Menu

MATKA POLKA CZYTAJĄCA

BLOG O KSIĄŻKACH

"Filip, lis i magia słów" Elżbieta Zubrzycka

dosia1331

100_3644

Mało obrazków - stanowczo stwierdza Zosia. Ale zobacz, jakie ładne - odpowiadam córce i pokazuję kolejne ilustracje w nadziei, że zmieni zdanie, bo coś mi się wydaje, że nie o ilość chodzi. Wcale nie, ten królik ma złą buzię - ripostuje Zośka i naśladuje minę jednej z postaci. Może coś go zdenerwowało - próbuję ratować sytuację, bo jestem po lekturze i wiem w czym rzecz. 

Nie mam pojęcia, dlaczego moja córka tak surowo oceniła ilustracje Klary Wincenty, bo ja jestem innego zdania. Bardzo podobają mi się zwłaszcza te, które stanowią połączenie fotografii z ilustracją. Zresztą pięknie uzupełniają leśną opowieść Elżbiety Zubrzyckiej. Nie znam poprzednich tomów tej serii, ale z przyjemnością do nich zajrzę, bo "Filip, lis i magia słów" to nie tylko ciekawe opowieści, których bohaterami są zwierzęta, ale spora dawka wiedzy na temat dziecka, rozumienia jego potrzeb, interpretowania zachowania i emocji towarzyszących różnym sytuacjom. Dziecko jest znakomitym obserwatorem, bacznie przygląda się temu, co się wokół niego dzieje i doskonale potrafi pewne sprawy nazwać i różne słowa zapamiętać. Dobrym przykładem jest opowiadanie, w którym zajączek widzi, jak jego tata świetnie bawi się w towarzystwie innego małego zajączka i jest mu przykro, że obcemu poświęca więcej uwagi niż własnemu dziecku. Autorka wykładała psychologię na Uniwersytecie Gdańskim i prowadziła zajęcia dla dzieci, łatwo dostrzec, że jej opowieści zawierają mnóstwo wskazówek dydaktycznych dla rodziców i nauczycieli. Na podstawie książki można przygotować się do rozmowy z dzieckiem na temat dobra, zła, miłości, przyjaźni, grzeczności, posłuszeństwa wobec rodziców oraz ekologii. Poza tym można wykorzystać tę książkę na zajęciach szkolnych. A dla dzieci lubiących bawić się w teatr niespodzianka na końcu publikacji.

100_36392

"My dorośli często mamy trudność w tym, by szczerze i dobrze myśleć o sobie. Nic dziwnego, dom rodzinny, wychowanie i środowisko nie zawsze dostatecznie nas wspierały. Warto to zmienić. Zamiast się po cichu krytykować - lepiej powiedzieć sobie, że rodzice są trampoliną, z której odbija się dziecko, by polecieć wyżej." Trudno nie przyznać racji autorce, bo rzeczywiście jest tak, że bardzo często wystawiamy sobie zbyt niską ocenę, widzimy wady i nie dostrzegamy zalet. O wielu sprawach nie potrafimy rozmawiać, wielu emocji nazwać. Bywa, że nieświadomie popełniamy błędy naszych rodziców. Książka dr Elżbiety Zubrzyckiej może zatem pełnić rolę terapeutyczną, bo w sposób jasny i klarowny pokazuje naszą codzienność. Też czasem, jak bohaterowie książki, jesteśmy zmęczeni, źli, nieodpowiedzialni albo niewłaściwie oceniamy pewne sytuacje. Zdarza nam się również używać krzywdzących słów, które ktoś inny może pamiętać latami. Elżbieta Zubrzycka podpowiada, jak rozmawiać z dzieckiem i jakich błędów wychowawczych unikać. 

Moja ocena: 6/6

Autor: Elżbieta Zubrzycka
Tytuł: "Filip, lis i magia słów"
Ilustracja: Klara Wincenty
Ilość stron: 128
Rok wydania: 2018
Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne 

 

W poszukiwaniu siebie - "Jezioro" Bianca Bellová

dosia1331

100_3263

Spacerując kilka dni temu urokliwymi ulicami Pragi natknęłam się na kilka niewielkich księgarń. Była to dla mnie doskonała okazja by sprawdzić, co czytają nasi sąsiedzi, zwłaszcza że dyskretnie zerkałam na lektury, po które sięgali. W ofercie czeskich księgarń są również książki polskich autorów. Nie ukrywam, że podniosło mnie to trochę na duchu, bo wśród Polaków panuje słuszne przekonanie, że Czesi nas po prostu nie lubią. Miałam okazję się o tym przekonać i nie ukrywam, że ta nieodwzajemniona miłość trochę boli, ale to opowieść na zupełnie inną okazję, bo my tu przecież o literaturze, więc pozwólcie, że powrócę do tematu księgarń. Nie znalazłam ani jednej, w której miałabym ochotę zostać dłużej, pobuszować wśród regałów i wertować kolejne lektury. Zabrakło mi charakterystycznego klimatu małych księgarń, przyjaznej atmosfery, uśmiechu na twarzach pracowników, zwykłej uprzejmości. Witryny też takie sobie, raczej niefotogeniczne. Za to zauważyłam książki, które miałam przyjemność czytać w polskim przekładzie. Zresztą niektóre z nich były tak wyeksponowane, że trudno byłoby ich nie dostrzec. Mam na myśli chociażby książkę, którą przeczytałam tuż przed wyjazdem do Pragi, czyli "Jezioro" Bianki Bellovej. Wprawdzie nie opowiada o Pradze i próżno szukać w niej czeskiej mentalności, czy charakterystycznego poczucia humoru naszych południowych sąsiadów, ale z pewnością warto po nią sięgnąć. 

Boros to niewielka osada, z małą ilością mieszkańców, którzy nie mają pomysłu na poprawę jakości życia. Wierzą w Ducha Jeziora, łowią ryby i z akceptacją przyglądają się wysypce na swoich ciałach, która jest przyczyną kontaktu ze skażoną wodą i po której obok uporczywej oraz swędzącej egzemy pojawiają się inne dolegliwości. Mieszkańcy cierpią w milczeniu i z dobrodziejstwem inwentarza przyjmują to, co przynosi los. Wśród nich są dziadek, babcia i mały chłopiec. Wychowywany przez dziadków Nami dorasta i wie, że miał kiedyś mamę, bo jak przez mgłę pamięta kobietę, która się nim opiekowała, a o której babka uparcie milczy. Śmierć staruszki i różne okoliczności sprawiają, że Nami decyduje się opuścić osadę i wyruszyć w poszukiwaniu prawdy o sobie i swojej matce. 

Bianca Bellová oddała w ręce czytelników historię, która mogłaby konkurować ze znanymi powieściami dystopijnymi. Proszę nie uznać tego za komplement, bo większość z tych książek stanowi tanią rozrywkę dla nastolatek oczekujących przede wszystkim romantycznej opowieści o miłości. Pozwoliłam sobie na to uproszczenie tylko i wyłącznie z konieczności umiejscowienia "Jeziora" w konkretnym gatunku literackim. Bellová proponuje lekturę na zupełnie innym poziomie, wyprzedzającą podobne przynajmniej o kilka kroków. Poruszającą, głęboką i szalenie ciekawą historię dziecka, a potem młodego człowieka, którego celem staje się własna tożsamość. Nami czuje, że w jego życiorysie jest luka, która nie pozwala mu normalnie żyć, a jezioro jest dla niego źródłem nieszczęść, tragedii i panoszącego się zła. Poza tym po śmierci dziadków nic go w Borosie nie trzyma, zwłaszcza splugawiona przez rosyjskich żołnierzy pierwsza miłość. 

Szorstki i jednocześnie oszczędny styl Bellovej podkreśla niesamowity klimat panujący w powieści. Czeska pisarka umiejętnie stopniuje napięcie i sprawnie buduje atmosferę niepokoju. Czytelnik nie prześlizguje się przez tę historię, ale chłonie ją wszystkimi zmysłami. Autorka pozostawia dużą przestrzeń interpretacyjną, bezrefleksyjne czytanie nie ma więc racji bytu, zresztą to ten rodzaj prozy, który po prostu wymaga skupienia. Dużym atutem "Jeziora" są wyraziste postaci, każda z nich na swój sposób szczególna, wyjątkowa. Na uwagę zasługuje kompozycja powieści, podzielenie jej na cztery części, "Jajo", "Larwa", Poczwarka" "Imago", co w bardzo obrazowy sposób ukazuje przemianę głównego bohatera. Nami dorasta, dojrzewa, przepoczwarza się i przestaje patrzeć na świat oczami dziecka, któremu wystarczała jakaś tam wersja prawdy. "Jezioro" Bianki Bellovej można odczytać również jako powieść drogi, trudną i bolesną wyprawę w przeszłość. Ta podróż okaże się długa i wyczerpująca. Czy Nami znajdzie odpowiedź na wszystkie pytania? Przeczytajcie koniecznie.

Moja ocena: 5/6

Autor: Bianca Bellová
Tytuł: "Jezioro"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 224
Rok wydania: 2018 
Afera

 

Lingwistyczne akrobacje, czyli "Przezroczyste głowy" Daniela Odiji

dosia1331

100_3220

Biorę do ręki najnowszą książkę Daniela Odiji i pierwsze, co rzuca się w oczy to układ tekstu sugerujący, że być może mam do czynienia z wierszem. Nic bardziej mylnego, to opowiadania, choć tu i ówdzie brzmiące nieco poetycko. Nie znam literackiego dorobku autora "Przezroczystych głów", dlatego trudno mi wypowiadać się na temat jego twórczości w kontekście książek, które ukazały się wcześniej, a które ponoć były świetne, o czym świadczy chociażby obecność "Tartaku" wśród finalistów Literackiej Nagrody Nike w 2004 r. oraz "Kroniki umarłych" nominowanej do tej samej nagrody w 2011 r. Może to i dobrze, obejdzie się bez porównań. 

Moją uwagę przykuwa język i chyba na tym autorowi najbardziej zależało, bo ilość akrobacji lingwistycznych jest spora i momentami ociera się o przekombinowanie. Nie mam pojęcia, czy to jakiś rodzaj gry prowadzonej z czytelnikiem, czy też próba testowania jego wytrzymałości na mnogość eksperymentów językowych. Przyznaję, że chwilami miałam ochotę krzyczeć, mniej znaczy więcej, ale już chwilę później tonęłam w zachwycie, bo są w tym zbiorze opowiadania, które są po prostu znakomite. "Rzeka, "Cienka kartka", "Niepotrzebny" to utwory, które zdecydowanie świadczą o prozatorskim talencie Daniela Odiji. Płynę więc na fali lepszych i gorszych tekstów z nadzieją na coś, co mną wstrząśnie, zaniepokoi, wyrwie ze strefy komfortu. Porusza mnie wspomniana już "Rzeka" i próbuję sobie przypomnieć siebie sprzed lat i różne wydarzenia z dzieciństwa. Czy też byłam taka, jak bohaterka tego opowiadania? "W dzieciństwie drobne sprawy urastają do zdarzeń wpływających na losy świata" pisze autor, z czym zresztą trudno się nie zgodzić. Ale o niektórych tekstach, jak chociażby o "Przybieżeli", którego narratorem jest niemowlę, chcę zapomnieć. Kiepskie, po prostu. To wszystko pokazuje, że opowiadania Daniela Odiji to sinusoida.

Nie da się ukryć, że Odija pisze sugestywnie i bardzo sprawnie, co z pewnością docenią czytelnicy. Gdyby wykroić z tej książki opowiadania pretensjonalne i zostawić te, w których autor przedstawia nam świat i ludzi takimi, jakimi są w rzeczywistości, bez udziwnień i fragmentów, które nastolatki w formie cytatów wkładają w ramki, bo im się wydaje, że brzmią mądrze, to wystawiłabym "Przezroczystym głowom" najwyższą notę. Mam jednak delikatne uczucie niedosytu, bo chyba czegoś mi w tej książce zabrakło. Zastanawiam się również nad tym, czy jest to lektura, do której zechcę kiedyś wrócić. 

"Głowy opowiadały:
Ta o swoim życiu, tamta o swoim umieraniu.
Kolejna narzekała, gdy następna wychwalała.
Kłębiły się w nich nienawiść i miłość,
wybaczenie i przekleństwo, nuda i euforia."

 

Nie bez powodu pozwoliłam sobie na zacytowanie tego fragmentu, bo doskonale obrazuje to, co znajdziecie na kartach "Przezroczystych głów".

Moja ocena: 4.5/6
 
Autor: Daniel Odija
Tytuł: "Przezroczyste głowy"
Rysunki: Ludomir Franczak
Oprawa: miękka
Ilość stron: 204
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo Literackie

 

"Żar" Sándor Márai

dosia1331

100_3203

"Przeminął magiczny czas dzieciństwa i pozostało dwóch ludzi, splecionych więzami wymagającego, tajemniczego związku, którego imię pospolite brzmiało: przyjaźń."

Czy na pewno "Żar" jest powieścią o męskiej przyjaźni? Między bohaterami jest tak wiele niedopowiedzeń, niejasności i tak dużo negatywnych emocji, że naprawdę trudno tę relację nazywać przyjaźnią. Ich drogi rozeszły się czterdzieści jeden lat temu i od tego czasu nie utrzymywali ze sobą kontaktu. Wizyta gościa jest zatem okazją, by uporządkować przeszłość i znaleźć wytchnienie w teraźniejszości. Dociekliwość generała i jego umiejętność łączenia faktów są nie do zakwestionowania, ale czytelnik ma poczucie, że ewentualna wina nie jest jednostronna. Sándor Márai właściwie zrezygnował z dialogów, trudno zatem mówić o rozmowie bohaterów, to raczej monolog generała, którego emocjonalny stosunek do wydarzeń z przeszłości zamienia spotkanie po latach w przesłuchanie. Przyznać należy, że dość szczególne, bo na większość zadanych pytań generał sam odpowiada, jakby w ogóle nie oczekiwał wyjaśnień albo obawiał się potwierdzenia swoich podejrzeń. Milczenie gościa i jego zrezygnowaną postawę można rozumieć jako przyznanie się do winy, zwłaszcza że argumenty generała wydają się logiczne. Tych kilka godzin, które mężczyźni spędzą w swoim towarzystwie będzie trudne i bolesne dla obu stron. Być może ktoś, kogo generał uważał za przyjaciela wcale nim nie był. Chłód pomiędzy bohaterami "Żaru" jest wręcz namacalny, ale jednocześnie pozwala na surową ocenę wydarzeń z przeszłości, bo obu mężczyzn z pewnością więcej łączy niż dzieli. W grę wchodzi konieczność udowodnienia próby morderstwa i romansu żony generała z człowiekiem, który po latach zjawia się w jego domu. Wreszcie jest okazja, by poznać prawdę, zwłaszcza że generał składając elementy rozsypanej układanki dochodzi do zaskakujących wniosków.

Sándor Márai ujął mnie drobiazgowością narracji, pięknym językiem i wyjątkowym klimatem powieści. Skromna objętość i bogata treść, tak w dużym uproszczeniu można określić "Żar". Zresztą bardzo trafny jest tytuł powieści będący metaforą relacji łączącej bohaterów i znakomicie podkreślający jej charakter. W sercu generała wciąż tli się żar, który ma szansę zapłonąć żywym ogniem, by w proch obrócić  haniebne czyny i złe emocje, co być może pozwoli ukoić ból i po prostu zapomnieć o tym, co było. Czy nastąpi katharsis i przebaczenie? Przeczytajcie koniecznie, warto.

Moja ocena: 6/6

Autor: Sándor Márai
Tytuł: "Żar" 
Oprawa: miękka
Ilość stron: 167
Rok wydania: 2016
"Czytelnik"

"Krasnoludki. Fakty, mity, głupoty", czyli jak to jest z tymi krasnoludkami?

dosia1331

100_3187

"Czy to bajka, czy nie bajka, 
Myślcie sobie, jak tam chcecie. 
A ja przecież wam powiadam: 
Krasnoludki są na świecie. 
Naród wielce osobliwy. 
Drobny - niby ziarnka w bani: 
Jeśli które z was nie wierzy, 
Niech zapyta starej niani." 

Tak pisała Maria Konopnicka i miała absolutną rację, bo świat bez krasnoludków byłby strasznie smutny i nudny. Te małe stworki są bardzo sprytne i trzeba się mocno nagimnastykować, żeby je zauważyć. Poza tym to mistrzowie kamuflażu, potrafią wtopić się w tło, więc czasem naprawdę trudno je dostrzec. To dlatego mama myśli, że bałagan w pokoju jest winą dziecka. Zaspane oczy, które za nic nie potrafią się otworzyć to także sprawka krasnoludków oraz ich niewidzialnego kleju, którym smarują dziecięce powieki. Obarczyć należy je również wszelkimi spóźnieniami, bo bardzo lubią wskazówki zegara, bujają się na nich, jak na huśtawce, więc potem się nie dziwcie, że w jakimś miejscu pojawiacie się za późno. 

A jak wygląda krasnoludek? Czapeczka, czerwony kubraczek, pasek, botki i rumieńce. Tak, rumieńce to ich znaki szczególne. Poza tym rozróżniamy trzy typy krasnoludków, czyli leśne, domowe i bajkowe. Można je spotkać dosłownie wszędzie, więc wytężcie wzrok i dokładnie przyjrzyjcie się zakamarkom w waszych domach. Nie są wybredne, zagnieżdżą się nawet w pudełku z zapałkami albo w telewizorze, co może być kłopotliwe zwłaszcza w trakcie jakiegoś meczu. Były przypadki, gdy krasnoludki przejmowały piłkę na boisku i nawet Ronaldo nie był w stanie strzelić wtedy gola. A tak w ogóle to krasnoludki bardzo przypominają dzieci, są równie ciekawskie, gadatliwe i wszędzie ich pełno. Lubią żarty, dobrą zabawę i słodycze. Miewają też katar i wówczas strasznie marudzą, bo zatkany nos to coś okropnego. Na dodatek cierpią na jedną z chorób, która atakuje również nasze dzieci, a mianowicie smartfonoidozę maniakalną. Na szczęście można to choróbsko pokonać. Plac zabaw, spacer albo gry planszowe to świetne antidotum na tę przypadłość. 

100_3198

100_3199

100_3200

A tak serio, to książka jest cudowna. Kolorowa, zabawna i pięknie zilustrowana. Jak to jest z tymi krasnoludkami? Zajrzyjcie do książki, bo nie pisnę ani słowa więcej.

Dobrej zabawy i do miłego zaczytania!   

Moja ocena: 6/6

Autor: Maciej Szymanowicz
Tytuł: "Krasnoludki. Fakty, mity, głupoty"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 28
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

 

Dla mnie bomba! "Bzdurki, czyli bajki dla dzieci(i)innych" Artura Andrusa

dosia1331

100_3173

Artura Andrusa nikomu przedstawiać nie trzeba. Dziennikarza, satyryka, poetę, autora  tekstów piosenek, artystę kabaretowego i znakomitego konferansjera, którego charakterystyczny głos był jeszcze do niedawna wizytówką radiowej "Trójki" znają wszyscy. Tym razem macie okazję poznać kolejne wcielenie Artura Andrusa, bo nakładem "Naszej Księgarni" właśnie ukazały się "Bzdurki, czyli bajki dla dzieci(i)innych". 

100_3196

Opowiadanie  i czytanie od lat tych samych bajek może być nieco frustrujące, bo ileż razy można drżeć ze strachu przed wilkiem, jak Czerwony Kapturek? "Księżniczka na ziarnku grochu" też pewne ma już dość egzaminowania jej autentyczności. "Brzydkie kaczątko" w końcu wpadnie w depresję, bo ciągle udowadnia światu, że nie jest pokraką, a kandydatem na pięknego łabędzia. Dwóm Dorotkom też pewnie nie jest do śmiechu, że kolejne pokolenia czytają wciąż tę samą historię o złej i dobrej siostrze. Dziewczynki na zamianę ról nie mają szans, bo na przeszkodzie stoi ich imię. Za dużo zachodu z wymyśleniem innego. Przykłady bajek wałkowanych od lat można mnożyć w nieskończoność, zresztą sami bohaterowie są już zmęczeni i dlatego poprosili Artura Andrusa o interwencję w ich sprawie. Przejęty losem bajkowych postaci autor stworzył osiem opowieści, które czyta się z uśmiechem na twarzy. Humor, ironia, gra słów, zaskakujące puenty i odrobina morału czynią "Bzdurki..." bardzo przyjemną lekturą i co najważniejsze jakże odmienną od klasycznych bajek dla dzieci. Poza tym Artur Andrus zadbał również o to, by książka mogła znaleźć szerokie grono odbiorców, bo dziecko z pewnością zrozumie te teksty na zupełnie innym poziomie niż dorosły czytelnik. Wśród bajek są mniej i bardziej zabawne utwory. Fenomenalna jest zwłaszcza opowieść o "Rzodkiewkowej Królewnie" Sandrze Jolancie Jolancie, jej ojcu królu Spoko, Spoko i królowej - Tak Nie Można. 

100_3176

„Pomidor, pomidor, kaszka z mleczkiem, pochichrajmy się troszeczkę", zachęca autor. Ja pochichrałam się i to bardzo, czego również Państwu życzę. 

Trochę prozy, ciut wiersza, a wszystko to cudownie opowiedział Artur Andrus i odlotowo zilustrował Daniel de Latour. Dla mnie bomba! 

Moja ocena: 5/6

Autor: Artur Andrus
Tytuł: "Bzdurki, czyli bajki dla dzieci(i)innych"
Ilustracje: Daniel de Latour
Oprawa: twarda
Ilość stron: 112
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

 

Zaproszenie do Stumilowego Lasu - "Kubuś Puchatek" i "Chatka Puchatka" A. A Milne'a

dosia1331

100_3140

Nie mam pojęcia, co mną kierowało, gdy trzydzieści lat temu na stronie tytułowej "Kubusia Puchatka" A. A Milne'a nagryzmoliłam jakieś esy-floresy. Może chciałam dodać nieco koloru czarno-białym ilustracjom Ernesta H. Sheparda? Mój brak talentu do malowania jest ewidentny, o czym świadczą wspomniane bazgroły, za to książka, a w zasadzie dwie, bo "Kubuś Puchatek" i "Chatka Puchatka", należą do moich ulubionych książek z dzieciństwa. Bardzo się cieszę, że i moje dzieci pokochały "misia o małym rozumku" i wielkim sercu.

100_3149

Przygody mieszkańców Stumilowego Lasu cieszą się niesłabnącą popularnością na całym świecie, a sam Puchatek to dla wielu czytelników jedna z najważniejszych postaci literackich. Ręka w górę, kto nie ma w domu pluszowego Puchatka albo innej rzeczy z wizerunkiem najsłynniejszego wielbiciela miodu, wszak Kubuś Puchatek to ikona popkultury. 

Nakładem "Naszej Księgarni" właśnie ukazało się zbiorowe wydanie dwóch książek A. A. Milne'a, czyli "Kubuś Puchatek" i "Chatka Puchatka" z kolorowymi ilustracjami Ernesta H. Sheparda. Dużym sentymentem darzę moje stare wydanie, ale przyznaję, że trudno oprzeć się nowemu, zwłaszcza tak pięknie i starannie przygotowanemu. Ponadczasowe i uniwersalne opowieści ze Stumilowego Lasu doczekały się również wielu ekranizacji. Jedną z nich swego czasu zachwycał się mój syn, który każdy dzień rozpoczynał od bajki o swoim ulubionym misiu. Ale żadna animacja nie odda w pełni uroku książek. Niby proste opowieści, a jednak brytyjskiemu pisarzowi udało się przemycić w nich tak wiele ważnej treści. Przyjaźń, miłość, tolerancja, o tym traktują opowieści ze Stumilowego Lasu. "Kubuś Puchatek" i "Chatka Puchatka" to historie okraszone sporą dawką humoru, dowcipnymi dialogami i komizmem sytuacyjnym, co sprawia, że lektura jest prawdziwą przyjemnością. Zresztą to jedne z tych książek, które można czytać w każdym wieku i wciąż odkrywać w nich coś nowego. 

100_3146

"Puchatku, przyrzeknij, że nigdy o mnie nie zapomnisz. Nawet kiedy będę miał sto lat", prosił swego ukochanego misia Krzyś. Puchatek, jak to Puchatek, zastanowił się, ile on wtedy będzie miał lat. Ale to nieistotne, bo w Stumilowym Lesie czas płynie inaczej. Krzyś wciąż jest chłopcem, a Puchatek jego najlepszym przyjacielem.

Moja ocena: 6/6

Autor: A. A. Milne
Tytuł: "Kubuś Puchatek", "Chatka Puchatka"
Ilustracje: Ernest H. Shepard
Oprawa: twarda
Ilość stron: 301
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia" 

"Mały atlas motyli" Ewy i Pawła Pawlaków

dosia1331
100_3143
 
Mamusiu, piękne te motyle, jak prawdziwe - z uśmiechem na twarzy stwierdza Zosia i wertuje książkę Ewy i Pawła Pawlaków. Musimy takie zrobić, kolorowe, duże i małe, tylko potrzebujemy jakiś materiał.
Co możemy pociąć? - pyta moja córka.
Hmm, może kolorowe kartki? - odpowiadam i udaję, że nie słyszałam o materiałach.
Nie, potrzebuję materiał - stanowczy ton Zosi świadczy o tym, że raczej nie zrezygnuje.

Szukam więc czegoś, co mogę poświęcić, by moje dziecko mogło puścić wodze fantazji i wyczarować kolorowego motyla. Na stół trafia jedna z moich bluzek (żaden krzyk mody, oddaję bez żalu), różowa ściereczka, gąbka do naczyń, wycinanki, naklejki oraz inne cuda, z których zdaniem Zosi powstaną prawdziwe arcydzieła. Efekt końcowy przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Tylko w niewielkim stopniu pomogłam, więc tym większa radość Zosi, która w trakcie tworzenia motyla, wciąż powtarzała, "ja sama". Prawdziwa Zosia Samosia. Moja dziewczynka zainspirowana "Małym atlasem motyli" Ewy i Pawła Pawlaków teraz z dumą prezentuje własnoręcznie wykonanego owada i uparcie twierdzi, że zrobi ich więcej. Mam nadzieję, że moja garderoba zbytnio na tym nie ucierpi. 

100_3159

Nie ukrywam, że i ja jestem zachwycona książką i bardzo żałuję, że przegapiłyśmy "Mały atlas ptaków" autorstwa znakomitej pary ilustratorów, bo ich pomysły i sposób prezentowana przyrody jest wspaniały. Okazuje się, że za pomocą różnych technik plastycznych można oddać piękno natury i stworzyć motyle, które na pierwszy rzut oka wyglądają, jak prawdziwe. Na każdej stronie znajduje się skomponowany z różnych materiałów motyl, ale też fotografia, którą można porównać z pracą autorów. Krótki opis w połączeniu z atrakcyjną grafiką sprawia, że dziecko bardzo szybko przyswaja wiedzę i z pewnością wykorzysta ją w plenerze. Odróżnienie modraszka wieszczka od mieniaka tęczowca albo rusałki pawika od rusałki admirała na pewno nie będzie stanowiło problemu. Na kartach książki znajdziecie ponad dwadzieścia gatunków motyli, które można spotkać na terenie naszego kraju. 

100_3151

Piękna, rozbudzająca ciekawość świata książka.

Moja ocena: 6/6

Autor: Ewa Kozyra-Pawlak, Paweł Pawlak
Tytuł: "Mały atlas motyli"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 40
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

 

 

 

Lektura palce lizać! - "Czekoladki dla Prezesa" Sławomira Mrożka

dosia1331

100_3134

Czytelnik ma mieć ubaw po pachy. Taka myśl z pewnością przyświecała Sławomirowi Mrożkowi podczas tworzenia opowiadań, których głównym bohaterem jest Prezes. A ten nie jest byle kim. To autorytet, ojciec wszelakiego sukcesu, alfa i omega, umysł światły i błysk w oku. Wykonywanie jego poleceń to zaszczyt i uśmiech losu. Pal licho, że można zostać bez gaci i w ostatecznym rozrachunku z poczuciem, że coś tu jednak nie gra, ale Prezes kazał, więc wykonać trzeba.

Wielkie ego ma Prezes i niepohamowany apetyt na władzę, a ta wymaga ofiar. Ale czego nie robi się dla Prezesa i szeroko pojmowanego dobra ogółu. Nawet zniknąć w słusznej sprawie czasem wypada, jak zdarzyło się to pewnemu Kanceliście, który wprawdzie kierowany rozpaczą po stracie narzeczonej, ale jednak przepadł, by Uporządkować Sprawy Niezałatwione. Co miał do stracenia? Nic, absolutnie nic. Nikt nie będzie po nim płakał. Poza tym wszystkie zachcianki Prezesa, nawet te najbardziej absurdalne z uśmiechem na ustach i głębokim pokłonem spełnią Magazynier, Referent, Radca, Kasjer, Księgowy albo jacyś inni, chociażby na chwilę zatrudnieni emeryci. Udawać Mickiewicza na cokole? Nic prostszego, zrobi się! Pracownicy wpatrzeni w Prezesa uczynią wszystko, by przypodobać się przełożonemu. W grę wchodzi donosicielstwo, podlizywanie się do granic możliwości i kopanie pod kimś dołków. Mile widziana wrodzona głupota, bo sterowanie kimś, kto nie potrafi samodzielnie myśleć, to sytuacja wprost wymarzona. A Prezes bacznie obserwuje, kto jest z nim, a kto przeciwko niemu, by w porę zareagować. Kim jest Prezes? Prezesem! Proszę nie zadawać niewygodnych pytań.

100_3132

Zbiór humorystycznych opowiadań Sławomira Mrożka pod wiele mówiącym tytułem "Czekoladki dla Prezesa" to zapis absurdalnej biurowej rzeczywistości. Satyryczny obraz ludzi u władzy i tych, którzy znajdują się na niższych szczeblach pracowniczej hierarchii. Mrożek drwi i wyśmiewa ludzką głupotę, bezrefleksyjność oraz brak zdrowego rozsądku. Niepokojąco aktualne są teksty Mrożka, zwłaszcza gdy pomyślę o pewnym prezesie i jego świcie. Podobnych prezesów do tego, który jest bohaterem "Czekoladek..." wcale ze świecą szukać nie trzeba. Znajdą się tacy, których podnieca sam fakt, że się ich prezesami nazywa. Lubią, gdy się im stawia pomniki, nawet w postaci zasadzonego dębu swego imienia. Gorzej jeśli pod drzewkiem pojawi się pies, a ten jak wiadomo lubi znaczyć teren, więc pomysłodawca może mieć przegwizdane. Musi naprędce wymyślić coś, co przekona Prezesa, że jednak jest oddanym pracownikiem i warto mieć go przy sobie. Można też zwalić winę na kogoś innego, to bardziej bezpieczne.

Błyskotliwe i trafiające w sedno opowiadania Sławomira Mrożka czyta się znakomicie, wręcz z bezczelną satysfakcją i uwielbieniem dla prozatorskiego talentu pisarza. Krótkie, lecz treściwe "Czekoladki dla Prezesa" będą wspaniałym prezentem dla jakiegoś prezesa. Kto się odważy?

Pan i władca kontra sługi gotowe spełnić każde życzenie. Stosunki feudalne? W rzeczy samej. Lektura palce lizać! 

Autor: Sławomir Mrożek
Tytuł" "Czekoladki dla Prezesa"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 168
Rok wydania: 2018
Noir Sur Blanc

 

 

Przed nami jesień...

dosia1331

23270388_523115508041811_5675352693540370026_o

Wprawdzie trwa jeszcze lato, ale nie mam nic przeciwko kolorowej jesieni. Zresztą lubię tę porę roku, a dłuższe wieczory sprzyjają czytaniu. Cudownie jest umościć się w fotelu, przykryć kocem i po prostu czytać. Mam mnóstwo zaległości, bardzo dużo książek, których lekturę wciąż odkładam na później. Tymczasem w księgarniach, niczym grzyby po deszczu, pojawiają się nowości. Z niecierpliwością czekam zwłaszcza na "Ucho Igielne" Wiesława Myśliwskiego. 

Wybrałam kilka książek, które chciałabym zaproponować Wam na jesienne zaczytanie. Jestem pod ogromnym wrażeniem powieści "Cydr z Rosie". Dawkuję sobie tę lekturę, bo wiem, że trudno będzie mi się z nią rozstać. Literacka uczta. Laurie Lee ma niezwykły dar opowiadania. Powoli przymierzam się do "Jednej księżycowej nocy" Caradoga Pricharda, powieści uznawanej za klasykę literatury walijskiej XX wieku. W kolejce czeka Sándor Márai i jego "Żar". Kusi mnie ta powieść od dawna. Ponoć świetna, o czym mam zamiar niebawem się przekonać. Na blogu pojawi się także tekst o mistrzu ilustracji, czyli Janie Marcinie Szancerze. Wiele razy wspominałam na blogu o jego zachwycających ilustracjach i bardzo chciałbym pokazać Wam kolekcję książek z pracami mistrza. Nawiasem mówiąc, nie wyobrażam sobie niektórych historii bez jego ilustracji. Kilka dni temu skończyłam czytać autobiografię Szancera. Jeśli nie znacie, to polecam, bardzo przyjemna lektura i na dodatek pełna jego ilustracji. Poza tym po raz kolejny rozbawiły mnie "Czekoladki dla Prezesa" Sławomira Mrożka. Lektura, palce lizać! Na pewno o niej napiszę. Co jeszcze pojawi się na blogu? Tego nie wiem, zresztą nie chcę planować, by później nie musieć tłumaczyć się z niezrealizowanego zadania, wszak nie samą literaturą człowiek żyje.

Przed nami jesień i wiele historii, które czekają na odkrycie. Aby tradycji stało się zadość, otwieram na blogu sezon na fotografie książek w towarzystwie: kasztanów, żołędzi, liści, drzew, jabłek, gruszek, śliwek, dyni, grzybów etc. 

100_31041

Pozdrawiam i do miłego zaczytania!

Pocieszona, czy niepocieszona po "Pocieszkach" Katarzyny Grocholi?

dosia1331

100_3090

Wiem, że Katarzyna Grochola ma liczne grono wielbicieli swojej twórczości. Wiem, że jej czytelnicy z niecierpliwością czekają na kolejne powieści, bo ponoć o życiu i w ogóle. I mimo to, że sama się do nich nie zaliczam i jest mi absolutnie obojętne, czy Katarzyna Grochola pracuje nad kolejną książką, czy też buja w obłokach, to jednak czasem zaglądam do jej książek. A może po cichutku liczę na to, że pisarka stworzy kogoś podobnego do roztrzepanej Judyty? Lubię Judytę i już. Nie przeczytałam wszystkich książek Katarzyny Grocholi, ale te, które trafiły w moje ręce były różne i nie nazwałbym ich literaturą z wyższej półki, raczej czytadłami do poduszki.

W najnowszym magazynie "Książki" znajduje się tekst Zyty Rudzkiej, w którym autorka genialnej moim zdaniem "Krótkiej wymiany ognia" nieco pastwi się nad "Pocieszkami" Katarzyny Grocholi. Nie wiem, czy dobrze zrobiłam czytając najpierw recenzję Zyty Rudzkiej, bo później w trakcie lektury "Pocieszek" szukałam tego, o czym niepochlebnie wyrażała się Rudzka. Z drugiej strony chciałam wiedzieć, co o twórczości Grocholi sądzi koleżanka po fachu i nie ukrywam, że zaskoczona nie jestem. Twórczość Rudzkiej diametralnie różni się od tego, co oddaje w ręce czytelników Grochola, ale nie byłabym aż tak radykalnie na nie, jeśli chodzi o "Pocieszki". Wiem, że są czytelnicy, którym taka literatura jest potrzebna i którzy nie dostrzegają w niej banalnych treści. Słowo pisane ma jednak moc. Bywają ludzie, którzy w takich książkach szukają podobieństwa pomiędzy sobą a bohaterem. Nie ma nic bardziej pocieszającego niż postać, której życie bardzo przypomina nasze, która boryka się z podobnymi problemami i która od czasu do czasu musi przełknąć gorzką pigułkę, by jakiś czas później niemal unosić się nad ziemią ze szczęścia. Takie właśnie są "Pocieszki" Katarzyny Grocholi, na pogodę i niepogodę, na dobry i zły nastrój, ku przestrodze i ku pokrzepieniu serc. Książka składa się z krótkich opowieści, anegdot z życia pisarki, jej bliskich i przyjaciół. Mniej lub bardziej zabawnych historii, napisanych serio i z przymrużeniem oka. 

Pocieszona, czy niepocieszona po "Pocieszkach" Katarzyny Grocholi? Jestem gdzieś pomiędzy. Czasu spędzonego na lekturze nie uważam za stracony, ale nie znalazłam w niej nic szczególnego. Nie porwały mnie te opowieści/felietony. Trudno byłoby mi wskazać, która z Pocieszek jest wyjątkowa, bo są to na tyle krótkie teksty, że właściwie bardzo trudno zapamiętać je na dłużej. Nawet tytuł w pewnym momencie wydał mi się nieadekwatny do treści. 

Na uwagę zasługuje bardzo staranne i ładne wydanie książki. Bonus w postaci ilustracji Andrzeja Pągowskiego, znakomity. Przyjrzyjcie się kocurowi na okładce. Dostrzegacie kogoś jeszcze, czy to tylko moja zbyt wybujała wyobraźnia? 


100_3098

Moja ocena: 4/6

Autor: Katarzyna Grochola
Ilustracje: Andrzej Pągowski
Tytuł: "Pocieszki"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 368
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo Literackie

Być odmieńcem - "O tym można rozmawiać tylko z królikami" Anna Höglund

dosia1331
100_3074
 
"Przyszedłem na świat pewnego wiosennego dnia trzynaście lat temu.
Prawie natychmiast tego pożałowałem".
 

Tak rozpoczyna się opowieść o kimś, kto czuje się zagubiony, wyobcowany, trochę obok życia. Nie jest mu łatwo, czasem chciałby zniknąć, rozpłynąć się gdzieś w przestrzeni. Czy to jego wina, że czuje, słyszy i widzi więcej niż inni? Czy to dlatego ma wrażenie, że nigdzie i do nikogo nie pasuje. Inni nie potrafią zrozumieć jego zachowania, posępnej miny, napływających do oczu łez. Nie chcą albo nie wiedzą, jak pomóc i czy w ogóle powinni. W końcu zapominają, bagatelizują, a ten ktoś coraz bardziej się oddala i już sam siebie nie poznaje. Nie pamięta, czy kiedykolwiek był szczęśliwy, choć czasem we śnie pojawiają się obrazy tego, jak powinno wyglądać normalne życie wśród przyjaciół i ludzi, których się lubi albo kocha. 

"Moi najbliżsi, to znaczy moi rodzice
stoją w kuchni bardzo blisko siebie,
a jednak odległość między nimi 
można liczyć w kilometrach".
 
Czym jest bliskość? Dotykiem, spojrzeniem, fizyczną obecnością? Czy mieszkanie pod jednym dachem jest bliskością, jeśli nawet ze sobą nie rozmawiamy i nie patrzymy sobie w oczy? A może bliskość to coś, czego trzeba się nauczyć, odnaleźć w sobie i czy w ogóle ma to jakikolwiek sens? Przecież jest tylu odmieńców, którzy jakoś funkcjonują, którzy zaakceptowali fakt, że są inni. To czego nie rozumieją nazywają bezsensem, by w ten sposób uciąć temat. Tak jest prościej. W towarzystwie próbują się dopasować, ale wtedy czują się, jak w przebraniu, niewygodnym, uwierającym kostiumie. Robienie dobrej miny do złej gry jest frustrujące. Ta nadwrażliwość bywa kłopotliwa, ale bardzo trudno się jej pozbyć. Nie można jej unicestwić, bo stała się częścią nas. I znowu to niezrozumienie, ta pogarda w oczach innych. A przecież nasz bohater się stara, chce pozbyć się lęku przed otoczeniem. Strach ma wielkie oczy, tak mówią, ale to żadne pocieszenie, skoro trzeba się z nim codziennie zmagać. A to boli, po prostu. I znowu łzy, palące pod powiekami wyrzuty sumienia, bo nie spełnia się czyichś oczekiwań. Na nic słowa otuchy, że z tego się wyrasta, kiedy tu i teraz jest źle. Błędne koło.

 

Czy jesteś królikiem, który wie, czuje, że jest inny? Czy też chciałbyś zniknąć? A może kiedyś nim byłeś i znasz sposób na wyjście z beznadziejnej sytuacji, którą ktoś nazywa dorastaniem, dojrzewaniem, a bywa że i fanaberią? Może znasz kogoś, kto ucieka do króliczej nory, boi się odezwać w towarzystwie i często powtarza, że coś jest bez sensu. Jeśli nie, to spróbuj go zrozumieć, nie musisz nic mówić, czasem lepiej milczeć. Ten ktoś może potrzebować pomocy, ale nic na siłę. Pokaż mu, że ci na nim zależy. Po prostu bądź...

100_3086

"O tym można rozmawiać tylko z królikami" to książka dla nastolatków, którzy borykają z różnymi problemami dorastania. Opowieść niezwykle poruszająca i dotykająca spraw najistotniejszych dla tego wieku. Bycie innym, nadwrażliwym, zaniepokojonym swoją odmiennością jest męczące dla obu stron. Młodzi ludzie czasem odczuwają bardziej. Bywa, że zamykają się w sobie, stronią od towarzystwa, uciekają, zaszywają się w bezpiecznej przestrzeni. Królicza nora jest zatem metaforą ich kryjówki, która często ogranicza się do czterech ścian pokoju. Ale to zamykanie się na świat i przekonanie, że już zawsze tak będzie to sygnał, że potrzebujemy pomocy, by w końcu zrzucić kostium królika i opuścić norę. 

Prosty tekst Anny Höglund i jej wspaniałe, choć nieco niepokojące ilustracje tworzą książkę ważną i potrzebą. "O tym można rozmawiać tylko z królikami" to historia, w której młodzi ludzie przejrzą się, jak w lustrze. Króliku, uszy do góry, życie jest piękne!

Moja ocena: 6/6

Autor: Anna Höglund
Tytuł: "O tym można rozmawiać tylko z królikami"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 60
Rok wydania: 2018
Zakamarki

[PRZEDPREMIEROWO] - "Królowa cukru" Natalie Baszile

dosia1331

100_3065

Charley Bordelon, czarnoskóra mieszkanka Los Angeles, otrzymuje dość nietypowy spadek, a mianowicie plantację trzciny cukrowej. Bardzo chętnie pozbyłaby się kłopotu, ale przebiegły ojciec zadbał o właściwe zapisy w testamencie, które to uniemożliwiają. Kobiecie nie pozostaje nic innego, jak tylko porzucić wygodne życie w mieście i wraz z córką przeprowadzić się do Luizjany. A to nie koniec problemów, bo na miejscu okazuje się, że z pracy zrezygnował zarządca, a Charley nie ma zielonego pojęcia o uprawie ziemi. Zaniedbana plantacja i rosnące koszty jej utrzymania spędzają sen z powiek i tylko utwierdzają Charley w przekonaniu, że sama sobie nie poradzi. Kobieta potrzebuje pomocy, ale przede wszystkim kogoś, kto zna temat i wie, jak utrzymać ziemię w dobrej kondycji, by ta zaczęła przynosić zyski. Tymczasem pojawia się przyrodni brat Charley, a wraz z nim problemy i sprawy, które wymagają wyjaśnienia...

Przez kilkanaście pierwszych stron nie mogłam pozbyć się wrażenia, że debiutancka powieść Natalie Baszile jest dość schematyczna i oparta na znanych motywach. Ale wraz z kolejnymi rozdziałami coraz bardziej zagłębiałam się w lekturę i muszę pochwalić autorkę przede wszystkim za wyraziste postaci kobiet, bo to one bezapelacyjnie wiodą prym w "Królowej cukru". Styl amerykańskiej pisarki też nie budzi moich wątpliwości, bo to całkiem sprawnie napisana książka. Poza tym Natalie Baszile udało się stworzyć sugestywną i sensualną opowieść, w której widoki, dźwięki i zapachy odgrywają kluczową rolę. Powieścią zachwyciła się sama Oprah Winfrey, resztą jej rekomendacja znajduje się na okładce książki. Winfrey znana jest z walki o równouprawnienie, a "Królowa cukru" traktuje między innymi o problemach na tle rasowym. Królowa amerykańskiej telewizji zdecydowała się na wyprodukowanie serialu na podstawie powieści Baszile, który ponoć cieszy się sporą popularnością. Obejrzałam zwiastun wspomnianego serialu i przyznaję, że te kilka minut intryguje i zdecydowanie zachęca chociażby do zweryfikowania tego, jak historia stworzona przez Natalie Baszile prezentuje się na ekranie. 

Okazuje się, że współczesne Południe wciąż boryka się z wieloma problemami, a temat rasizmu nadal budzi dyskusję i chętnie przedstawiany jest w literaturze. W "Królowej cukru" wartym odnotowania jest więc fakt, że czarnoskóra właścicielka plantacji decyduje się na zatrudnienie białego zarządcy. Ta konfrontacja dwóch światów to niezły pstryczek w nos dla tych, którzy do tej pory uważają, że dzielenie ludzi ze względu na kolor skóry ma sens. Ale "Królowa cukru" to również opowieść o rodzinie, o poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi i poświęceniu, które nie zawsze i nie przez wszystkich jest rozumiane i akceptowane. 

Premiera: 19 września 2018 r. 

Moja ocena: 4.5/6 

Autor: Natalie Baszile
Tytuł: "Królowa cukru"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 376
Rok wydania: 2018 
Wydawnictwo Literackie

Nowości z "Naszej Księgarni", czyli coś dla młodszych i coś dla starszych wielbicieli książek

dosia1331

"Rok na targu" Joli Richter-Magnuszewskiej - propozycja dla maluchów

100_3053

Zacierałyśmy z Zosią ręce na wiadomość o ukazaniu się kolejnej książki z serii "Rok..." Poprzednie publikacje cieszą się w naszym domu ogromnym powodzeniem i chyba nie ma tygodnia, żeby któraś z nich nie była wertowana przez moją córkę. "Rok na targu" Joli Richter-Magnuszewskiej  dołącza do grona naszych ulubieńców i z przyjemnością donosimy, że książka jest cudowna i trzyma poziom poprzednich części. Wielokrotnie pisałam na blogu, że lubię książki, które są połączeniem edukacji i zabawy, a seria "Rok..." jest tego znakomitym przykładem. Duży format, dwanaście rozkładówek, świetne, kolorowe ilustracje i absolutnie fenomenalna podróż przez pory roku, ukazująca dziecku cykliczność przyrody i widoczne zmiany w otoczeniu. A wszystko to na planie targu, którego kadry obserwujemy na kolejnych stronach książki. Nie ukrywam, że miałam dużą frajdę w czasie podglądania bohaterów, zwłaszcza że wśród nich mamy dość specyficzną parę, czyli Janusza i Grażynkę. Nawiasem mówiąc w skarpetach i sandałach wspomniany Janusz występuje albo w gustownym dresie od samego "Kalwina Klajna". Dodam jeszcze, że Grażynka równie urocza.

Moja córka przy tego rodzaju książkach lubi popisywać się nie tylko spostrzegawczością, ale też bujną wyobraźnią, więc czasem zrywamy boki ze śmiechu. Podsumowując, książka jest wspaniała, a dziecko ma szansę wykazać się umiejętnością logicznego myślenia i spostrzegawczością, poza tym może tworzyć własne opowieści na temat postaci występujących w książce. W Dobroszycach sporo się dzieje, ktoś się pojawia, ktoś znika, zmieniają się pory roku, a co za tym idzie również asortyment na straganach. Śledzimy codzienność bohaterów i towarzyszymy im podczas przeróżnych świąt. Zabawa przednia!

100_3051 

Moja ocena: 6/6

Autor: Jola Richter-Magnuszewska
Tytuł: "Rok na targu"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 28
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"
 
"O chłopcu, który szukał domu Ireny Jurgielewiczowej" - propozycja dla starszych dzieci
 
100_3057
 
Kiedy myślę o Irenie Jurgielewiczowej, to pierwsze, co przychodzi mi do głowy to "Ten obcy", chyba najbardziej znana książka Jurgielewiczowej, wpisana zresztą w 1964 r. na Listę Honorową Hansa Christiana Andersena. Doskonale pamiętam tę książkę z dzieciństwa i do tej pory mam na półce dość wysłużony egzemplarz, który w różnych domach bywał. Nie pamiętam, czy czytałam jakąkolwiek inną powieść tej autorki. Ale co się odwlecze... Jestem świeżo po lekturze "O chłopcu, który szukał domu" i nie ukrywam, że książka adresowana do dzieci potrafi poruszyć najczulsze struny również u dorosłego odbiory. Chwytająca za serce, choć napisana prostym językiem powieść, ma szansę zachwycić kolejne pokolenia czytelników, zwłaszcza że pojawiło się nowe wydanie książki z czarno-białymi ilustracjami Anity Graboś, które wspaniale uzupełniają tekst Ireny Jurgielewiczowej. 
 
100_3061
 100_3063
 
Piotruś nie ma ani mamy, ani taty, błąka się po lesie w poszukiwaniu domu. Na szczęście na jego drodze pojawia się kowalowa, która po wojennej zawierusze wraca do swojej wioski, gdzie mają czekać na nią córki, Kasia i Trusia. Kobieta przygarnia chłopca, ale po dotarciu na miejsce okazuje się, że w domu nikogo nie ma. Dziewczynki zniknęły, a wszędzie panuje bałagan. Zrozpaczona kowalowa postanawia znowu ruszyć w drogę, by odszukać dzieci. Chłopiec obiecuje cierpliwie czekać, martwi się tylko tym, że znowu będzie sam, ale rozumie obawy kowalowej i troskę o rodzinę. Póki co może liczyć na towarzystwo kotki Pameli i psa Kiwaja. Gdy kobiecie nie udaje się odnaleźć córek, dzielny Piotruś postanawia zrobić wszystko, by dziewczynki bezpiecznie wróciły do domu. Dzięki pewnej wróżce staje się bardzo malutki, a przygody, które przeżyje trwale zapiszą się w jego i czytelników pamięci. 
 
"O chłopcu, który szukał domu" to piękna i wzruszająca historia momentami przypominająca baśń. Klasyczna wręcz opowieść o sile dobroci i miłości, a także konieczności niesienia pomocy. Są fragmenty, gdy czyta się tę książkę ze ściśniętym gardłem, z trudem powstrzymując napływające do oczu łzy. Książki dla dzieci zazwyczaj dobrze się kończą i ta również, ale zanim to nastąpi czytelnik musi nie tylko uzbroić się w cierpliwość, ale przede wszystkim przygotować na niezwykle emocjonalną lekturę. 
Książka idealnie nadaje się do samodzielnego czytania, więc dzieci które potrafią już czytać mogą liczyć na odpowiednią czcionkę i krótkie rozdziały. Poza tym w książce jest sporo ilustracji, a wiadomo, że dzieci na ten element zwracają szczególną uwagę. 
 
Moja ocena: 5/6
 
Autor: Irena Jurgielewiczowa
Tytuł: "O chłopcu, który szukał domu"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 240
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

"Nie ma złej pogody na spacer. Tajemnica szwedzkiego wychowania dzieci" Lindy Åkeson McGurk

dosia1331

100_3020

Ręka w górę, kto dzieciństwo spędził na podwórku, wspinał się na drzewa, płoty. Kto jeździł na rowerze bez trzymanki, kasku, ochraniaczy na kolana, łokcie i nie wiem, co tam jeszcze? Niech z szeregu wystąpią ci, którzy mieli umorusane buzie, babrali się w błocie, jedli owoce prosto z krzaków, a zimą jeździli na sankach, łyżwach, nartach albo tyłku, przedzierając w ten sposób kombinezon. Niech przyznają się te osoby, których mama wiecznie prosiła o powrót do domu na obiad, potem na kolację? Kto grał w gumę, klasy, dwa ognie, skakał na skakance, urządzał wyścigi kapsli z narysowanymi flagami państw? Kto wisiał na trzepaku głową w dół? Dzieciaki, które wychowały się chociażby w latach osiemdziesiątych poznały cudowny smak dzieciństwa i doskonale wiedzą, że dobra zabawa wymaga tylko i wyłącznie wyobraźni. Że wcale nie jest potrzebny telewizor i inne wynalazki, które pochłaniają czas i pozbawiają nas kreatywności. Takiej wolności, swobody i radości nasze dzieci często nie doświadczają, bo myśli mają zajęte elektronicznymi gadżetami. Szlag mnie trafia, kiedy widzę malucha ze słuchawkami w uszach i głową pochyloną nad telefonem. Nic nie jest w stanie wyrwać go z przestrzeni, w której potrafi tkwić godzinami. Opustoszałe place zabaw i podwórka są namacalnym dowodem tego, że dzieci preferują inną formę spędzania wolnego czasu. Nie potrzebują świeżego powietrza i towarzystwa rówieśników. Wina leży po naszej stronie, bo nie stawiamy dzieciom granic, pozwalamy korzystać z ogłupiających gadżetów niemal bezustannie. Doczekaliśmy się pokolenia, które nie potrafi ze sobą rozmawiać, które kisi się w domach, nie odróżnia wróbla od szpaka i boi się wejść do lasu, bo tam przecież czyha cała masa niebezpieczeństw. Poza tym wiosną można nabawić się alergii, latem jest za ciepło, jesień to murowany katar, a zimą jest za zimno i można odmrozić sobie tyłek. W jakim my świecie żyjemy? Fundujemy naszym dzieciom chorą rzeczywistość i jeszcze jesteśmy święcie przekonani o tym, że znakomicie wywiązujemy się z rodzicielskich obowiązków, bo przecież chronimy nasze dzieci i dbamy o ich bezpieczeństwo. Tymczasem prawda jest druzgocąca i o tym pisze Linda Åkeson McGurk w książce "Nie ma złej pogody na spacer. Tajemnica szwedzkiego wychowania dzieci". Autorka porównuje szwedzki model wychowania z tym, który obserwuje na terenie USA, gdzie obecnie mieszka. Zwraca uwagę na szczegóły, które i ja zauważam, a którymi podzieliłam się na początku wpisu. Każdy rozdział to kolejne przykłady odbierania dzieciom dzieciństwa. Irracjonalne kontrolowanie sfer, które tego absolutnie nie wymagają, a bagatelizowanie tego, co faktycznie wymagałoby interwencji ze strony rodzica, opiekuna. 

Hmm, mam kłopot z oceną tej książki. Autorka pisze o zagrożeniach wynikających z ograniczania dostępu do zabawy na świeżym powietrzu, a w konsekwencji pozbawiania dzieci różnych umiejętności, które nabywa się w kontakcie z przyrodą i rówieśnikami. Ale to, co przeszkadzało mi w trakcie lektury, to skłonność Lindy Åkeson McGurk do powtarzania się. Spokojnie można by skrócić tę publikację o kilkadziesiąt stron. Autorka podając przykłady, posiłkuje się bogatą bibliografią i nade wszystko chwali szwedzki model wychowania, który bezlitośnie pogrąża ten funkcjonujący na terenie Stanów Zjednoczonych. Jednak w pewnym momencie można odnieść wrażenie, że treść rozdziałów jest podobna, a i szwedzkich tajemnic na temat wychowania brak, raczej "oczywiste oczywistości". Czym zatem różni się szwedzki model wychowania od tego, który obserwujemy poza Skandynawią? Jeszcze trzydzieści lat temu postępowaliśmy podobnie i z łezką w oku wspominamy tamte czasy, jednocześnie żałując, że nasze dzieci nie mają szansy na podobne dzieciństwo. Co zatem stoi na przeszkodzie, postęp cywilizacyjny, czy brak dobrej woli i zaangażowania z naszej strony? Kraje skandynawskie wciąż wychowują dzieci blisko przyrody i w szacunku do niej. Nie upatrują zagrożeń na każdym kroku, pozwalają na zdobywanie doświadczeń, beztroską zabawę i wolność, po prostu. Stawiają na ekologię, bo troska o środowisko jest priorytetem. Mnie, bardziej od treści tej książki, zastanawia coś zupełnie innego, a mianowicie to, dlaczego pogłębiamy problem? Czy naszym celem jest wypuszczenie w świat człowieka, który w przyszłości nie poradzi sobie w sytuacjach kryzysowych i któremu trudno będzie funkcjonować poza domowym zaciszem. Czy przyjemność sprawia nam dziecko wpatrzone w telefon, nieskore do kontaktu z rówieśnikami? Czy nie jest nam przykro, że ten młody człowiek przegapia najfajniejszy okres w swoim życiu? 

Moja ocena: 4/6

Autor: Linda Åkeson McGurk
Tytuł: "Nie ma złej pogody na spacer. Tajemnica szwedzkiego wychowania dzieci"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 368
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo Literackie

Z biblioteczki plenerowej - "Narodziny dnia" Sydonie-Gabrielle Colette

dosia1331

100_3007

Ależ się rozleniwiłam w te wakacje. Ostatnio chwaliłam się, że najwięcej książek czytam właśnie w wakacje, ale te już niedługo się kończą, a ja podczas urlopu przeczytałam tylko dwie książki. Opasłe tomy, których lekturę planowałam na lato, odłożyłam na jesień. Mam ogromne zaległości czytelnicze, a piętrzące się stosy książek w domu bezczelnie mi o tym przypominają. Od przybytku głowa nie boli, szkoda tylko, że krucho z czasem na czytanie. Ale do rzeczy. Trochę na przekór pogoni za nowościami zaproponuję Wam nieco inną formę dotarcia do książek, a co najważniejsze darmową i w plenerze. Dlaczego ograniczać swoje literackie poszukiwania do książek, które dopiero co opuściły drukarnię? Zapewniam, że warto sięgać po starsze tytuły, a nuż traficie na literacką perełkę...

Popieracie ideę bookcrossingu? Ja jestem absolutnie na tak, zresztą mam w zwyczaju zostawiać książki w różnych miejscach, więc pewnie wiele osób zostało w ten sposób przeze mnie obdarowanych. Ostatnio położyłam książkę na ławce w parku i mam nadzieję, że trafiła w dobre ręce. To znakomity sposób dzielenia się czytelniczą pasją, a być może również szansa na to, że ktoś zainteresuje się literaturą. Jeśli w metrze, na dworcu, w parku, gdziekolwiek zobaczycie książkę, nie wahajcie się zabrać jej do domu. Przeczytajcie, a potem zostawcie w łatwo dostępnym miejscu, chociażby w kawiarni, czy na placu zabaw. Doskonałym pomysłem są również budki z książkami, które coraz częściej pojawiają się w miastach. Nawiasem mówiąc, życzyłabym sobie i innym czytelnikom, którzy do nich zaglądają, by wśród książek były przede wszystkim takie egzemplarze, które po prostu nadają się do czytania. Niekompletne, zniszczone i brudne książki w ogóle nie powinny się tam znaleźć. Nie rozumiem, dlaczego ktoś wkłada do budki książkę, która odstrasza wyglądem i zapachem? Wybaczcie dygresję, ale właśnie w takiej biblioteczce plenerowej znalazłam ostatnio cieniutką, niepozorną książkę, której okładka zdecydowanie zachęcała do czytania, więc zawędrowała ze mną do domu. Nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła, kim jest autorka i nie ukrywam, że informacje, które znalazłam w Internecie tylko podsyciły moją ciekawość.

Sydonie-Gabrielle Colette, bo o niej mowa, była postacią nietuzinkową, zdecydowanie wyprzedzającą czasy, w których przyszło jej żyć. Bogaty życiorys, ciekawa osobowość, a nade wszystko talent sprawiły, że Colette do dziś uznawana jest za jedną z najbarwniejszych postaci francuskiej kultury i jedną z najwybitniejszych pisarek XX wieku. Spod jej pióra wyszło kilkadziesiąt powieści obyczajowo-psychologicznych, felietonów oraz tekstów o charakterze wspomnieniowym. Sydonie-Gabrielle Colette, przez niektórych uznawana za skandalistkę, była przede wszystkim dobrą obserwatorką i kobietą o wrażliwej, artystycznej duszy. Wiele z historii na jej temat można włożyć między bajki, ale nie ulega wątpliwości, że żyła tak, jak chciała i w nosie miała to, co o niej myślano i pisano. 

"Narodziny dnia" to niewielkich rozmiarów opowieść o dojrzałej kobiecie, która powoli godzi się z upływającym czasem i która coraz uważniej przygląda się światu i ludziom. To, co kiedyś było banalne, dziś jest kwintesencją życia, zaś burzliwe romanse, żenującym wspomnieniem. Kończące się na Prowansji lato jest zatem po trosze metaforą początku jesieni życia głównej bohaterki "Narodzin dnia". Mnóstwo w tej książce fragmentów, które z powodzeniem można by cytować jako sentencje, z których płynie życiowa mądrość, doświadczenie i odwaga opowiadania o starości, której wcale nie trzeba dzielić we dwoje i której w żadnym wypadku nie należy się bać. Czymże są młodość i miłość? Chwilą, złudzeniem, kaprysem? Refleksje Colette na temat życia to niezwykle trafny, barwny i plastyczny opis prowansalskiej codzienności, ale też subtelny obraz nadmorskiej miejscowości kojarzący się z malarstwem impresjonistycznym. Przyroda, która w "Narodzinach dnia" pełni dużą rolę została przez Colette przedstawiona w sposób fascynujący, bez dłużyzn i zbędnego patosu. Ogromnym atutem książki jest piękny język, cudowne metafory oraz spora ilość fragmentów ocierających się o poezję. Czyta się wspaniale, choć to lektura wymagająca skupienia, wczucia się w specyficzną atmosferę opowieści, by w pełni docenić bogactwo warsztatu Sydonie-Gabrielle Colette. Poza tym to książka wprost idealna na tę porę roku, czyli ciepłe, nieco senne już lato. Nostalgiczne "Narodziny dnia" są więc historią o pisarce i kobiecie, która rozpoczyna kolejny, z pewnością pełniejszy etap życia i która wreszcie zauważa to, czego kiedyś nie była w stanie dostrzec. Zdecydowanie warto.

„Dopiero moim dojrzałym latom te dobra były pisane. Moja kanciasta młodość pokaleczyłaby się o cienkie, odstające blaszki naszywanych dżetami skał, o dwudzielne igły sosen, o agawy, o kolce jeżowców, o gorzkie, żywiczne posłonki i o figowce, których liście przypominają od spodu język dzikiego zwierzęcia. Cóż to za niezwykła kraina!” (s. 12).

Moja ocena: 6/6

Autor: Sydonie-Gabrielle Colette
Tytuł: "Narodziny dnia"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 132
Rok wydania: 1975
Państwowy Instytut Wydawniczy

 

O życiowych rozbitkach - "Kroniki portowe" Annie Proulx

dosia1331

100_2474

Chyba dawno w trakcie lektury nie wpadałam w taką zadumę, jak podczas czytania "Kronik portowych" Annie Proulx. Poza tym przypominały mi się inne książki o podobnej tematyce i nie ukrywam, że szukałam punktów wspólnych. Już samo wpatrywanie się w okładkę tej książki działało na mnie kojąco, choć sama powieść wcale taka kojąca nie jest i momentami bezlitośnie przegadana. Moja zaduma wynikała raczej z próby umiejscowienia samej siebie w takich okolicznościach przyrody, w surowej, zimnej i odrobinę niepokojącej rzeczywistości. Wśród ludzi, którzy twardo stąpają po ziemi, którzy na co dzień zmagają się z różnymi przeciwnościami losu i którzy doskonale wiedzą, że natura ma nieprawdopodobną moc. "Kroniki portowe" dla wielbicieli morza, jego szumu i złowrogo rozbijających się o skały fal są lekturą obowiązkową. Tylko niech mi nikt powieści Annie Proulx  nie porównuje do twórczości Michaela Crummeya, w którego prozie jest coś absolutnie magicznego, a czego w "Kronikach portowych"nie znalazłam. No, może odrobinę.

100_2881

Quoyle to fajtłapa, łatwowierny, infantylny mężczyzna, któremu przez większą część opowieści miałam ochotę porządnie przywalić. Nie wzruszyła mnie jego chora miłość do notorycznie zdradzającej go żony. Nie uroniłam łzy, kiedy został wdowcem, bo Quoyle, mniej więcej do połowy książki, jest postacią irytującą. Facetem, który nie potrafi wziąć się w garść, walnąć pięścią w stół i zawalczyć o siebie. Quoyle to nieudacznik, który z dobrodziejstwem inwentarza przyjmuje kolejne ciosy i jeszcze za nie przeprasza. Poza tym żyje przeszłością, użala się nad sobą i wciąż zasłania nieidealny podbródek. Litości! Przyznaję, miał fatalne dzieciństwo, które trochę tłumaczy jego postępowanie, brak poczucia własnej wartości i ogromną potrzebę miłości, ale są jakieś granice. Jak on w ogóle został dziennikarzem, skoro krótka notatka z jakiegoś wydarzenia jest dla niego niczym wyprawa w najwyższe góry świata? Całe szczęście, że na jego drodze stanęła przebojowa ciotka, która ustawiła biedaka do pionu, a oddając mocz na prochy ojca Quoyle'a symbolicznie zamknęła pewien rozdział jego życia. Ciotka, dwie córki, przeprowadzka na Nową Fundlandię, dom wymagający remontu i praca w lokalnej gazecie. Quoyle wkracza do akcji, a ja wreszcie cieszę się z lektury książki, która zaczyna mnie intrygować i nad którą już nie usypiam, zwłaszcza że na horyzoncie pojawia się kobieta, podobnie jak Quoyle szukająca szczęścia i próbująca odzyskać wiarę w siebie. Jak potoczą się losy tych dwojga, czy ich znajomość przerodzi się w coś poważniejszego i czy uda im się z nadzieją spojrzeć w przyszłość? Tego rzecz jasna nie zdradzę, na pocieszenie jednak dodam, że ta książka z tanim romansidłem nie ma nic wspólnego. "Kroniki portowe" są literaturą z wyższej półki, dlatego wybaczam Annie Proulx momenty przegadania i z czystym sumieniem polecam.

019

Nie wystukam na klawiaturze ani jednego słowa więcej na temat fabuły, by nie odebrać Wam przyjemności czytania. Ale ostrzegam, to nie jest łatwa lektura i z pewnością nie porywa od razu, ale naprawdę warto dać szansę tej opowieści, zwłaszcza że to po prostu bardzo dobrze i niezwykle sugestywnie napisana książka. "Kroniki portowe" zyskują po czasie, przekonacie się, że myślami będziecie wracać do tej, a właściwie tych historii. Ogromnie przypadła mi do gustu kompozycja "Kronik portowych", zwłaszcza cytaty, słowa wprowadzenia do kolejnych rozdziałów, które doskonale podkreślają charakterystyczny styl tej powieści. 

Nieszczęśliwy mężczyzna, rozczarowana kobieta. On liże rany, ona resztkami sił próbuje utrzymać się na powierzchni życia, bo ma wrażenie, że tonie. W tle Nowa Fundlandia i specyficzni, bo zahartowani surowym klimatem i nieokiełznaną przyrodą ludzie, którzy swoje przeżyli i doskonale wiedzą, że nic nie jest za darmo, za to wszystko po coś.

Moja ocena: 5/6

Autor: Annie Proulx
Tytuł: "Kroniki portowe"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 421
Rok wydania: 2018 
Wydawnictwo Poznańskie

MID YEAR BOOK FREAK OUT TAG, czyli podsumowanie czytelniczego półrocza

dosia1331

100_2576

Nawet nie wiem, kiedy minęło te pół roku, zresztą i tak z już tak zwanym hakiem, bo pragnę zauważyć, że mamy końcówkę lipca. Nieśmiało spoglądam na inne blogi i muszę przyznać, że liczba przeczytanych przeze mnie książek, w porównaniu do ubiegłego roku o tej porze, dramatycznie spadła, co mogę tłumaczyć tylko i wyłącznie brakiem czasu na lekturę i lenistwem po trosze, bo coraz częściej zdarzają mi się wieczory bez książki. Nie do pomyślenia! Dlatego zastanawiałam się, czy w ogóle publikować ten wpis na blogu, ale z drugiej strony trochę ułatwia mi to wybór chociażby tej najlepszej, bo nawet przez moment nie wahałam się nad wskazaniem książki Petry Hůlovej. A poza tym tag książkowy to zawsze miła odmiana i w gruncie rzeczy dobra zabawa, do której czuję się zaproszona przez Olę z Parapetu Literackiego i dziewczyny z Krótkiej Przerwy, więc zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Najlepsza książka przeczytana w pierwszym półroczu

Bezapelacyjnie "Macocha" Petry Hůlovej. Kawał porządnej literatury i jedyna w swoim rodzaju główna bohaterka, której monolog to mistrzostwo świata. Książka niewielkich rozmiarów, z różową okładką i treścią, która po prostu zwala z nóg. Warte odnotowania jest niemal każde zdanie. To głęboka, poruszająca i niezwykle prawdziwa opowieść o kobiecie, która mówi wprost o tym, o czym większość z nas woli milczeć albo do czego za nic w świecie nie chce się przyznać. Ktoś powinien pomyśleć o napisaniu scenariusza sztuki teatralnej na podstawie tej książki. Materiał wprost wymarzony!

Najlepsza kontynuacja serii

Nie czytam serii, zwykle kończę na pierwszym tomie, ewentualnie drugim i tracę zainteresowanie. Długo namawiano mnie na ponoć fenomenalną tetralogię Eleny Ferrante i z przykrością stwierdzam, że nie przypadła mi do gustu. Z trudem przebrnęłam przez do bólu przegadaną "Genialną przyjaciółkę". Nuda, brak przestrzeni interpretacyjnej, wszystko podane czytelnikowi na tacy. Klops! Zarzekałam się, że nigdy więcej Ferrante. Słowa nie dotrzymałam, bo sięgnęłam po książkę, która powstała przed słynnym cyklem, rzecz jasna w nadziei na coś znacznie lepszego. "Córka" okazała się bardzo dobrą powieścią, więc się z Eleną Ferrante przeprosiłyśmy. Ale nie na długo, bo jakiś miesiąc temu wzięłam do ręki drugi tom tetralogii i odłożyłam po zaledwie pięćdziesięciu stronach. Sorry, Elena, nic z tego nie będzie. 

Nowość, którą chciałbym przeczytać

Zdecydowanie "Ulgę" Julii Fiedorczuk. Tyle ochów i achów słyszałam i czytałam na jej temat, że grzech nie sprawdzić, więc sięgnięcie po książkę jest tylko i wyłącznie kwestią czasu. Zresztą stoi na półce i czeka na właściwy moment.

Największe rozczarowanie

"O pięknie" Zadie Smith. Drugie podejście, kolejnego nie będzie. Paplanina o niczym. Tylko "Białe zęby" naprawdę mi się podobały. W zeszłym roku czekałam na "Swing Time", przeczytałam bez większego entuzjazmu. Nie po drodze mi z Zadie Smith, nie iskrzy między nami, więc nie czekam na nową książkę.

Największe zaskoczenie

Bez dwóch zdań "Pod śniegiem" Petry Soukupovej. Kto nie czytał, niech czym prędzej nadrabia zaległości. Pożarłam w błyskawicznym tempie. Postaci, dialogi i w ogóle pomysł na tę historię są fenomenalne! Czeska literatura ma się świetnie, więc szkoda przegapić, zwłaszcza tak dobrze napisaną powieść. Polecam z czystym sumieniem, zwłaszcza tym, którzy lubią prozę gęstą od emocji.

Ulubiony nowy bohater

Brak albo problem ze wskazaniem tego naj, więc odpuszczam sobie tę część.

Mój książkowy crush

Nie podkochuję się w postaciach literackich, za stara jestem.

Książka, przy której płakałam

Trudno w tym przypadku mówić o książce, bo to baśń, ale po raz kolejny łzy popłynęły podczas lektury "Dziewczynki z zapałkami". Hansie Christianie Andersenie, jak pan mógł! 

Książka, która mnie uszczęśliwiła

"Ostatnia arystokratka" Evžena Bočka. Uśmiałam się z dość osobliwej arystokracji i ogromnie polubiłam główną bohaterkę, czyli Marię. Korci mnie, by poznać dalsze losy Kostków, ale mam tak dużo książek do przeczytania, że wciąż odkładam w czasie ewentualny powrót do zamku. Pożyjemy, zobaczymy... Ale książka świetna, na poprawę na stroju wręcz idealna. Ups, czyli jednak sięgnęłam po serię?! Na usprawiedliwienie dodam, że bez wiary w to, że zechcę poznać kontynuację, więc - póki co - traktuję tę książkę jako zakończoną historię.

Książka, na którą czekam

"Ucho Igielne" Wiesława Myśliwskiego! Ja nie czekam, ja przebieram nogami ze zniecierpliwienia i chętnie przeniosłabym się w czasie, by już mieć tę książkę w ręku. Jestem święcie przekonana, że to będzie literacka uczta.

100_2574

Jeżeli macie ochotę podzielić się ze mną Waszym posumowaniem czytelniczego półrocza, to z przyjemnością poznam tytuły książek, na które warto zwrócić uwagę oraz te, które lepiej omijać szerokim łukiem. A może jest jakaś książka, na którą czekacie? Piszcie, chętnie przeczytam w komentarzach.

Do miłego zaczytania!

Do uważnego czytania - "Uczciwa oszustka" Tove Jansson

dosia1331

100_2429

Moja siostra w każde wakacje czytała "Muminki", co było dość zabawne, bo ileż można? No, ale to kawał porządnej literatury, więc teraz zupełnie mnie to nie dziwi, a wręcz przeciwnie, jestem dumna, że siostrzyczka wiedziała, co dobre. Coś mi się wydaje, że i ja powoli nawiązuję do tej tradycji, bo kolejne wakacje spędzam w towarzystwie bohaterów Tove Jansson. W zeszłym roku czytałam "Lato" i byłam pod dużym wrażeniem tej historii, nawet szukałam odpowiedniego miejsca do zaprezentowania książki na blogu. I znalazłam, a mianowicie piękną, żółtą różę... na środku pola pszenicy. Niemożliwe? A jednak. Wprawdzie nie od razu wiedziałam, że to róża, ale zaintrygowana żółtą plamą na zielonym tle, nie omieszkałam sprawdzić. Potem brnęłam przez pole pszenicy raz jeszcze, rzecz jasna z książką, by uwiecznić ten niecodzienny widok, a przy okazji pokazać powieść. Skąd róża na środku pola? Cóż, moja genialna mama, w geście rozpaczy, że ta jakoś nieszczególnie przyjęła się w ogrodzie, cisnęła biedaczkę prosto w pszenicę. Róża uznała, że lepiej jej w innych okolicznościach przyrody i wyrosła na prawdziwą piękność. Postarałam się, by jednak wróciła na właściwe miejsce. Uprzejmie donoszę, że róża ma się świetnie i pięknie kwitnie. To tak tytułem wstępu, chociaż muszę przyznać, że dla "Uczciwej oszustki" też się poświęciłam i ukradłam rodzicielce hortensję. Wprawdzie odcień nieco inny, ale kto by się czepiał szczegółów. Poza tym za ten haniebny czyn zostałam ukarana przez pewną pszczołę. W świetle księżyca trudno byłoby mi zrobić zdjęcie, wiem, bo próbowałam, z marnym - jak widać - skutkiem. A tak chciałam nawiązać do okładki, nie udało się, trudno. W zeszłym roku róża, w tym hortensja, w przyszłym kwiat paproci?

100_2521

Kochasz "Muminki" i nie znasz innych książek Tove Jansson? Może pora to zmienić, zwłaszcza że pozostała twórczość słynnej Finki również zasługuje na uwagę. Jej urokliwe i pełne życiowej mądrości opowieści adresowane do dorosłych czytelników są znakomite i naprawdę świetnie się je czyta. To wciąż ta sama Tove Jansson, wspaniała pisarka i jedyna w swoim rodzaju obserwatorka. Przeczytałam "Uczciwą oszustkę" w jeden wieczór, co nie jest szczególnym wyczynem, zwłaszcza że duża czcionka, spore odstępy między wierszami, krótkie rozdziały i stosunkowo niewielka objętość, bo nieco ponad 200 stron, zdecydowanie wpłynęły na tempo czytania. Ale prawda jest również taka, że to kolejne bardzo udane spotkanie z Tove Jansson i książka, której lekturę trudno przerwać zanim nie dotrze się do ostatniego zdania. Nie ma sensu porównywać "Lata" i "Uczciwej oszustki", bo to dwie różne historie, ale na tyle fascynujące i raczej z rodzaju tych, które zyskują po lekturze.

Przykryta śniegiem mała miejscowość. Katri mieszka z młodszym bratem Matsem w mansardzie nad sklepikiem. Jest uważana za osobę niezwykle uczciwą i taką, na której po prostu można polegać. Mieszkańcy Västerby korzystają z jej doświadczenia i znajomości spraw finansowych. Ale Katri, choć cieszy się zaufaniem, stroni od ludzi i do minimum ogranicza kontakt. Jej jedynym przyjacielem jest bezimienny owczarek, a towarzyszem brat. Katri pragnie spełnić jego marzenie o łodzi. Misterny plan polegający na zdobyciu zaufania pewnej majętnej ilustratorki książek dla dzieci ma pomóc kobiecie zebrać odpowiednią kwotę. Katri robi wszystko, by uzależnić od siebie Annę i wpływać na jej decyzje. Nieposzlakowana opinia kobiety, a co za tym idzie uśpiona czujność ilustratorki pozwalają przebiegłej Katri wiele zyskać i powoli, krok po kroku, wprowadzić w życie plan, dzięki któremu być może spełni największe marzenie Matsa. Jednak pewnych okoliczności czasem nie można przewidzieć. Jak zakończy się ta historia i dość specyficzna relacja łącząca Katri i Annę? Czy Anna zdemaskuje współlokatorkę? A może kobiety czegoś się od siebie nauczą i znajdą nić porozumienia, choć tak bardzo się od siebie różnią?

Aura tajemniczości i charakterystyczny styl Tove Jansson czynią "Uczciwą oszustkę" interesującą lekturą. Pełna niedopowiedzeń i ukrytych znaczeń historia zbudowana została wokół trzech postaci i dość dziwnego psa. Kameralny zestaw, jeśli weźmie się pod uwagę mnogość bohaterów cyklu o Muminkach, ale wystarczający do stworzenia bardzo klimatycznej opowieści. Odrobinę niepokojąca "Uczciwa oszustka" spodoba się czytelnikom, którzy cenią prozę obfitą w symbole i którzy tropią w książkach elementy biografii autora, zwłaszcza że jest ich tutaj sporo.

"Uczciwa oszustka" nie jest łatwą lekturą, raczej z rodzaju tych do uważnego czytania, ale absolutnie wartą poświęconego jej czasu.

100_2438

Moja ocena: 5/6

Autor: Tove Jansson
Tytuł: "Uczciwa oszustka"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 240
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

10 książek na lato

dosia1331

100_2455

Lato z pewnością jest idealną porą roku na książkę, w ogóle świetnie nadaje się do nadrabiania czytelniczych zaległości. Wakacje, urlop, piękna pogoda, można czytać na świeżym powietrzu. Zresztą nie ruszam się z domu bez książki, zawsze mam w torbie albo w plecaku. Zabieram na plażę, nad rzekę, na łąkę, do ogrodu, na balkon. Pamiętam, jak w zaledwie kilka godzin przeczytałam "Kod Leonarda da Vinci" Dana Browna, na dodatek w pięknych okolicznościach przyrody, bo na górskiej, ukwieconej łące. Zza chmur delikatnie przebijało się słońce, żadnego skwaru, tylko błogie ciepło. Literatura najwyższych lotów to nie była, ale warta poświęconego na nią czasu, a poza tym chciałam sprawdzić, czym tak naraził się Dan Brown kościołowi katolickiemu, że dla niektórych samo wypowiedzenie nazwiska autora było bluźnierstwem. "Kod Leonarda da Vinci" okazał się ciekawą, bardzo dynamiczną, całkiem sprawnie napisaną historią. Ani w trakcie, ani tym bardziej po lekturze nie miałam ochoty spalić amerykańskiego pisarza na stosie, bo na szczęście wiem, czym jest fikcja literacka. Nawiasem mówiąc, chyba najwięcej książek czytam właśnie latem i wtedy też sięgam po książki, których lekturę z różnych powodów odkładałam na później. Sprawdzam, czym obecnie zachwycają się czytelnicy oraz krytycy albo wracam do książek, które po prostu lubię i cenię (znacznie bezpieczniejsze). Nie wybieram lekkich, łatwych i przyjemnych historii, szkoda mi czasu na marną literaturę. I w ogóle nie trafia do mnie twierdzenie, że od czasu do czasu warto sięgnąć po lżejszą literaturę. Tylko, po co? Nie dla mnie ckliwe, łzawe i banalne opowieści. Wybieram książki, które - mam nadzieję - coś po sobie zostawią, będą we mnie dojrzewać i do których być może zechcę kiedyś wrócić. 

100_2443

Dziesiątka książek, które z przyjemnością polecam na letnie zaczytanie:

1. "Kroniki portowe" Annie Proulx

2. "Miłość w czasach zarazy"  Gabriel García Márquez

3. "Lato" Tove Jansson

4. "Samarkanda" Amin Maalouf

5. "Wichrowe wzgórza" Emily Brontë

6. "Córka czarownic" Dorota Terakowska

7. "Cesarz" Ryszard Kapuściński

8. "Uczeń architekta" Elif Shafak

9. "Traktat o łuskaniu fasoli" Wiesław Myśliwski

10. "Niedziela, która zdarzyła się w środę" Mariusz Szczygieł.

Niektóre z wymienionych książek, o ile mnie pamięć nie myli, przeczytałam latem. Do wielu z nich wracam, jak chociażby do "Traktatu o łuskaniu fasoli" (literackie mistrzostwo świata), czy "Wichrowych wzgórz" (uwielbiam tę powieść). Polecana dziesiątka to książki różne tematycznie, ale wszystkie są po prostu znakomitą literaturą. Moją opinię na temat powieści Elif Shafak i Tove Jansson znacie, o pozostałych książkach na pewno opowiem na blogu. 

A tak na marginesie, nie zapomnijcie również o prasie, a zwłaszcza dwóch tytułach, które z pewnością zasługują na uwagę, czyli "Książkach. Magazynie do czytania" i "Piśmie" (coraz bardziej się do niego przekonuję). 

PS Książki, które widzicie na drugim zdjęciu znajdą się w moim wakacyjnym plecaku.

Do miłego zaczytania!

 

© MATKA POLKA CZYTAJĄCA
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci