęścia dla innych, ale też dla siebie, chce być aktywny, użyteczny, wywoływać uśmiech na twarzach ludzi i pomagać tym, którzy pogubili się w życiu. Czerpie ze swoich doświadczeń i obserwacji, bo okazuje się, że "dzięki dobrej radzie, niewidzialnej pomocy, drobnemu oszustwu" można wiele zdziałać.

Moja ocena: 4,5/6

Do miłego zaczytania!

Autor: Thomas Montasser
Tytuł: Monsieur Jean szuka szczęścia"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 206
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo Świat Książki

Niechaj blade twarze przeczytają! "Biały Mustang" Sat-Okh

dosia1331

DSCN8957

Czy dzieci bawią się jeszcze w Indian? Jestem z pokolenia, które uwielbiało tę zabawę. Kolorowo pióropusze, samodzielnie zresztą wykonane, wymalowane mazakami buzie, które potem trzeba było długo szorować, wtykane we włosy ptasie pióra, namioty i oczywiście indiańskie okrzyki. Ale to było jeszcze w czasach, kiedy dzieci nie były ogłupiane przez gadżety i nie wpatrywały się bezmyślnie w telewizor. Podwórko było miejscem, gdzie spędzało się każdą wolną chwilę i naprawdę trudno było nas zagonić do domu. Coś powstawało z niczego, zabawy wymyślało się z iście ułańską fantazją i nikomu nie przyszło do głowy, żeby siedzieć w domu, chyba że padał deszcz. Wspominam o tym, bo jestem po fascynującej lekturze przybliżającej kulturę Indian, ich wierzenia i obyczaje. Czytałam tę książkę, kiedy byłam dzieckiem i, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, wciąż bardzo dobrze pamiętam te historie, zwłaszcza "Hannuate", "Powstanie człowieka" i "Niedźwiedzia starej Mookhason".

Autorem książki jest Sat-Okh, czyli Stanisław Supłatowicz, polski pisarz indiańskiego pochodzenia, który na świat przyszedł w Kanadzie w dorzeczu rzeki Mackenzie. Był synem Polki oraz indiańskiego wodza plemienia Szaunisów. Wychowywał się wśród Indian na Alasce, a jego imię w języku shawnee oznacza Długie Pióro. Stanisław Supłatowicz to postać nietuzinkowa, były żołnierz AK i późniejszy marynarz, który zawsze bardzo dumny był ze swego pochodzenia. Nie dziwi zatem fakt, że naturalną koleją rzeczy stała się chęć przybliżenia indiańskiej kultury nie tylko w Polsce, gdzie zaczytywano się jego opowieściami, ale również na świecie, ponieważ jego książki były tłumaczone poza granicami naszego kraju. Wielokrotnie powątpiewano w indiańskie korzenie autora, zwłaszcza że w dokumentach nie ma o tym żadnej wzmianki, co Sat-Okh tłumaczył decyzją matki, która była zmuszona ukrywać ten fakt i dlatego zmieniła jego metrykę. Nie mam pojęcia, jaka jest prawda, ale i tak nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia, ponieważ opowieści Stanisława Supłatowicza to jedne z najbarwniejszych historii, które przeczytałam jako dziecko i zupełnie nie straciły dla mnie uroku, choć małą dziewczynką przestałam być już dawno temu.

DSCN8963

DSCN89641

"Biały Mustang" to dwanaście krótkich indiańskich opowieści, niezwykle sugestywnie napisanych, świadczących o dużej wiedzy autora na temat Indian, ale też wielkim darze opowiadania. Korowód barwnych postaci i historie, obok których naprawdę trudno przejść obojętnie stanowią siłę tej niewielkich rozmiarów książki. Jako dziecko nie zwróciłam uwagi na niuanse, nie rozkładałam tej lektury na czynniki pierwsze, bo najzwyczajniej w świecie nie czułam takiej potrzeby. Teraz przeczytałam z dużo większą świadomością, głębiej analizując tekst i zatrzymując się na fragmentach, które szczególnie mnie zainteresowały. Był to fantastycznie spędzony czas, cudowny powrót do dzieciństwa...

Moja ocena: 6/6

Autor: Sat-Okh
Tytuł: "Biały Mustang"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 119
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo "Nasza Księgarnia"

"Radioaktywna" Maria, czyli opowieść o dwukrotnej noblistce..."Maria Skłodowska-Curie 1867-1934" Laurent Lemire

dosia1331

DSCN89681

Nie ukrywam, że czekałam na tę książkę, zwłaszcza że w kinach już niebawem pojawi się film opowiadający o wielkiej polskiej uczonej, dwukrotnej laureatce Nagrody Nobla, kobiecie, która wymyśliła termin radioaktywność i która  większość swojego życia spędziła w laboratorium. To dzięki niej na tablicy Mendelejewa dopisano dwa pierwiastki - rad i polon. Muszę przyznać, że Laurent Lemire kreśli fascynujący portret Marii Skłodowskiej-Curie, wnikliwą analizę jej dokonań w dziedzinie fizyki i chemii, a co najważniejsze unika zbędnego patosu choć gdyby nawet, to z całą pewnością zostałoby mu to wybaczone.

"Maria Skłodowska-Curie 1867-1934" to niewielkich rozmiarów biograficzna opowieść o wybitnej Polce, której kariera rozwinęła się poza granicami ojczyzny. Emigracja była świadomym wyborem, dyktowanym większymi możliwościami i na pewno słusznym, bo nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy Marie Skłodowskiej-Curie, gdyby na jej drodze nie pojawił się Piotr Curie. Tworzyli bardzo zgrany duet nie tylko w życiu prywatnym, ale też zawodowym. Współpraca małżonków została nagrodzona Noblem i to właśnie wtedy wizerunek i nazwisko uczonej poznał świat. Laurent Lemire opisuje nie tylko naukową drogę na szczyt, ale też życie prywatne, między innymi rozbuchany do granic możliwości romans Marii Skłodowskiej-Curie z Paulem Langevinem, który kosztował ją utratę reputacji i wiarygodności w oczach opinii publicznej. Uczonej przypięto łatkę tej, która odbiera żonie męża, a dzieciom ojca, niemal zupełnie zapominając o jej wybitnych dokonaniach. Czy zamieszanie wokół niej sprawiło, że postanowiła usunąć się w cień? Absolutnie nie! Afera nie miała wpływu na jej pracę, mało tego, Maria Skłodowska-Curie została wówczas po raz kolejny wyróżniona przez Królewską Szwedzką Akademię Nauk i do dzisiaj jest jedyną kobietą, która otrzymała tę nagrodę w dwóch różnych dziedzinach nauk przyrodniczych.

DSCN8974

A jak czyta się tę książkę? Wspaniale i naprawdę nie należy obawiać się naukowej terminologii, trudnych zagadnień, niezrozumiałych kwestii, bo to nie jest podręcznik, ale szalenie ciekawa opowieść o jednej z najwybitniejszych Polek i z całą pewnością jednej z najważniejszych kobiet na świecie. Książka została podzielona na rozdziały i przedstawia historię Marii Skłodowskiej-Curie od dzieciństwa, poprzez młodość i pracę naukową, aż do śmierci, czyli roku 1934. Polska uczona jest jedyną kobietą, która spoczęła w paryskim Panteonie. Laurent Lemire przedstawia losy wybitnej Polki w sposób obiektywny, poparty faktami, a nie plotkami, ukazujący Marię Skłodowską-Curie jako kobietę z krwi i kości, żonę, matkę i przede wszystkim wielką uczoną. Książka obfituje zwłaszcza w szczegóły dotyczące pracy naukowej, ale autor nie unika wzmianek o życiu prywatnym, anegdot i ciekawostek na temat noblistki. Poza tym w książce znajduje się mnóstwo nazwisk innych wybitych postaci, wśród których jest chociażby Albert Einstein - przyjaciel naszej rodaczki. Atutem publikacji są zdjęcia z prywatnego archiwum Marii Skłodowskiej-Curie.

Moja ocena: 5/6

Autor: Laurent Lemire
Tytuł: "Maria Skłodowska-Curie 1867-1934"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 176
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo "Świat Książki"

 

Jak usłyszeć, kiedy się nie słyszy... "Morze ciche" Jeroen Van Haele

dosia1331

Emilio nie słyszy od urodzenia. Boi się mówić, bo nie potrafi sobie wyobrazić, jak brzmi jego głos, a poza tym jest przekonany, że na pewno wydaje okropne dźwięki. Chłopiec jest zakompleksiony, nie ma przyjaciół i nie potrafi porozumieć się z ojcem, który zresztą niczego nie ułatwia, bo uważa syna za największe rozczarowanie swojego życia. Emilio ma jeszcze siostrę, która właśnie przyszła na świat i wszyscy cieszą się, że słyszy i wydaje dźwięki, czego dowodem jest rozdzierający płacz dziewczynki. Emilio jest przekonany, że nie słyszy tylko i wyłącznie dlatego, że urodził się rano, zbyt wcześnie, by natura zdążyła z pełnym wyposażeniem. Chłopiec jest rozgniewany, tłumi uczucia i nie pozwala sobie pomóc, ale na szczęście pojawia się Javier Vasquez, który zaprzyjaźnia się z Emiliem i opisuje mu świat dźwięków, bo morze wcale nie jest ciche. Morze szumi...

DSCN8975

"Morze ciche" to wzruszająca i chwytająca za serce poetycka opowieść o życiu w ciszy i ogromnej chęci wykrzyczenia żalu, bo jest się innym. Ale to również historia o przyjaźni, która bywa lekiem na całe zło i potrafi niemożliwe uczynić możliwym. Jeroen Van Haele stworzył mądrą opowieść o potrzebie akceptacji siebie i walce z przeciwnościami losu oraz konieczności zaufania tym, którzy wyciągają do nas pomocną dłoń. Ale ta książka to również apel o tolerancję, próbę zrozumienia ludzi, którzy na co dzień borykają się różnymi problemami. Doskonałym uzupełnieniem książki są czarno-białe ilustracje Sabien Clement, które z dużą wrażliwością ukazują historię niesłyszącego chłopca. 

Moja ocena: 5/6

Autor: Jeroen Van Haele
Tytuł: "Morze ciche"
Ilustracje: Sabien Clement
Oprawa: twarda
Ilość stron: 77
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo "Nasza Księgarnia"

© matka polka czytająca
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci