Menu

MATKA POLKA CZYTAJĄCA

BLOG O KSIĄŻKACH

O życiowych rozbitkach - "Kroniki portowe" Annie Proulx

dosia1331

100_2474

Chyba dawno w trakcie lektury nie wpadałam w taką zadumę, jak podczas czytania "Kronik portowych" Annie Proulx. Poza tym przypominały mi się inne książki o podobnej tematyce i nie ukrywam, że szukałam punktów wspólnych. Już samo wpatrywanie się w okładkę tej książki działało na mnie kojąco, choć sama powieść wcale taka kojąca nie jest i momentami bezlitośnie przegadana. Moja zaduma wynikała raczej z próby umiejscowienia samej siebie w takich okolicznościach przyrody, w surowej, zimnej i odrobinę niepokojącej rzeczywistości. Wśród ludzi, którzy twardo stąpają po ziemi, którzy na co dzień zmagają się z różnymi przeciwnościami losu i którzy doskonale wiedzą, że natura ma nieprawdopodobną moc. "Kroniki portowe" dla wielbicieli morza, jego szumu i złowrogo rozbijających się o skały fal są lekturą obowiązkową. Tylko niech mi nikt powieści Annie Proulx  nie porównuje do twórczości Michaela Crummeya, w którego prozie jest coś absolutnie magicznego, a czego w "Kronikach portowych"nie znalazłam. No, może odrobinę.

100_2881

Quoyle to fajtłapa, łatwowierny, infantylny mężczyzna, któremu przez większą część opowieści miałam ochotę porządnie przywalić. Nie wzruszyła mnie jego chora miłość do notorycznie zdradzającej go żony. Nie uroniłam łzy, kiedy został wdowcem, bo Quoyle, mniej więcej do połowy książki, jest postacią irytującą. Facetem, który nie potrafi wziąć się w garść, walnąć pięścią w stół i zawalczyć o siebie. Quoyle to nieudacznik, który z dobrodziejstwem inwentarza przyjmuje kolejne ciosy i jeszcze za nie przeprasza. Poza tym żyje przeszłością, użala się nad sobą i wciąż zasłania nieidealny podbródek. Litości! Przyznaję, miał fatalne dzieciństwo, które trochę tłumaczy jego postępowanie, brak poczucia własnej wartości i ogromną potrzebę miłości, ale są jakieś granice. Jak on w ogóle został dziennikarzem, skoro krótka notatka z jakiegoś wydarzenia jest dla niego niczym wyprawa w najwyższe góry świata? Całe szczęście, że na jego drodze stanęła przebojowa ciotka, która ustawiła biedaka do pionu, a oddając mocz na prochy ojca Quoyle'a symbolicznie zamknęła pewien rozdział jego życia. Ciotka, dwie córki, przeprowadzka na Nową Fundlandię, dom wymagający remontu i praca w lokalnej gazecie. Quoyle wkracza do akcji, a ja wreszcie cieszę się z lektury książki, która zaczyna mnie intrygować i nad którą już nie usypiam, zwłaszcza że na horyzoncie pojawia się kobieta, podobnie jak Quoyle szukająca szczęścia i próbująca odzyskać wiarę w siebie. Jak potoczą się losy tych dwojga, czy ich znajomość przerodzi się w coś poważniejszego i czy uda im się z nadzieją spojrzeć w przyszłość? Tego rzecz jasna nie zdradzę, na pocieszenie jednak dodam, że ta książka z tanim romansidłem nie ma nic wspólnego. "Kroniki portowe" są literaturą z wyższej półki, dlatego wybaczam Annie Proulx momenty przegadania i z czystym sumieniem polecam.

019

Nie wystukam na klawiaturze ani jednego słowa więcej na temat fabuły, by nie odebrać Wam przyjemności czytania. Ale ostrzegam, to nie jest łatwa lektura i z pewnością nie porywa od razu, ale naprawdę warto dać szansę tej opowieści, zwłaszcza że to po prostu bardzo dobrze i niezwykle sugestywnie napisana książka. "Kroniki portowe" zyskują po czasie, przekonacie się, że myślami będziecie wracać do tej, a właściwie tych historii. Ogromnie przypadła mi do gustu kompozycja "Kronik portowych", zwłaszcza cytaty, słowa wprowadzenia do kolejnych rozdziałów, które doskonale podkreślają charakterystyczny styl tej powieści. 

Nieszczęśliwy mężczyzna, rozczarowana kobieta. On liże rany, ona resztkami sił próbuje utrzymać się na powierzchni życia, bo ma wrażenie, że tonie. W tle Nowa Fundlandia i specyficzni, bo zahartowani surowym klimatem i nieokiełznaną przyrodą ludzie, którzy swoje przeżyli i doskonale wiedzą, że nic nie jest za darmo, za to wszystko po coś.

Moja ocena: 5/6

Autor: Annie Proulx
Tytuł: "Kroniki portowe"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 421
Rok wydania: 2018 
Wydawnictwo Poznańskie

MID YEAR BOOK FREAK OUT TAG, czyli podsumowanie czytelniczego półrocza

dosia1331

100_2576

Nawet nie wiem, kiedy minęło te pół roku, zresztą i tak z już tak zwanym hakiem, bo pragnę zauważyć, że mamy końcówkę lipca. Nieśmiało spoglądam na inne blogi i muszę przyznać, że liczba przeczytanych przeze mnie książek, w porównaniu do ubiegłego roku o tej porze, dramatycznie spadła, co mogę tłumaczyć tylko i wyłącznie brakiem czasu na lekturę i lenistwem po trosze, bo coraz częściej zdarzają mi się wieczory bez książki. Nie do pomyślenia! Dlatego zastanawiałam się, czy w ogóle publikować ten wpis na blogu, ale z drugiej strony trochę ułatwia mi to wybór chociażby tej najlepszej, bo nawet przez moment nie wahałam się nad wskazaniem książki Petry Hůlovej. A poza tym tag książkowy to zawsze miła odmiana i w gruncie rzeczy dobra zabawa, do której czuję się zaproszona przez Olę z Parapetu Literackiego i dziewczyny z Krótkiej Przerwy, więc zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Najlepsza książka przeczytana w pierwszym półroczu

Bezapelacyjnie "Macocha" Petry Hůlovej. Kawał porządnej literatury i jedyna w swoim rodzaju główna bohaterka, której monolog to mistrzostwo świata. Książka niewielkich rozmiarów, z różową okładką i treścią, która po prostu zwala z nóg. Warte odnotowania jest niemal każde zdanie. To głęboka, poruszająca i niezwykle prawdziwa opowieść o kobiecie, która mówi wprost o tym, o czym większość z nas woli milczeć albo do czego za nic w świecie nie chce się przyznać. Ktoś powinien pomyśleć o napisaniu scenariusza sztuki teatralnej na podstawie tej książki. Materiał wprost wymarzony!

Najlepsza kontynuacja serii

Nie czytam serii, zwykle kończę na pierwszym tomie, ewentualnie drugim i tracę zainteresowanie. Długo namawiano mnie na ponoć fenomenalną tetralogię Eleny Ferrante i z przykrością stwierdzam, że nie przypadła mi do gustu. Z trudem przebrnęłam przez do bólu przegadaną "Genialną przyjaciółkę". Nuda, brak przestrzeni interpretacyjnej, wszystko podane czytelnikowi na tacy. Klops! Zarzekałam się, że nigdy więcej Ferrante. Słowa nie dotrzymałam, bo sięgnęłam po książkę, która powstała przed słynnym cyklem, rzecz jasna w nadziei na coś znacznie lepszego. "Córka" okazała się bardzo dobrą powieścią, więc się z Eleną Ferrante przeprosiłyśmy. Ale nie na długo, bo jakiś miesiąc temu wzięłam do ręki drugi tom tetralogii i odłożyłam po zaledwie pięćdziesięciu stronach. Sorry, Elena, nic z tego nie będzie. 

Nowość, którą chciałbym przeczytać

Zdecydowanie "Ulgę" Julii Fiedorczuk. Tyle ochów i achów słyszałam i czytałam na jej temat, że grzech nie sprawdzić, więc sięgnięcie po książkę jest tylko i wyłącznie kwestią czasu. Zresztą stoi na półce i czeka na właściwy moment.

Największe rozczarowanie

"O pięknie" Zadie Smith. Drugie podejście, kolejnego nie będzie. Paplanina o niczym. Tylko "Białe zęby" naprawdę mi się podobały. W zeszłym roku czekałam na "Swing Time", przeczytałam bez większego entuzjazmu. Nie po drodze mi z Zadie Smith, nie iskrzy między nami, więc nie czekam na nową książkę.

Największe zaskoczenie

Bez dwóch zdań "Pod śniegiem" Petry Soukupovej. Kto nie czytał, niech czym prędzej nadrabia zaległości. Pożarłam w błyskawicznym tempie. Postaci, dialogi i w ogóle pomysł na tę historię są fenomenalne! Czeska literatura ma się świetnie, więc szkoda przegapić, zwłaszcza tak dobrze napisaną powieść. Polecam z czystym sumieniem, zwłaszcza tym, którzy lubią prozę gęstą od emocji.

Ulubiony nowy bohater

Brak albo problem ze wskazaniem tego naj, więc odpuszczam sobie tę część.

Mój książkowy crush

Nie podkochuję się w postaciach literackich, za stara jestem.

Książka, przy której płakałam

Trudno w tym przypadku mówić o książce, bo to baśń, ale po raz kolejny łzy popłynęły podczas lektury "Dziewczynki z zapałkami". Hansie Christianie Andersenie, jak pan mógł! 

Książka, która mnie uszczęśliwiła

"Ostatnia arystokratka" Evžena Bočka. Uśmiałam się z dość osobliwej arystokracji i ogromnie polubiłam główną bohaterkę, czyli Marię. Korci mnie, by poznać dalsze losy Kostków, ale mam tak dużo książek do przeczytania, że wciąż odkładam w czasie ewentualny powrót do zamku. Pożyjemy, zobaczymy... Ale książka świetna, na poprawę na stroju wręcz idealna. Ups, czyli jednak sięgnęłam po serię?! Na usprawiedliwienie dodam, że bez wiary w to, że zechcę poznać kontynuację, więc - póki co - traktuję tę książkę jako zakończoną historię.

Książka, na którą czekam

"Ucho Igielne" Wiesława Myśliwskiego! Ja nie czekam, ja przebieram nogami ze zniecierpliwienia i chętnie przeniosłabym się w czasie, by już mieć tę książkę w ręku. Jestem święcie przekonana, że to będzie literacka uczta.

100_2574

Jeżeli macie ochotę podzielić się ze mną Waszym posumowaniem czytelniczego półrocza, to z przyjemnością poznam tytuły książek, na które warto zwrócić uwagę oraz te, które lepiej omijać szerokim łukiem. A może jest jakaś książka, na którą czekacie? Piszcie, chętnie przeczytam w komentarzach.

Do miłego zaczytania!

Do uważnego czytania - "Uczciwa oszustka" Tove Jansson

dosia1331

100_2429

Moja siostra w każde wakacje czytała "Muminki", co było dość zabawne, bo ileż można? No, ale to kawał porządnej literatury, więc teraz zupełnie mnie to nie dziwi, a wręcz przeciwnie, jestem dumna, że siostrzyczka wiedziała, co dobre. Coś mi się wydaje, że i ja powoli nawiązuję do tej tradycji, bo kolejne wakacje spędzam w towarzystwie bohaterów Tove Jansson. W zeszłym roku czytałam "Lato" i byłam pod dużym wrażeniem tej historii, nawet szukałam odpowiedniego miejsca do zaprezentowania książki na blogu. I znalazłam, a mianowicie piękną, żółtą różę... na środku pola pszenicy. Niemożliwe? A jednak. Wprawdzie nie od razu wiedziałam, że to róża, ale zaintrygowana żółtą plamą na zielonym tle, nie omieszkałam sprawdzić. Potem brnęłam przez pole pszenicy raz jeszcze, rzecz jasna z książką, by uwiecznić ten niecodzienny widok, a przy okazji pokazać powieść. Skąd róża na środku pola? Cóż, moja genialna mama, w geście rozpaczy, że ta jakoś nieszczególnie przyjęła się w ogrodzie, cisnęła biedaczkę prosto w pszenicę. Róża uznała, że lepiej jej w innych okolicznościach przyrody i wyrosła na prawdziwą piękność. Postarałam się, by jednak wróciła na właściwe miejsce. Uprzejmie donoszę, że róża ma się świetnie i pięknie kwitnie. To tak tytułem wstępu, chociaż muszę przyznać, że dla "Uczciwej oszustki" też się poświęciłam i ukradłam rodzicielce hortensję. Wprawdzie odcień nieco inny, ale kto by się czepiał szczegółów. Poza tym za ten haniebny czyn zostałam ukarana przez pewną pszczołę. W świetle księżyca trudno byłoby mi zrobić zdjęcie, wiem, bo próbowałam, z marnym - jak widać - skutkiem. A tak chciałam nawiązać do okładki, nie udało się, trudno. W zeszłym roku róża, w tym hortensja, w przyszłym kwiat paproci?

100_2521

Kochasz "Muminki" i nie znasz innych książek Tove Jansson? Może pora to zmienić, zwłaszcza że pozostała twórczość słynnej Finki również zasługuje na uwagę. Jej urokliwe i pełne życiowej mądrości opowieści adresowane do dorosłych czytelników są znakomite i naprawdę świetnie się je czyta. To wciąż ta sama Tove Jansson, wspaniała pisarka i jedyna w swoim rodzaju obserwatorka. Przeczytałam "Uczciwą oszustkę" w jeden wieczór, co nie jest szczególnym wyczynem, zwłaszcza że duża czcionka, spore odstępy między wierszami, krótkie rozdziały i stosunkowo niewielka objętość, bo nieco ponad 200 stron, zdecydowanie wpłynęły na tempo czytania. Ale prawda jest również taka, że to kolejne bardzo udane spotkanie z Tove Jansson i książka, której lekturę trudno przerwać zanim nie dotrze się do ostatniego zdania. Nie ma sensu porównywać "Lata" i "Uczciwej oszustki", bo to dwie różne historie, ale na tyle fascynujące i raczej z rodzaju tych, które zyskują po lekturze.

Przykryta śniegiem mała miejscowość. Katri mieszka z młodszym bratem Matsem w mansardzie nad sklepikiem. Jest uważana za osobę niezwykle uczciwą i taką, na której po prostu można polegać. Mieszkańcy Västerby korzystają z jej doświadczenia i znajomości spraw finansowych. Ale Katri, choć cieszy się zaufaniem, stroni od ludzi i do minimum ogranicza kontakt. Jej jedynym przyjacielem jest bezimienny owczarek, a towarzyszem brat. Katri pragnie spełnić jego marzenie o łodzi. Misterny plan polegający na zdobyciu zaufania pewnej majętnej ilustratorki książek dla dzieci ma pomóc kobiecie zebrać odpowiednią kwotę. Katri robi wszystko, by uzależnić od siebie Annę i wpływać na jej decyzje. Nieposzlakowana opinia kobiety, a co za tym idzie uśpiona czujność ilustratorki pozwalają przebiegłej Katri wiele zyskać i powoli, krok po kroku, wprowadzić w życie plan, dzięki któremu być może spełni największe marzenie Matsa. Jednak pewnych okoliczności czasem nie można przewidzieć. Jak zakończy się ta historia i dość specyficzna relacja łącząca Katri i Annę? Czy Anna zdemaskuje współlokatorkę? A może kobiety czegoś się od siebie nauczą i znajdą nić porozumienia, choć tak bardzo się od siebie różnią?

Aura tajemniczości i charakterystyczny styl Tove Jansson czynią "Uczciwą oszustkę" interesującą lekturą. Pełna niedopowiedzeń i ukrytych znaczeń historia zbudowana została wokół trzech postaci i dość dziwnego psa. Kameralny zestaw, jeśli weźmie się pod uwagę mnogość bohaterów cyklu o Muminkach, ale wystarczający do stworzenia bardzo klimatycznej opowieści. Odrobinę niepokojąca "Uczciwa oszustka" spodoba się czytelnikom, którzy cenią prozę obfitą w symbole i którzy tropią w książkach elementy biografii autora, zwłaszcza że jest ich tutaj sporo.

"Uczciwa oszustka" nie jest łatwą lekturą, raczej z rodzaju tych do uważnego czytania, ale absolutnie wartą poświęconego jej czasu.

100_2438

Moja ocena: 5/6

Autor: Tove Jansson
Tytuł: "Uczciwa oszustka"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 240
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

10 książek na lato

dosia1331

100_2455

Lato z pewnością jest idealną porą roku na książkę, w ogóle świetnie nadaje się do nadrabiania czytelniczych zaległości. Wakacje, urlop, piękna pogoda, można czytać na świeżym powietrzu. Zresztą nie ruszam się z domu bez książki, zawsze mam w torbie albo w plecaku. Zabieram na plażę, nad rzekę, na łąkę, do ogrodu, na balkon. Pamiętam, jak w zaledwie kilka godzin przeczytałam "Kod Leonarda da Vinci" Dana Browna, na dodatek w pięknych okolicznościach przyrody, bo na górskiej, ukwieconej łące. Zza chmur delikatnie przebijało się słońce, żadnego skwaru, tylko błogie ciepło. Literatura najwyższych lotów to nie była, ale warta poświęconego na nią czasu, a poza tym chciałam sprawdzić, czym tak naraził się Dan Brown kościołowi katolickiemu, że dla niektórych samo wypowiedzenie nazwiska autora było bluźnierstwem. "Kod Leonarda da Vinci" okazał się ciekawą, bardzo dynamiczną, całkiem sprawnie napisaną historią. Ani w trakcie, ani tym bardziej po lekturze nie miałam ochoty spalić amerykańskiego pisarza na stosie, bo na szczęście wiem, czym jest fikcja literacka. Nawiasem mówiąc, chyba najwięcej książek czytam właśnie latem i wtedy też sięgam po książki, których lekturę z różnych powodów odkładałam na później. Sprawdzam, czym obecnie zachwycają się czytelnicy oraz krytycy albo wracam do książek, które po prostu lubię i cenię (znacznie bezpieczniejsze). Nie wybieram lekkich, łatwych i przyjemnych historii, szkoda mi czasu na marną literaturę. I w ogóle nie trafia do mnie twierdzenie, że od czasu do czasu warto sięgnąć po lżejszą literaturę. Tylko, po co? Nie dla mnie ckliwe, łzawe i banalne opowieści. Wybieram książki, które - mam nadzieję - coś po sobie zostawią, będą we mnie dojrzewać i do których być może zechcę kiedyś wrócić. 

100_2443

Dziesiątka książek, które z przyjemnością polecam na letnie zaczytanie:

1. "Kroniki portowe" Annie Proulx

2. "Miłość w czasach zarazy"  Gabriel García Márquez

3. "Lato" Tove Jansson

4. "Samarkanda" Amin Maalouf

5. "Wichrowe wzgórza" Emily Brontë

6. "Córka czarownic" Dorota Terakowska

7. "Cesarz" Ryszard Kapuściński

8. "Uczeń architekta" Elif Shafak

9. "Traktat o łuskaniu fasoli" Wiesław Myśliwski

10. "Niedziela, która zdarzyła się w środę" Mariusz Szczygieł.

Niektóre z wymienionych książek, o ile mnie pamięć nie myli, przeczytałam latem. Do wielu z nich wracam, jak chociażby do "Traktatu o łuskaniu fasoli" (literackie mistrzostwo świata), czy "Wichrowych wzgórz" (uwielbiam tę powieść). Polecana dziesiątka to książki różne tematycznie, ale wszystkie są po prostu znakomitą literaturą. Moją opinię na temat powieści Elif Shafak i Tove Jansson znacie, o pozostałych książkach na pewno opowiem na blogu. 

A tak na marginesie, nie zapomnijcie również o prasie, a zwłaszcza dwóch tytułach, które z pewnością zasługują na uwagę, czyli "Książkach. Magazynie do czytania" i "Piśmie" (coraz bardziej się do niego przekonuję). 

PS Książki, które widzicie na drugim zdjęciu znajdą się w moim wakacyjnym plecaku.

Do miłego zaczytania!

 

Kultowa bajka w wersji książkowej, czyli "Jacek i Agatka" Wandy Chotomskiej

dosia1331
100_2343
 
Mam ostatnio szczęście do absolutnie fantastycznych książek dla dzieci. Ale ta, o której chcę dziś opowiedzieć, jest szczególna, zwłaszcza dla naszych dziadków i rodziców. Otóż, "Jacek i Agatka" to pierwsza dobranocka, którą wyemitowała Telewizja Polska i którą do dziś wspomina się z sentymentem. Autorką serii przygód o rodzeństwie była Wanda Chotomska, a pacynki zaprojektował Adam Kilian. No właśnie, Jacek i Agatka to tak na dobrą sprawę dwie kuleczki wykonane z drewna bukowego, dziecięce buzie, które pokochały polskie dzieci. Zresztą perypetie sympatycznego rodzeństwa do dziś pozostają ulubioną dobranocką mojej mamy, która bardzo ciepło wspomina tę parę oraz towarzyszącą im panią Zosię. Nie ukrywam, że i ja jestem nimi zachwycona, bo naprawdę trudno oprzeć się opowieściom Wandy Chotomskiej oraz uroczym ilustracjom Adama Kiliana. Okazuje się, że zabawny tekst w połączeniu z prostą kreską ilustratora wystarczy, by zyskać kolejnych wielbicieli. Nie mam żadnych wątpliwości, że tak się właśnie stanie, bo naprawdę z przyjemnością przeczytałam tę książkę, ale pokusiłam się również o sprawdzenie w Internecie kilkuminutowych, czarno-białych dobranocek sprzed lat, które są po prostu cudowne. Należę do pokolenia, które szalało na punkcie "Smerfów" oraz "Muminków" i doskonale pamiętam, jak pustoszały place zabaw, gdy zbliżała się pora emisji tych dobranocek, więc tym bardziej nie dziwi mnie fakt popularności "Jacka i Agatki", które dla naszych dziadków i rodziców wciąż są wyjątkowymi postaciami. Jaki z tego wniosek? Bardzo prosty, każde pokolenie ma swoich ukochanych bohaterów, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by grono ulubieńców powiększyć.
 
100_2357

 

100_2359

Na kartach książki znajdziecie kilka opowiadań z Jackiem i Agatką w rolach głównych oraz postaci drugoplanowe, które towarzyszą rodzeństwu. Dowiecie się tego i owego o podróżach bocianów, fryzurach pewnych ptaków, uczeniu wymowy litery "r", czy bohaterach, których znacie z innych bajek. Bonusem są zamieszczone na końcu książki wspomnienia córki Wandy Chotomskiej o pomyśle poetki na tę serię oraz kilka słów od Adama Kiliana na temat jego wkładu w sukces dobranocki. Nie przegapcie również wstępu, który jest doskonałym wprowadzeniem do lektury. 

Znakomita lektura i pięknie wydana książka, przeczytajcie koniecznie. 

100_2345
 
Moja ocena: 6/6
 
Autor: Wanda Chotomska
Tytuł: "Jacek i Agatka"
Ilustracje: Adam Kilian
Oprawa: twarda
Ilość stron: 88
Rok wydania: 2018
Wilga

Debiutancka "Ziemia przeklęta" Phillipa Lewisa

dosia1331

100_22942

Z debiutami bywa różnie. Bardzo ostrożnie podchodzę zwłaszcza do tych, na okładkach których znajdują się nader pochlebne rekomendacje uznanych pisarzy, zwłaszcza że już nie raz gorzko się rozczarowałam. Czasem warto z przymrużeniem oka traktować okładkowe ochy i achy, a poza tym porządnie zastanowić się nad ewentualnym zakupem, by w razie czego nie ubolewać nad nierozsądnie wydanymi pieniędzmi. Zdarzają się debiuty, które zachwycają zarówno krytyków, jak i czytelników, które momentalnie wskakują na listy bestsellerów, bo są po prostu dobrą literaturą. Ale wśród początkujących pojawiają się autorzy, którzy najzwyczajniej w świecie nie mają nic do powiedzenia, których książki są nudne i wtórne, bo bazują na tematach, dzięki którym ktoś już kiedyś odniósł sukces. To samo dotyczy tytułów, często bliźniaczo podobnych, co zdaje się potwierdzać fakt, że swego czasu gwarantem powodzenia było użycie w tytule słowa: dziewczyna. Słabe to, po prostu. Jest jeszcze jedna kwestia, która w przypadku debiutów jest roztrząsana do granic możliwości, a mianowicie, co autor zaproponuje następnym razem, jeśli w ogóle coś jeszcze napisze. Najgorzej mają ci, których pierwsze książki osiągnęły spektakularny sukces, a następne spotkały się z umiarkowanym entuzjazmem. Autorzy, którzy w dorobku literackim mają jedną, ale za to znakomitą książkę i nigdy nie zdecydowali się oddać w ręce czytelników kolejnej budzą mój szacunek, bo wychodzę z założenia, że lepiej milczeć, niż proponować czytelnikowi coś poniżej swoich możliwości. Albo książkę, która nic nowego do literatury nie wnosi.

Wybaczcie te dywagacje, ale nie mogłam się powstrzymać, zwłaszcza że w moje ręce wpadła debiutancka powieść Phillipa Lewisa, która moim skromnym zdaniem może nieco namieszać na rynku wydawniczym, a już na pewno wzbudzić dyskusję. "Ziemia przeklęta" jest całkiem udaną i przede wszystkim dojrzałą prozą. W trakcie lektury przypominały mi się inne książki, których bohaterem i jednocześnie narratorem było dziecko. Naliczyłam kilka tytułów, które w mniejszym lub większym stopniu mogłabym porównać do "Ziemi przeklętej". Debiut amerykańskiego pisarza na ich tle wypada bardzo korzystnie, a zatem śmiało mogę stwierdzić, że jest jak najbardziej udany, a co najważniejsze jakoś nie zauważyłam nachalnej promocji, która często bardziej zniechęca niż zaprasza do sięgnięcia po książkę. Chyba że coś mi umknęło?

Henry jest synem niezwykle inteligentnego mężczyzny, pisarza, którego ogromnym pragnieniem jest stworzenie arcydzieła. Ojciec chłopca jest nie tylko człowiekiem błyskotliwym, ale też niebywale ambitnym i z pewnością nadwrażliwym. Henry podziwia go i jednocześnie nie rozumie, chce jego bliskości i nie potrafi się do niego zbliżyć. Godzinami przesiaduje w jego gabinecie, często udając, że czyta książkę, gdy tymczasem podgląda ojca podczas pracy. A ten momentami jest cieniem samego siebie, bo twórcza niemoc bywa zabójcza dla psychiki, zwłaszcza gdy inni oczekują od nas niemożliwego. Jest jeszcze dom, w którym mieszka rodzina chłopca, owiany tajemnicą, architektoniczny koszmar i niemy świadek tragicznych wydarzeń sprzed lat. Przyznaję, że ten wątek jest wręcz idealnie wpleciony w fabułę i nieco ożywia momenty przegadania, które tu i ówdzie autor popełnia. Wartością dodaną jest spora wiedza Lewisa na temat literatury, mam tutaj na myśli cytaty i liczne odniesienia do wybitych pisarzy. Zresztą można to potraktować jako swoistą grę, bo nie ukrywam, że przynajmniej kilka razy przerywałam lekturę, by zajrzeć do jakiejś książki i przypomnieć sobie fragment powieści, czy wiersza. 

Zastanawiam się, czy "Ziemia przeklęta" Phillipa Lewisa jest zapowiedzią interesującej kariery literackiej, czy pozostanie jedyną powieścią autora. Jakkolwiek potoczą się losy amerykańskiego pisarza, to z całą pewnością jego debiut zasługuje na uwagę. Nie jest to powieść wybitna, zdarzyły się Lewisowi potknięcia, niepotrzebne lub zbyt rozbudowane wątki, ale na pewno jest to książka warta przeczytania, a co najważniejsze, zapadająca w pamięć. 

"Ziemia przeklęta" to intrygująca, poruszająca i momentami przerażająca opowieść o rodzinie, miłości i marzeniach.  Ale to również historia o tym, jak bardzo obecna jest w naszym życiu literatura.

Moja ocena: 5/6

Autor: Phillip Lewis
Tytuł: "Ziemia przeklęta"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 488
Rok wydania: 2018 
Prószyński & S-ka

"Baśnie angielskie" Joseph Jacobs

dosia1331

100_2323

Wyjmuję tę książkę z paczki i pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to myśl, że ja znam tę okładkę, że na pewno kiedyś miałam tę książkę w rękach, bo jakoś dziwnie znajome są mi widniejące na niej kocury. W takich sytuacjach Internet bywa wybawieniem, bo po wpisaniu tytułu do wyszukiwarki wszystko stało się jasne, a po przeczytaniu pierwszej baśni to już chmury moich wątpliwości rozwiały się niemal natychmiast.

Uwielbiam baśnie, mam w moich zbiorach baśnie z różnych stron świata, w tym te najukochańsze, czyli "Baśnie" Hansa Christiana Andersena, "U złotego źródła. Baśnie polskie" (wybór Stefanii Wortman) oraz "Baśnie z 1001 nocy". Bardzo często do nich wracam i z przyjemnością polecam innym czytelnikom. "Baśni angielskich" na pewno nie miałam, o czym poinformowała mnie mama, bo okazuje się, że i ona doskonale pamięta czarne koty na okładce oraz fakt, że mi tę książkę kiedyś czytała. 

"Baśnie angielskie" ukazały się nakładem wydawnictwa "Dwie Siostry". Autorem tekstu jest Joseph Jacobs, zaś zachwycających ilustracji Bogdan Zieleniec. Nie ulega wątpliwości, że to kolejna perełka w mojej prywatnej biblioteczce i książka, dzięki której spędziłam kilka miłych wieczorów. Nie wszystkie baśnie przypadły mi do gustu, bo niektóre z nich wydały mi się dość dziwne i raczej takie, pozwolę sobie na określenie, niebaśniowe. 

100_2328

Jeżeli chcesz poznać jakiś kraj, jego historię oraz obyczaje, to jednym ze sposobów jest sięgnięcie po utwory ludowe. Joseph Jacobs, XIX wieczny pisarz, folklorysta i historyk, zebrał w jednym tomie te najpopularniejsze. Dowcipne i pełne ludowej mądrości utwory z morałem i zaskakującą puentą na pewno spodobają się nieco starszym dzieciom, zaś dorośli mają szansę na powrót do dzieciństwa i być może lekturę na zupełnie innym poziomie, z bonusem w postaci docenienia wielowymiarowości tych tekstów. Na kartach "Baśni angielskich" spotkacie rycerzy, księżniczki, prostych chłopów, głupie dziewczęta i równie głupich chłopców oraz postaci fantastyczne, jak wiedźmy, skrzaty, czy gadające zwierzęta. 

100_2324

Barwni bohaterowie, znakomite teksty i absolutnie urzekające ilustracje. Nie do przegapienia.

Moja ocena: 5/6

Autor: Joseph Jacobs
Ilustracje: Bogdan Zieleniec
Tytuł: "Baśnie angielskie"
Seria: Mistrzowie Ilustracji
Oprawa: twarda
Ilość stron: 312
Rok wydania: 2018
Dwie Siostry

 

 

 

Klasyka lektur szkolnych od Wilgi

dosia1331

100_2281

Mam ogromną przyjemność prezentować na blogu znakomicie przygotowaną serię książek, które należą do klasyki lektur szkolnych i po które chętnie sięgają kolejne pokolenia czytelników. Jakiś czas temu pojawiła się "Ania z Zielonego Wzgórza" Lucy Maud Montgomery, "Przygody Tomka Sawyera" Marka Twaina, "Doktor Dolittle i jego zwierzęta" Hugh Loftinga oraz "Mały Książę" Antoine'a de Saint-Exupery'ego. Nie ukrywam, że była to dla mnie sentymentalna podróż w czasie, zwłaszcza że wymienione książki zajmują szczególne miejsce w moim sercu i bardzo chętnie do nich wróciłam. Okazuje się, że moja radość z powrotu do dzieciństwa potrwa nieco dłużej, bo w przygotowanej przez Wilgę serii właśnie ukazały się trzy kolejne tytuły, czyli "Mała księżniczka" Frances Hodgson Burnett, "Piotruś Pan i Wendy" Jamesa Matthew Barrie'ego i "Przygody Alicji w Krainie Czarów" Lewisa Carrolla. Doskonale pamiętam, że jako dziecko nie potrafiłam przebrnąć przez ostatnią z nich. Męczyła mnie fabuła i dziwni bohaterowie, po prostu było za wcześnie na tę książkę. Zresztą ośmielam się twierdzić, że to nie do końca jest opowieść dla dzieci. Poza tym wówczas trochę przerażały mnie ilustracje Johna Tenniela, którymi dziś się zachwycam. Alicja według Beaty Zdęby jest znacznie, że pozwolę sobie na określenie, łagodniejsza w odbiorze. Miałam niebywałą frajdę porównywania mojego starego egzemplarza z nowym i chociaż stare wciąż uważam za wyjątkowe, to nowemu nie mam absolutnie nic do zarzucenia. Zupełnie inaczej ma się sprawa z "Małą księżniczką", która zachwyciła mnie tłumaczeniem oraz ilustracjami, a co za tym idzie przegrywa z moim starym wydaniem. Jeżeli chodzi o "Piotrusia Pana i Wendy", to obyło się bez porównań, ponieważ nie miałam tej książki w swoich zbiorach, co i tak jest nieistotne. Nowe wydanie jest po prostu cudowne, a treść tak samo urocza, jak wtedy, gdy byłam małą dziewczynką i chyba już zawsze z łezką w oku będę czytała pierwsze zdanie: "Wszystkie dzieci - oprócz jednego - dorastają". 

Wiem, że hasło "lektura szkolna" działa na niektóre dzieci, jak płachta na byka, co w przypadku doboru pewnych książek jest w pełni uzasadnione. Wydawnictwo Wilga oddaje w ręce czytelników klasykę literatury dla dzieci, książki, które pokochały miliony czytelników na całym świecie, lektury cieszące się niesłabnącą popularnością, wciąż bardzo chętnie czytane i co jakiś czas pojawiające się w nowej szacie graficznej. 

Jeżeli nie macie tych książek w swojej biblioteczce albo zastanawiacie się nad książkowym prezentem dla kogoś bliskiego, to seria Wilgi z pewnością spełni Wasze oczekiwania. Piękne, ponadczasowe opowieści, na dodatek bardzo starannie wydane.

Moja ocena: 6/6

100_2288

Autor: Lewis Carroll
Tytuł: "Przygody Alicji w Krainie Czarów"
Ilustracje: Beata Zdęba
Oprawa: twarda
Ilość stron: 139
Rok wydania: 2018
Wilga
 
Autor: James Matthew Barrie
Tytuł: "Piotruś Pan i Wendy"
Ilustracje: Dorota Wojciechowska
Oprawa: twarda
Ilość stron: 223
Rok wydania: 2018
Wilga
 
Autor: Frances Hodgson Burnett
Tytuł: "Mała księżniczka"
Ilustracje: Zuzanna Orlińska
Oprawa: twarda
Ilość stron: 285
Rok wydania: 2018
Wilga

Ocalić od zapomnienia - "Twarde światło" Michael Crummey

dosia1331

100_2260

"Chłopiec przygląda się rękom ojca. Na wierzchu dłoni rzeki bladoniebieskich żył, kostki niczym drobne, pobrużdżone wzgórza na równinie. Na końcu każdego palca wschodzi księżyc. Dale. Inne światy..." (Rdza, s. 15)

Przeczytałam tę książkę w błyskawicznym tempie, zresztą jest tak napisana i tak skonstruowana, że po prostu nie da się inaczej. Mniej więcej w połowie chciałam o niej napisać, bo miałam wrażenie, że jeśli tego nie zrobię, to być może coś mi umknie, o czymś zapomnę, coś przeoczę. Nie robiłam notatek, nie bazgrałam na marginesach, nie zaznaczyłam ani jednego fragmentu, bo musiałabym podkreślić w zasadzie każde słowo. Wpadałam w zachwyt na widok zdjęć z prywatnego archiwum autora, prostych, pięknych fotografii, bez udziwnień, retuszu. Taka jest też proza Michaela Crummey'a, surowa i piękna jednocześnie.

"Twarde światło" to "32 opowiastki", czyli miniatury literackie (połowa książki) oraz wiersze. Muszę przyznać, że Crummey, jako prozaik przekonuje mnie o wiele bardziej niż poeta, ale o tym później. "32 opowiastki" to kadry z życia mieszkańców Nowej Fundlandii, historie zainspirowane opowieściami ojca, które autor pragnął ocalić od zapomnienia. Przyroda kontra człowiek, zwykłe/niezwykłe życie rybaków, relacje międzyludzkie, radość wspólnych posiłków, przyjaźń, miłość, śmierć. Życie, po prostu. Próżno szukać w "Twardym świetle" zaskakujących zwrotów akcji, mrożących krew w żyłach historii, to nie ten rodzaj literatury. Michael Crummey pisze z niebywałą wrażliwością o ludziach z najbliższego otoczenia, rodzinie, sąsiadach, znajomych. Czytelnik ma poczucie stąpania po ich śladach, dotykania ich przedmiotów, uczestniczenia w ich codzienności. Zwraca uwagę poetyckość tej prozy, cudowne wykorzystanie wszelkich możliwych środków literackich, by pozostawić odbiorcę w niemym zachwycie, zauroczonego - pozwolę sobie na określenie - niezwyczajną zwyczajnością Nowej Fundlandii.  

Michael Crummey w roli poety? Mam mieszane uczucia, bo nie odebrałam tych utworów jako wiersze, a kolejne opowiadania i może właśnie tak powinno się je traktować. Owszem, budową przypominają wiersze, ale czy faktycznie nimi są? Uwielbiam poezję, ale nie znoszę o niej pisać, więc pozwólcie, że na tym poprzestanę.

"Twarde światło" to książka wyjątkowa, traktująca o świecie i ludziach, których już nie ma. Liryczna podróż do przeszłości zawarta w krótkich, skondensowanych tekstach, mistrzowsko zresztą napisanych i co tu dużo mówić, chwytających za serce. Warto.

Moja ocena: 5/6

Autor: Michael Crummey
Tytuł: "Twarde światło"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 206
Rok wydania: 2018
Wiatr od Morza

Wakacje!

dosia1331

Od czasu do czasu pojawia się na blogu wpis z minimalną ilością tekstu, który doskonale odzwierciedla mój stan umysłu. Co tu dużo mówić, ogarnęło mnie lenistwo. Nie czytam, a podczytuję. Nadrabiam filmowe i prasowe zaległości. Śledzę zaprzyjaźnionych blogerów, którzy codziennie na bookstagramach serwują nową porcję czytelniczych nowinek i książki, które aktualnie czytają. To bardzo niebezpieczne zajęcie, bo nie obejdzie się bez zapisania kolejnego ciekawego tytułu, ewentualnie najechania kursorem na: dodaj do koszyka. Stosy książek rosną i bezczelnie przypominają o tym, że przecież miałam to wszystko przeczytać. 

Tymczasem wpatruję się w bukiet słoneczników, piję ulubione wino i cieszę się, że są wakacje. Czas na książkę znajdę na pewno.

100_2201

100_2271

100_22641

Pozdrawiam i do miłego zaczytania!

O fizjologii i anatomii... "Jak to działa? Ciało człowieka" Nikoli Kucharskiej

dosia1331

100_2238

Nie ma nic szczególnego w tym, że dziecko na pewnym etapie rozwoju zaczyna interesować się swoim ciałem, dostrzega różnice pomiędzy płciami i zadaje pytania, a te nie zawsze są łatwe. Ciekawskie maluchy są urocze, a ich dociekliwość, jak najbardziej normalna. Ale bywają sytuacje, kiedy nawet rodzic nie potrafi odpowiedzieć na zadawane przez dziecko pytania i wtedy zdziwiony wyraz twarzy dorosłego jest dla niego sygnałem, że mama albo tata nie wie i co wtedy? Ano klops, bo nasze pociechy są święcie przekonane o tym, że wiemy wszystko. Wyprowadzanie malucha z błędu może być kłopotliwe, ale z drugiej strony, po co udawać? Zresztą i tak uczymy się przez całe życie, więc to żaden wstyd czegoś nie wiedzieć. A poza tym zawsze można sięgnąć po książkę i wspólnie z dzieckiem nauczyć się czegoś nowego.

Klara, bohaterka książki Nikoli Kucharskiej, to sympatyczna i rezolutna dziewczynka, której wielkim marzeniem jest zostać lekarzem albo pielęgniarką. Klara interesuje się ciałem człowieka, funkcjonowaniem narządów wewnętrznych i zmianami zachodzącymi w wyglądzie człowieka na różnym etapie jego rozwoju. Ale nurtują ją również pozornie błahe sprawy, jak burczenie w brzuchu, zawroty głowy po zejściu z karuzeli, czy podwyższona temperatura podczas choroby. Jeśli poważnie się nad tym zastanowić i wyjaśnić dlaczego tak się dzieje i co sprawia, że nasz organizm reaguje w ten, czy inny sposób, to odpowiedź wcale prosta nie jest. Dziewczynka zadaje mnóstwo pytań, na które cierpliwie i rzeczowo odpowiada dziadek. Ale spokojnie, to nie jest czysto encyklopedyczna wiedza, lecz okraszona humorem opowieść o człowieku napisana w bardzo przystępny i obrazowy sposób. Dużym atutem publikacji są znakomite i szczegółowe ilustracje, które wspaniale objaśniają najważniejsze kwestie dotyczące ludzkiego ciała. 

100_2244

100_2257

Dowcipna, przemyślana i niezwykle wartościowa książka dla dzieci.

Moja ocena: 6/6  

Tytuł: "Jak to działa? Ciało człowieka"
Ilustracje: Nikola Kucharska 
Oprawa: twarda
Ilość stron: 32
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

Refleksje po lekturze "Ex libris" Anne Fadiman

dosia1331

100_2153

Nie mam pojęcia, dlaczego lekturę tej książki odkładałam tak długo. Otwierałam i zamykałam kilka razy. Wertowałam ją, jak dziecko w poszukiwaniu ilustracji, których rzecz jasna nie ma. A przecież zbiór esejów Anne Fadiman, pod znaczącym tytułem "Ex libris", to pozycja obowiązkowa dla każdego szanującego się mola książkowego. Teksty Fadiman są błyskotliwe, zabawne i napisane z punktu widzenia czytelnika, który ma swoje ukochane książki, ulubionych autorów, rytuały związane z czytaniem i który niczym rasowy detektyw tropi w książkach błędy i oburza się, gdy znajdzie chociażby jedną literówkę. 

Biblioteka musi być

Marzeniem mola książkowego jest pokaźnych rozmiarów biblioteka i niechaj się regały uginają, bo dom bez książek to żaden dom. Nawiasem mówiąc, musiałabym się wreszcie zmobilizować i policzyć moje książki, a jest ich naprawdę sporo i wciąż przybywają nowe. Lektura esejów Fadiman trochę mnie uspokoiła, bo nie tylko ja, co jakiś czas przestawiam książki na regałach, układam je w zależności od autora, tematu albo wydawnictwa. Nie znoszę bałaganu w ksiegozbiorze i moje książki stoją równo, jak żołnierze na państwowych uroczystościach. Poza tym wszyscy doskonale wiedzą, że jeśli biorą książkę z półki, to potem muszą ją odłożyć na to samo miejsce. I żaden kamuflaż nie pomoże, bo i tak się zorientuję.

Pożyczać, czy nie pożyczać? Oto jest pytanie

Hmm... to zależy, jak bardzo jest się przywiązanym do swoich książek i szczerze mówiąc niektórych nie pożyczę za nic w świecie. Kiedyś byłam bardziej tolerancyjna i skłonna zapomnieć, że ktoś mi książki po prostu nie oddał. Pal licho, myślałam, niech ma, może książka pójdzie w świat i zachwyci jeszcze wiele osób. Teraz, jeśli pożyczam, to zapisuję komu i nie zawaham się upomnieć, bo wychodzę z założenia, że skoro ktoś pożycza, to powinien oddać. Koniec, kropka. 

Bazgrzę po książkach, a nawet, o z grozo!, zaginam rogi

Robienie notatek na marginesach, podkreślanie fragmentów, czy nagryzmolenie jakiegoś rysunku to u mnie norma. Na usprawiedliwienie dodam, że tylko i wyłącznie ołówkiem i na tyle delikatnie, żeby jednak książki nie zniszczyć. Nie bulwersują mnie notatki w książkach, bo czasem można wiele dowiedzieć się o osobie, która je sporządziła albo przypomnieć sobie czasy, kiedy było się dzieckiem. W moim starym egzemplarzu "Dzieci z Bullerbyn" Astrid Lindgren zapisałam: musimy zrobić sobie z R. takie telefony, jak nam mamy pozwolą. Fajne, nie sądzicie? Jeśli chodzi o rysunki w książkach, to nie ma się czym chwalić, bo mój brak zdolności plastycznych jest powalający i do końca mych dni będę ciepło wspominała panią z plastyki, która ostatkiem sił powstrzymywała się od parsknięcia śmiechem na widok moich arcydzieł. Jakim cudem miałam z tego przedmiotu piątkę?! W egzemplarzu "Robinsona Crusoe" uczyłam się rysowania statku, z wiadomych rzecz jasna powodów. Niech mi Daniel Defoe wybaczy! Zaginanie rogów, to już kompletnie inna sprawa i ze wstydem przyznaję, że zdarza mi się ten haniebny czyn popełnić, ale tylko i wyłącznie wtedy, gdy książka należy do mnie. Powód - lenistwo, bo nie chce mi się tyłka ruszyć po zakładkę. Więcej grzechów nie pamiętam.

E-book, audiobook, czy papierowa wersja książki?

Jestem staroświecka do bólu. Nie chcę e-booka, chcę książkę! Ma szeleścić, pachnieć, być miła w dotyku. Tak, tak, wiem, że zaraz ktoś stwierdzi, że książki są do czytania, a nie do oglądania, że nie trzeba dźwigać ciężarów i takie tam ple, ple, ple. Nic i nikt mnie nie przekona, nawet nie próbujcie, bo i ja zwolenników e-booka nie nawracam na tradycyjną, czyli papierową wersję książki. Jeśli chodzi o audiobook, to też odpada, bo nie potrafię się skupić podczas słuchania. Niech żyje papier! 

Litości, książka to nie bóstwo!

Pewnego dnia wrzuciłam do sieci zdjęcie książki, na której ośmieliłam się postawić filiżankę z rumiankiem, na dodatek w torebce, bo sznureczek z karteczką bezczelnie zwisał obok uszka. No i się zaczęło, czego to ja się wówczas nie dowiedziałam. "Gorąca herbata na książce? Tak nie wolno!", "A jak się wyleje, to co wtedy?", "Prawdziwy czytelnik nie stawia filiżanki na książce" i absolutny hit: "Pomijam fakt, że stawiasz filiżankę na książce, ale że pijesz herbatę ekspresową, to już porażka", "Też zwróciłam uwagę na ekspresówkę". Dodam tylko, że w dyskusję wdały się dwie panie, które na swoich zdjęciach miały książki w towarzystwie trawy, liści, gałęzi, piasku, czekoladek ułożonych na stronach itp. itd. Ja nie modlę się do książek, nie traktuję ich, jak bóstwo. Litości! To przedmiot, jak każdy inny. Owszem, trzeba szanować książki i dbać o to, by nie uległy zniszczeniu, ale tak powinniśmy postępować ze wszystkim, co nam służy. Jałową dyskusję dotyczącą mojego fatalnego gustu w kwestii wyboru herbaty ucięłam stwierdzeniem, że my tu przecież o książkach, a nie o herbatach. Ale wspomniane panie o "Klaśnięciu jednej dłoni" Richarda Flanagana nie miały nic do powiedzenia. Kurtyna!

Tropienie błędów

Rzeczą ludzką jest się mylić i popełniać błędy, ale faktem jest, że w książkach rażą po stokroć, bo chcemy wierzyć w to, że książka jest produktem doskonałym i nie powinno być w niej błędów interpunkcyjnych, fleksyjnych, czy ortograficznych. Ale bywają i dokładnie wiadomo, kto ponosi winę za taki stan rzeczy i że to powód do wstydu. Porządne wydawnictwa nie pozwalają sobie na tego rodzaju wpadki, ale nawet im zdarza się literówka w tekście. Ubolewam.

Dedykacje 

Uwielbiam dedykacje, ale pod warunkiem, że nie są to przypadkowe słowa, które można skierować do kogokolwiek. Dedykacja musi być przemyślana, może zawierać jakiś cytat, ale zdecydowanie preferuję te, które są zapisem płynącym prosto z serca. Poza tym ewentualna dedykacja nie ma prawa być na stronie, na której wymienione jest imię i nazwisko autora książki, o czym zresztą w "Ex librisie" Anne Fadiman wspomina.  

Nowe książki, czy używane?

A wszystko jedno, ważne, by była to po prostu dobra literatura. Kto kocha antykwariaty, ten wie, że buszowanie w takim miejscu to czysta przyjemność i na dodatek można znaleźć prawdziwe perełki. Ale nie ukrywam, że jestem zachłanna również na nowości, więc stare, nowe, przyjmę wszystkie książki, pod warunkiem, że nie jest to marna literatura. Tak na marginesie, eseje Anne Fadiman wyszperałam właśnie w antykwariacie, bo w księgarniach już nie do zdobycia. 

Czytanie dzieciom, absolutna magia!

To jest rytuał, który uwielbiam i uparcie twierdzę, że czytanie dziecku powinno być obowiązkowe. Moje dzieci nie wyobrażają sobie dnia bez lektury, ba, nie wyobrażają sobie domu bez książek, bo nie znają innej rzeczywistości. Na pamiątkę zostawiłam im ich ulubione kartonowe książeczki, obgryzione z każdej strony, które są dowodem na to, że smakowanie dobrej literatury zaczyna się czasem bardzo wcześnie. Jestem z siebie dumna. Z dzieci również.

Jeśli jakimś cudem dotrwaliście do końca moich czytelniczych zwierzeń, to jest mi niezmiernie miło, bo skłoniły mnie do nich eseje Anne Fadiman. Pod niektórymi wyznaniami autorki mogłabym się podpisać i nie ukrywam, że lektura "Ex libris" tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że jestem molem książkowym. Dobrze mi w książkach.

Autor: Anne Fadiman
Tytuł: "Ex libris. Wyznania czytelnika"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 175
Rok wydania: 2004
Świat Literacki

 

 

Co powiecie na gotycki romans? "Rebeka" Daphne du Maurier

dosia1331

100_2147

Nieśmiała, nieco naiwna młoda kobieta pracuje jako dama do towarzystwa pani van Hopper. W Monte Carlo poznaje bogatego wdowca, w którym zakochuje się bez pamięci. Mężczyzna imponuje jej siłą charakteru, życiowym doświadczeniem i obyciem. Krótka znajomość, szybki ślub, bajeczny miesiąc miodowy i u drzwi przepięknej posiadłości Manderley staje nowa pani de Winter. Maksymilian de Winter był już żonaty z piękną, czarującą i uwielbianą przez wszystkich Rebeką. Tymczasem jego druga żona w niczym nie przypomina swej poprzedniczki i nie potrafi odnaleźć się w nowej sytuacji. Jest przekonana, że nigdy nie dorówna Rebece i nie zobaczy zachwytu w oczach ukochanego. Nawet służba na każdym kroku daje jej do zrozumienia, że dla nich wciąż liczy się tylko i wyłącznie poprzednia pani de Winter, którą uważają za prawowitą panią domu. Tak mijają kolejne miesiące. Kobieta jest przytłoczona nie tylko ogromną i bogatą posiadłością, ale również towarzyskimi obowiązkami, do których należą kurtuazyjne wizyty u znajomych i przyjaciół męża. Poza tym nie może oprzeć się wrażeniu, że Rebeka w jakiś sposób nadal jest obecna w Manderley, zwłaszcza że nawet jej dawny pokój wygląda tak, jakby wciąż ktoś w nim mieszkał, a służba wykonuje swoje obowiązki w oparciu o wytyczne byłej pani de Winter. Kobieta dochodzi do wniosku, że mąż wcale jej nie kocha, że jest dla niego chwilowym kaprysem, a Rebeka już na zawsze pozostanie miłością jego życia. I gdyby nie pewien bal oraz niefortunny kostium, być może nowa pani de Winter nie poznałaby historii Rebeki i tajemnic, które kryją się za murami posiadłości, a które mogą przyprawić o ciarki i szybsze bicie serca. 

Znacie ten moment, gdy czytacie i jesteście przekonani, że na pewno mieliście już kiedyś tę książkę w rękach, a może nawet ją przeczytaliście, bo gdzieś w zakamarkach pamięci znajdują się słowa i obrazy. To wrażenie nie opuszczało mnie przez kilkanaście pierwszych stron, bo dość szybko elementy rozsypanej układanki wskoczyły na właściwe miejsca i byłam już pewna, że znam tę historię, ba, nawet wiem, jak ona się skończy, co w ogóle nie zniechęciło mnie do dalszego czytania. Poza tym miałam absolutnie cudowną scenerię w trakcie lektury, czyli ulewny deszcz, który tylko spotęgował panujący w powieści nastrój grozy. Daphne du Maurier po mistrzowsku buduje napięcie, a towarzyszący wydarzeniom dreszczyk emocji sprawia, że lektura jest tym przyjemniejsza. Przyznaję, że takie historie czyta się znakomicie, zwłaszcza gdy napisane są pięknym literackim językiem. Nie znoszę romansów, uciekam przed nimi, gdzie pieprz rośnie i naprawdę nikt nie namówi mnie na współczesną powieść tego rodzaju, gdzie banał goni banał, a styl pozostawia wiele do życzenia, że o grafomanii przez grzeczność nie wspomnę. Ojej, wspomniałam... Daphne du Maurier serwuje czytelnikowi rozrywkę na poziomie, książkę, która od początku do końca jest po prostu świetnie napisana, a pierwsze zdanie jest tak charakterystyczne, że w ogóle nie dziwi mnie fakt, że przeszło do historii literatury, jako jedno z najbardziej rozpoznawalnych. Oczywiście można zarzucić tej powieści, że jest nieco staroświecka, że dzisiaj już nikt tak nie pisze, zaś głównej bohaterce wytknąć niedojrzałość, która momentami jest irytująca. Ale obok infantylnej i przerażonej nowym życiem młodej pani de Winter jest jeszcze niejaka pani Danvers, postać, że się tak wyrażę, skrojona na miarę, idealnie pasująca do klimatu powieści. Zresztą pani Danvers odegra jedną z kluczowych ról i w której lepiej mieć przyjaciela niż wroga. Młoda kobieta kontra wieloletnia gospodyni, prawa ręka Rebeki, lojalna i wciąż oddana służąca. Zderzenie dwóch charakterów, dwóch różnych osobowości. No właśnie, kreacja bohaterów stanowi siłę powieści Daphne du Maurier. To nie są papierowe postaci, ale bohaterowie z krwi i kości, doskonale osadzeni w fabule. 

"Rebeka" jest najsłynniejszą powieścią angielskiej pisarki. Po raz pierwszy ukazała się w 1938 r., doczekała się również ekranizacji, której podjął się nie kto inny, jak sam Alfred Hitchcock. Nie ukrywam, że mam ogromną ochotę sprawdzić, jak ta historia prezentuje się na ekranie, co zresztą uczynię dzisiejszego wieczoru.

Moja ocena: 6/6

Autor: Daphne du Maurier
Tytuł: "Rebeka"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 448
Rok wydania: 2016
Albatros

Gratka dla miłośników nocnego nieba - "Ilustrowany przewodnik po nocnym niebie. Co widzimy w gwiazdach" Kelsey Oseid

dosia1331

 

100_21051

To jest książka, która z pewnością znajdzie się w moim wakacyjnym plecaku. Mamy z synem bardzo ambitny plan, wybieramy się do miejsca, skąd przez wielki teleskop będziemy podziwiać nocne niebo. Czeka nas długa wyprawa pod górę, ale dla chcącego nic trudnego, więc jakoś trafimy do obserwatorium, zwłaszcza że tę wycieczkę planowaliśmy już kilka razy. Poza tym po lekturze książki Kelsey Oseid mamy dodatkową motywację i chęć odszukania na nocnym niebie choć kilku konstelacji. Zrobiliśmy już wstępną analizę, co i kiedy można będzie zaobserwować, ale i tak zdajemy się na wiedzę i doświadczenie pracowników górskiego obserwatorium astronomicznego.

Wracając do "Ilustrowanego przewodnika po nocnym niebie. Co widzimy w gwiazdach" z przyjemnością stwierdzam, że książka trafiła pod właściwy adres, bo godzinami mogę wpatrywać się w gwiazdy i nigdy nie mam dość. Poza tym uparcie twierdzę, że najpiękniejsze niebo jest w górach, bo takiej ilości gwiazd i złudzenia, że są niemal na wyciągnięcie ręki nie doświadczyłam nigdzie. Podczas pełni księżyca źle sypiam, zwłaszcza u rodziców w górach, więc wtedy mam pole do popisu i obserwuję, co się nade mną dzieje i bardzo żałuję, że nie dysponuję profesjonalnym sprzętem fotograficznym, który uwieczniłby te cuda natury. Kelsey Oseid w przystępny dla laika sposób objaśnia to i owo na temat przestrzeni kosmicznej, gwiazdozbiorów, planet, planetoid, komet, meteorów, ale przede wszystkim autorka szalenie ciekawie opowiada o wielu zjawiskach i tłumaczy fachowe terminy. Sporo ciekawostek i faktów znajduje się na kartach tej przepięknie wydanej książki.

100_21031

100_21001

100_21011

Moja ocena: 6/6

Autor: Kelsey Oseid
Tytuł: "Ilustrowany przewodnik po nocnym niebie. Co widzimy w gwiazdach"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 160
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

Literacka uczta - "Opowiadania bizarne" Olgi Tokarczuk

dosia1331

100_2073

Czytam "Opowiadania bizarne" Olgi Tokarczuk już od kilku dni. Dawkuję sobie tę lekturę delektując się pięknym językiem. Jeden wieczór, jedno opowiadanie. Bez pośpiechu. Spokojnie. Dobra literatura jest wymagająca, bezrefleksyjne pożeranie stron nie ma racji bytu. Poza tym jakoś nie potrafię płynnie przechodzić od jednego do drugiego opowiadania, zwłaszcza że prawie każde z nich kończy się w dziwny, zaskakujący dla czytelnika sposób. Nic tu nie jest pewne, niczego nie można przewidzieć, za to na pewno można poczuć niesamowitą atmosferę. Niezwykłość tej prozy zamyka się w znaczeniu samego tytułu, a więc bizarności. Co zatem kryje się pod tym enigmatycznym pojęciem? Ano francuskie słowo "bizarre", czyli dziwny, śmieszny, niezwykły.

"Opowiadania bizarne" to zbiór dziesięciu krótkich utworów, zaskakujących, czasem niepokojących opowieści, które wwiercają się w głowę czytelnika i po prostu nie dają o sobie zapomnieć. Bardzo trudno byłoby mi wskazać, które z nich zrobiło na mnie największe wrażenie, bo już pierwsze dosłownie zwala z nóg. "Pasażer", "Zielone Dzieci", "Przetwory", oj bardzo chciałam, by ta literacka uczta trwała nieco dłużej, ale mój czytelniczy apetyt został zaspokojony.

Realizm magiczny, poszukiwanie dziwności w sytuacjach prozaicznych to znak rozpoznawczy twórczości Olgi Tokarczuk i nie inaczej jest w "Opowiadaniach bizarnych", które urzekają tym, do czego autorka zdążyła już przyzwyczaić czytelników. Niektóre z tych utworów przypominają sny, absurdalne, dziwne historie, absolutnie nie do przeżycia na jawie, jak chociażby wspomniane już przeze mnie "Zielone Dzieci". Lekturze najnowszych w dorobku literackim opowiadań Olgi Tokarczuk towarzyszą różne emocje i nie ukrywam, że ta proza nie daje łatwych odpowiedzi na pytania, które muszą i z pewnością pojawią się w trakcie czytania.

"Opowiadania bizarne" Olgi Tokarczuk to popis literackiego kunsztu i kolejna znakomita książka w jej dorobku literackim.

Moja ocena: 6/6

Autor: Olga Tokarczuk
Tytuł: "Opowiadania bizarne"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 251
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo Literackie

 

Książki naszego dzieciństwa, książkami naszych dzieci - "Poczytaj mi, mamo"

dosia1331

100_2095

Nie mam pojęcia, kto się bardziej ucieszył z tych książek, ja czy Zosia? Całe szczęście, że mamy dwa tomy, bo kiedy ja zachwycałam się "Księgą czwartą", Zosia wertowała "Księgę piątą". Potem nastąpiła wymiana i zgodnie stwierdziłyśmy, że książki są cudowne. Moja mała recenzentka zna się na rzeczy i wie, co dobre, bo zazwyczaj podziela zdanie mamy. A jeśli jeszcze któraś z bohaterek nosi jej imię, to już pełnia szczęścia i czytamy na okrągło.

Zwróćcie uwagę na tę bardzo charakterystyczną szatę graficzną. "Nasza Księgarnia" postarała się, by uwielbiane od lat historie ukazały się w niezmienionej formie, a kolejne pokolenia małych czytelników mogły poznać nie tylko wybitych twórców literatury dla dzieci, ale też znakomitych ilustratorów.

W "Księdze czwartej" znajdziecie:  "Stefka Burczymuchę", "Piernikowego rycerza", "Niezwykłe zdarzenie", "O Ali, Wojtku, kocie i rysowaniu na płocie", "Błękitną tajemnicę", "Pierwszy spacer", "Pomysł", "Chorego kotka", "Nie zjem cię, jak opowiesz" i "Parasol". Natomiast w "Księdze piątej" zebrano następujące poczytajki: "Pan Maluśkiewicz i wieloryb", "Kredki",  "Wielka przygoda małej Zosi", "Bijacz", "Mokry łakomczuch", "Malowany ul", "Dom", "Księżycowy koncert", "Babcia na hulajnodze", "Ślimak". Wszystkim tekstom towarzyszą urocze ilustracje, od których nie można oderwać oczu, zresztą zajrzyjcie do którejkolwiek serii tej antologii i z pewnością przyznacie mi rację. 

Jeżeli chodzi o tematykę tekstów, to jest ona zróżnicowana i obok typowo zabawnych historyjek, jak chociażby "Stefek Burczymucha" Marii Konopnickiej, w książeczkach znajdziecie również opowieści skłaniające do refleksji, które mogą być dla dziecka znakomitą lekcją, mam na myśli "Kredki" Małgorzaty Musierowicz. 

Seria "Poczytaj mi, mamo" jest dowodem na to, że książki naszego dzieciństwa mogą być również książkami naszych dzieci. 

Moja ocena: 6/6

100_2092

100_2090

Tytuł: "Poczytaj, mi mamo" - Księga czwarta
Oprawa: twarda
Ilość stron: 288
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"
 
Tytuł: "Poczytaj, mi mamo" - Księga piąta
Oprawa: twarda
Ilość stron: 280
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

 

[PREMIEROWO] "Mama" Sylwii Kubryńskiej

dosia1331

100_2174

Już za chwilę w księgarniach i marketach pojawią się propozycje książek na Dzień Matki, a wśród nich poradniki, książki kucharskie i lektury zaliczane do tzw. literatury kobiecej (nienawidzę tego określenia!), marne obyczajówki ku pokrzepieniu serc styranych życiem rodzicielek. Niedobrze robi mi się na widok tych wszystkich czytadeł i poradników wszechwiedzących celebrytek. Ogarnia mnie rozpacz ilekroć spoglądam na okładki i idiotyczne tytuły. Dlaczego na tych okazjonalnych półkach nie ma też ambitnej literatury? Dlaczego?! Ano dlatego, że komuś się wydaje, że kobiety kochają tandetę, że sięgają tylko i wyłącznie po lekkie historyjki, łzawe romanse, a ich największym marzeniem jest zgłębić tajniki kuchni z różnych stron świata. Zatem na przekór temu, co już za chwilę pojawi się na tych pastelowych kramach i na widok czego niejednej z nas opadną ręce, proponuję lekturę najnowszej książki Sylwii Kubryńskiej.

Kto czytał choć jeden felieton wspomnianej autorki, ten wie, że nie przebiera w słowach, że nazywa rzeczy po imieniu, nie owija w bawełnę i wali prawdę, nawet tę najbardziej bolesną, prosto z mostu, często siarczyście przy tym klnąc. Drogie panie, co czujecie widząc roześmiane matki z dziećmi w czasopismach i reklamach głoszące, że macierzyństwo to sam miód? Co myślicie sobie na temat znanych kobiet, którym się wydaje, że zjadły wszystkie rozumy i w związku z tym roszczą sobie prawo do pouczania na temat wychowywania dziecka, gdy tymczasem same spodziewają się dopiero pierwszego? Czy macie ochotę walić głową w mur, gdy jakiś czas później w mediach społecznościowych chwalą się fotografiami z porodówki, wspominając przy okazji życzliwy i troskliwy personel? Czy was jasny szlag nie trafia, że one takie piękne, wypielęgnowane i wypoczęte, a przy tym bajecznie bogate, więc szczęśliwie omija je szereg zupełnie przyziemnych problemów? No, można się załamać, bo z zazdrością nie ma to wiele wspólnego, za to z brakiem sprawiedliwości na pewno. A co z niechcianą ciążą, obawami na temat przyszłości, brakiem perspektyw i możliwości rozwoju kariery, bo nie wszystkie wpadamy w euforię na widok pozytywnego wyniku testu i nie wszystkie jesteśmy w stanie zaakceptować tę olbrzymią zmianę w naszym życiu? A najgorsze jest to, że często pozostajemy same sobie, bo nie możemy liczyć na partnera, który, póki co, bycia ojcem nie planował albo rodzinę, którą rozczarowaliśmy swoją niedojrzałością. I o tym właśnie pisze Sylwia Kubryńska w "Mamie", książce, która odmitologizowuje macierzyństwo i której bohaterka mogłaby w geście solidarności przytulić niejedną z nas. "Mama" burzy obraz macierzyństwa idealnego, przedstawia udręczoną i zmęczoną rodzicielkę, która nie ma czasu na prysznic, ani w miarę spokojny posiłek. Opowieść Kubryńskiej boli i to dosłownie, zwłaszcza w pierwszych rozdziałach, kiedy jej bohaterka na wieść o ciąży pragnie śmierci, swojej, dziecka, wszystko jedno, byleby tylko jakoś rozwiązać problem, bo świat się wali i znikąd pomocy. A koszmar dopiero się rozegra, na porodówce, w asyście bezdusznego personelu szpitala i przy akompaniamencie innych wyjących z bólu kobiet. Potem też nie będzie gładko, ale natura wiedziała, co robi, bo wyposażyła nas w ogromną siłę, a pojawienie się na świecie dziecka to także moment uruchomienia się instynktu macierzyńskiego i nagłej, bezwarunkowej miłości. Szkoda tylko, że czasem niektóre z nas muszą tak wiele przejść...

Wstrząsająca to lektura, ale niezwykle prawdziwa, łamiąca tabu i mówiąca wprost o tym, o czym większość z nas woli milczeć. Karmienie opinii publicznej cukierkowym obrazem macierzyństwa, a już nade wszystko traktowanie kobiet, jak inkubatory jest po prostu nieludzkie. Sylwia Kubryńska w swojej powieści oddała głos kobiecie z krwi i kości, samotnej matce, która musi odnaleźć się w nowej sytuacji i która często jest zdana tylko na siebie. Pozwoliła przemówić dziewczynie przeżywającej dramat niechcianej ciąży, łkającej w samotności dwudziestolatce, która wie, że już nic nie będzie takie, jak dawniej i której nowy rozdział życia rozpocznie się wraz z pierwszym krzykiem jej dziecka.

Bardzo dobra książka. Podarujcie sobie, mamie albo przyjaciółce, bez względu na wpisane w kalendarz święto. Dzień Matki jest codziennie.

Moja ocena: 5/6

Autor: Sylwia Kubryńska
Tytuł: "Mama"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 336
Rok wydania: 2018
Prószyński i S-ka

 

[PRZEDPREMIEROWO] Zaginiona, Becky Shaw - "Zbiornik 13" Jon McGregor

dosia1331

100_2063

Czytam i myślę sobie: kolejna książka o zaginionej nastolatce. Ale już dwa rozdziały dalej wiem, że to lektura wyjątkowa pod każdym względem. "Zbiornik 13" Jona McGregora to kawał bardzo dobrej prozy, sugestywny i niezwykle wiarygodny obraz społeczności, do sportretowania której posłużyło zaginięcie Becky Shaw. 

Dziewczynka znika w dość nietypowych okolicznościach, bo podczas rodzinnego spaceru. Nie wiadomo, co się tak naprawdę stało. Została porwana? Uciekła? Brak śladów, namacalnych dowodów, jedynie domysły, analizy i pytania, które mnożą się  w nieskończoność. Spokojna dotąd okolica zaczyna przypominać kadry z filmów, w których ludzie angażują się w rozwiązanie zagadki. Rozważane są różne scenariusze, ale trudny teren, jaskinie i zbiorniki wodne, sugerują tragiczny finał poszukiwań. Mijają miesiące, potem lata, a sprawa zaginięcia Becky Shaw pozostaje nierozwiązana. Dawno opadły emocje, nastolatka stała się kolejną liczbą w statystyce, o której tylko od czasu do czasu ktoś wspomina. Życie toczy się dalej, ktoś się rodzi, ktoś umiera. Nawiązują się przyjaźnie, rozpadają małżeństwa. Zaginiona dziewczynka jest gdzieś w tle albo na marginesie wydarzeń ukazanych przez Jona McGregora. 

W czym zatem tkwi siła książki brytyjskiego pisarza? W prostocie, nienachalnej, niespiesznej narracji, autentyczności, bo nawet najbardziej doniosłe chwile, najbardziej spektakularne wydarzenia z czasem tracą moc. Życie wskakuje na normalne tory, o pewnych sprawach po prostu zapominamy, stają się nieistotne, zwłaszcza gdy bezpośrednio nas nie dotyczą. McGregorowi udało się w sposób fenomenalny ukazać oswajanie się z tragedią i konieczność dalszego funkcjonowania. Intrygujące są wplecione w fabułę opisy przyrody, zmieniające się pory roku, a wszystko to dla podkreślenia przemijalności, ulotności, która dotyczy wszystkich. Jon McGregor doskonale stopniuje napięcie i gdy już myślisz, że jesteś o krok od prawdy, wtedy następuje coś, co przeczy wszystkiemu i znów jesteś w punkcie wyjścia, gdzieś na wrzosowiskach, w szponach hulającego wiatru, który być może zaciera ślady i wspomnienia.

"Zbiornik 13" Jona McGregora budzi niepokój i zaprząta myśli. Zachwyca zwłaszcza pomysł autora na książkę, która wymyka się schematom i która wyróżnia się na tle podobnych tematycznie publikacji. To zupełnie nowa jakość, świeże spojrzenie na literaturę i nade wszystko znakomicie napisana i skomponowana opowieść. Przemyślana i dopracowana w najdrobniejszym szczególe, zaskakująca i niejednoznaczna, po prostu świetna. A jeśli jeszcze nie czujecie się przekonani, to uprzejmie donoszę, że autor za tę właśnie książkę był nominowany do The Man Booker Prize 2017.

Trzynaście rozdziałów, trzynaście zbiorników wodnych i trzynaście lat. Gdzie jesteś Becky? 

Premiera: 21 maja 2018 r.

Moja ocena: 6/6

Autor: Jon McGregor
Tytuł" "Zbiornik 13"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 296
Rok wydania: 2018
Czytelnik

[PREMIEROWO] "Spadek" Vigdis Hjorth

dosia1331
100_2055
 
Powieść Vigdis Hjorth to jedna z tych książek, o których trudno zapomnieć po odłożeniu lektury. Nie ukrywam, że na początku miałam chwilę zwątpienia, zwłaszcza że fabuła jest nieco chaotyczna i w gruncie rzeczy zbudowana wokół tytułowego spadku w postaci dwóch domków letniskowych. Można odnieść wrażenie, że Vigdis Hjorth wałkuje ten temat niemiłosiernie i, najprościej rzecz ujmując, powtarza się. Ale dość szybko zaczynamy rozumieć, że to zamierzony efekt, że tytułowy spadek jest słowem-kluczem do właściwego odczytania tej historii. 
 
Bergljot od lat nie utrzymuje kontaktu ze swoją rodziną, zwłaszcza z matką i ojcem, do których ma żal z powodu pewnych wydarzeń z dzieciństwa. Kobieta nie ukrywa niechęci do najbliższych i robi wszystko, by uniknąć ewentualnego spotkania. To, co wydarzyło się przed laty miało ogromny wpływ nie tylko na relacje z rodziną, ale przede wszystkim na psychikę Bergljot. Kobieta walczy z panicznym lękiem przed ojcem, który w przeszłości wyrządził jej dużą krzywdę. Brak zrozumienia ze strony rodziny i bagatelizowanie problemu są dla Bergljot frustrujące, ale jednocześnie utwierdzają ją w przekonaniu, że odsuwając się od najbliższych podjęła słuszną decyzję. Wszystko zmienia się, gdy brat Bergljot informuje ją o niesłusznym jego zdaniem podziale majątku rodziców. Namawia siostrę, by stanęła po jego stronie i opowiedziała się za sprawiedliwymi zapisami w testamencie. Tak rozpoczyna się batalia o spadek, ale też powrót do traumatycznej przeszłości i walka o prawdę.
 
Książka Vigdis Hjorth wywołała w Norwegii spore zamieszanie, bo podejrzewano, że historia przedstawiona w powieści zawiera wątki biograficzne. Niektóre fragmenty są tak sugestywne, że i ja zaczęłam się nad tym zastanawiać. Uderzająca jest zwłaszcza drobiazgowość narracji, można odnieść wrażenie, że autorka stara się wszystko skrupulatnie wyjaśnić i przeanalizować, stąd liczne powtórzenia. Lekturze towarzyszą skrajne emocje, od zachwytu po irytację, ale to celowy zabieg, autorka z premedytacją mąci czytelnikowi w głowie, co zresztą uważam za duży atut tej powieści. Ale tytułowy spadek to nie tylko dobra materialne, to również odziedziczone lęki i cały bagaż życiowych doświadczeń. 
 
Bardzo dobra powieść.
 
Moja ocena: 5.5/6
 
Tytuł: "Spadek"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 356
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo Literackie 

"Nowe ucieszki Cieszka" Zdeněk Svěrák

dosia1331

100_1999

Jakiś czas temu w radiowej "Trójce", w audycji "Przodownicy lektury", gościem była Katarzyna Domańska z Wydawnictwa Dwie Siostry. Audycja poświęcona była targom książki dziecięcej Bologna Children's Book, a właściwie prestiżowemu wyróżnieniu, Najlepszy Europejski Wydawca Dziecięcy Roku, którego laureatem zostało właśnie Wydawnictwo Dwie Siostry. To wielki sukces, zwłaszcza że wspomniane targi gromadzą wydawców z całego świata, więc konkurencja jest ogromna.

Jeżeli jesteście szczęśliwymi posiadaczami książek, które wyszły spod skrzydeł Dwóch Sióstr, to doskonale wiecie z jak wartościową i pięknie wydaną literaturą dla dzieci macie do czynienia. A jeśli jakimś cudem nie znacie tego wydawnictwa, to zajrzyjcie do którejkolwiek z jego książek, a gwarantuję, że nie zdołacie oprzeć się Dwóm Siostrom. Wielokrotnie miałam przyjemność prezentować ich publikacje na moim blogu i nie ukrywam, że śledzę stronę internetową w poszukiwaniu kolejnych znakomitych lektur. Dwie Siostry cenię za mądre, ciekawe i cudownie ilustrowane książki dla dzieci. Za niebanalne historie dla najmłodszych czytelników, które bawią i uczą i do których zawsze chętnie się wraca.

Moim ostatnim odkryciem jest absolutnie rewelacyjny chłopiec o wdzięcznym imieniu Cieszko, który mieszka w domku z żółtymi okiennicami i którego perypetie są kwintesencją czeskiego humoru. Rodzice Cieszka mają niewielkie gospodarstwo, więc sympatyczny i wesoły chłopiec może nie tylko podglądać pracę mamy i taty, ale też pomagać, a przy okazji wiele dowiedzieć się o świecie roślin. "Jak wywieźć w pole motyle", "Olbrzymia kalarepa", czy "O wariackim wietrze" to tylko niektóre ze znakomitych opowiadań zamieszonych w książce. Przyznaję, że uśmiech nie schodził mi z twarzy podczas czytania. Uwielbiam czeski humor, dlatego "Ucieszki Cieszka" i "Nowe ucieszki Cieszka" dołączają do grona moich ulubionych książek i nie mogę się doczekać, kiedy moja córka sięgnie po opowiadania Zdenka Svěráka. 

100_2043

100_2046

100_2044

Oba tomy przygód Cieszka są znakomite, więc nie przegapcie ich na księgarnianych półkach. Zwróćcie również uwagę na ilustracje, są fenomenalne.

Moja ocena: 6/6

Autor:  Zdeněk Svěrák
Ilustracje: Ewa Stiasny
Tytuł: "Nowe ucieszki Cieszka"
Ilość stron: 139
Rok wydania: 2018
Dwie Siostry 

 

 

 

 

 

© MATKA POLKA CZYTAJĄCA
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci