Menu

MATKA POLKA CZYTAJĄCA

BLOG O KSIĄŻKACH

Czytajcie Martę Kisiel!

dosia1331

100_4013

Będzie krótko, zwięźle i na temat? A figa z makiem! Jakoś muszę mój zachwyt wyrazić, uzasadnić i przekonać czytelników, którzy na dłużej nieokreśloną przyszłość odkładają książki Marty Kisiel, bo sama jeszcze do niedawna należałam do tych niezdecydowanych. Skutecznie odstraszało mnie jedno słowo, a mianowicie fantastyka. Mądrzejsza o trzy przeczytane książki Marty Kisiel, uprzejmie donoszę, że zostałam pokonana, a co za tym idzie, przeprosiłam się z fantastyką. Niechaj mi usmarkane aniołki w bamboszkach latają po chałupie, potwory z mackami gotują obiady, a poeci z zaświatów recytują wiersze. Chętnie przygarnę sąsiada o paranormalnych zdolnościach, może być czarownicą. Albo ducha. Tak, ducha Mickiewicza, Iwaszkiewicza i Herberta poproszę. Wypłyniemy sobie "na suchego przestwór oceanu" albo zaplączemy w tataraku, ewentualnie pogawędzimy o Panu Cogito, bo mam kilka pytań. Poza tym z przyjemnością zamieszkam w domu wątpliwej urody, byleby tylko z gotycką wieżyczką i koniecznie w pobliżu jakiegoś bajora z lokatorami w postaci różnej maści stworów. Może być do remontu, nawet gruntownego. 

Po lekturze "Małego Licha i tajemnicy Niebożątka" naturalną koleją rzeczy było sięgnięcie po książki adresowane do dorosłego czytelnika i z przyjemnością informuję, że naprawdę dawno nie miałam tak bezczelnej frajdy z czytania. Uśmiałam się niemiłosiernie, bo nieodłącznym elementem twórczości Marty Kisiel jest humor. Nawiasem mówiąc, w sieci krążą cytaty z jej książek, więc zachęcam do zapoznania się z nimi. Niektóre pożyczyłam i w zależności od sytuacji wykorzystuję. Chichot podczas czytania barwnych dialogów rodzeństwa, czyli Salomei Przygody i Niedasia w "Nomen Omen" jest jak najbardziej zrozumiały. Inaczej się nie da. Ale to, co wyprawia się w "Dożywociu" to już absolutne mistrzostwo świata. Dwukrotny samobójca Szczęsny, dożywotnik, poeta i pajac w jednym, do szewskiej pasji doprowadza właściciela Lichotki, niejakiego Konrada. Wspomniany dziedzic początkowo jest dość sceptycznie nastawiony do mieszkańców, zwłaszcza że również ich otrzymał w spadku. Licho, Krakers i nade wszystko Szczęsny działają Konradowi na nerwy. Mieszkanie pod jednym dachem bywa trudne, nawet bardzo, ale jakoś trzeba dojść do porozumienia, choćby z kimś nie z tego świata. Wróćmy jeszcze na chwilę do "Nomen Omen" oraz Salomei Przygody (nazwisko adekwatne do treści książki). Otóż wspomniana niewiasta i jej "rozbuchany erotyzm" wylądują w Odrze za sprawą morderczych zapędów brata. Wprawdzie żarłoczny braciszek zostanie uniewinniony, a w stan oskarżenia postawiony dziadek, do którego Niedaś ma nieszczęście być łudząco podobny. I może nie do końca byłoby to wszystko takie dziwne, gdyby nie fakt, że dziadziuś od dawna nie żyje, tak mniej więcej od czasów, gdy na Wrocław mówiono Breslau. Są jeszcze siostry Bolesne, trio, którego nie powstydziłaby się sama J. K. Rowling.

Zielonego pojęcia nie mam, czy cokolwiek rozumiecie z mojego chaotycznego zachwytu nad książkami Marty Kisiel, ale na usprawiedliwienie dodam, że z całych sił starałam się zbyt wiele nie zdradzić i tym samym nie odebrać komuś przyjemności z czytania. A naprawdę warto i niech nikogo nie przeraża fantastyka, jeśli takowej nie lubi, bo w twórczości Marty Kisiel znajdziecie połączenie różnych gatunków literackich. Autorka ma lekkie pióro i talent do tworzenia niebanalnych historii. Niezaprzeczalnym atutem jej książek jest oczywiście humor, ale nic nie wydarzyłoby się, gdyby nie pomysł i cudowne postaci. Zapomniałabym o ilustracjach, są znakomite i wraz z treścią książek tworzą spójną całość. I te okładki, och, ach! Przede mną "Siła niższa", "Toń", "Pierwsze słowo" oraz "Szaławiła. Deseru spodziewam się w okolicach marca, wtedy w księgarniach pojawi się nowa książka, "Oczy uroczne". Będę wypatrywać. "Apsik, alleluja!"

 

Słowa na niedzielę...

dosia1331

100_4004

Była zima. Stałam na peronie i czekałam na pociąg, gdy usłyszałam, że z powodu warunków atmosferycznych jest godzinne opóźnienie. Zmęczona, głodna i zmarznięta, bo trochę już na tym peronie stałam, zdecydowałam się zajrzeć do mieszczącej się na dworcu księgarni. Lubiłam ją i to bardzo. W czasie studiów często do niej zachodziłam. To właśnie tam trafiłam na niepozorną, cienką książeczkę o ciekawym tytule i przykuwającej uwagę okładce. Carols María Domínguez? Nazwisko autora nic mi nie mówiło, ale książka wydała mi się na tyle interesująca, że powędrowała ze mną do domu.

"Dom z papieru" okazał się jedną z tych książek, które zostają z czytelnikiem na zawsze, do których się wraca i którymi chciałoby się obdarować innych miłośników literatury. Tak, ta niezwykła baśniowa opowieść jest właśnie dla nas, dla zakochanych w słowie pisanym moli książkowych. 

"Książki zmieniają los ludzi. Niektórzy przeczytali Tygrysa Malajów i zostali profesorami literatury na odległych uniwersytetach. Siddhartha przywiódł do buddyzmu dziesiątki tysięcy młodych ludzi, Hemingway przekształcił ich w sportowców, Dumas pogmatwał życie niezliczonym kobietom, a niejedną z nich uratowały od samobójstwa książki kucharskie."

Carols María Domínguez, Dom z papieru, str. 9, Świat Książki, Warszawa 2007 r. 

Czytelnicze podsumowanie 2018 roku

dosia1331

100_3998

TOP 10

1. "Macocha" Petra Hůlová - klik

2. "Rzeczy, których nie wyrzuciłem" Marcin Wicha - klik

3. "Nie ma" Mariusz Szczygieł - klik

4. "Krótka wymiana ognia" Zyta Rudzka - klik

5. "Ex libris" Anne Fadiman - klik

6. "Jezioro" Bianca Bellová- klik

7. "Żar" Sándor Márai - klik

8. "Ucho Igielne" Wiesław Myśliwski - klik

9. "Nomen Omen" Marta Kisiel - wkrótce na blogu

10. "Małe Licho i tajemnica Niebożątka" Marta Kisiel - klik

Ani przez chwilę nie zastanawiałam się nad tym, kogo powinnam umieścić na szczycie mojego czytelniczego podsumowania 2018 roku. Książka Hulovej to majstersztyk! Kto nie czytał, niech żałuje, bo koło nosa przeszła mu powieść absolutnie genialna.

Nie będę rozpisywała się na temat kolejnych książek. Jeżeli jesteście ciekawi mojego zdania, wystarczy kliknąć w odpowiednie miejsce, tuż za nazwiskiem autora. Do dzieła :) 

Najlepsza okładka

Nie oceniaj książki po okładce? A dlaczego nie, skoro na księgarnianych półkach aż roi się od graficznych koszmarków. Tym bardziej doceniam minimalistyczną okładkę "Rzeczy, których nie wyrzuciłem" oraz to charakterystyczne i jakże wymowne, bo urwane, m. Ale na uwagę zasługuje jeszcze jeden projekt, a mianowicie okładka "Nie ma", która wraz z treścią książki Mariusza Szczygła tworzy spójną całość. Brawo! 

Powiało nudą

Przeczytałam kilkadziesiąt stron i rozstałyśmy się z Celeste Ng bez żalu. "Małe ogniska" wylądowały na półce i raczej nie dam im drugiej szansy. Ilość zachwytów na okładce jest porażająca. Ochy i achy aż dech zapierają. Tymczasem dla mnie... klops! Nawet nie pamiętam, o czym to było? Książka nie pojawiła się na blogu, bo wychodzę z założenia, że skoro mi się nie podobała, to jaki sens o niej pisać. Może komuś innemu przypadnie do gustu. 

Odkrycie

Marta Kisiel! Długo się opierałam i gdyby nie "Małe Licho i tajemnica Niebożątka" to na pewno dalej uparcie twierdziłabym, że jej książki nie są dla mnie, bo fantasy itp. itd. Cudownie jest się tak miło rozczarować i na dodatek odkryć, że wreszcie ktoś pisze dla dzieci tak, że nie usypiasz i nie mdli cię od ilości lukru oraz psychologicznego bełkotu. Marudzenie o tym, że dzieciak powinien być taki, a nie inny jest passé! Ale Marta Kisiel skradła czytelnicze serca dzięki książkom dla dorosłych i uprzejmie donoszę, że "Nomen Omen" to fenomenalna lektura. Dawno nie chichotałam podczas czytania. I ten dreszczyk emocji. Salomea Przygoda, Niedaś, siostry Bolesne, pewien filolog, no i upiorny dziadek. Połknęłam w dwa wieczory. Cudo, piąteczka dla Marty Kisiel.

Ilość przeczytanych książek

Mało! Liczby nie podam, bo dla jednych będzie to i tak bardzo dużo, a wiem, że to wkurza, więc uśmiecham się do Was promiennie i dodam tylko, że w kolejce czekają książki, których z różnych względów nie udało mi się przeczytać albo zaprezentować na blogu. Jest również kilka tytułów, na które czekam. Dobra wróżba jest taka, że 31 grudnia, od samego rana, odbierałam od kurierów kolejne paczki z książkami. Jaki Sylwester, taki cały rok!

Cieszę się, bo...

Przeczytałam o wiele więcej książek polskich autorów niż w ubiegłym roku, czego dowodem jest chociażby obecność pięciu rodzimych pisarzy w moim podsumowaniu. Poza tym coś mi się wydaje, że "Ucho Igielne" Wiesława Myśliwskiego to murowany kandydat do Nike. Wspominałam, że czytanie tej powieści trochę czasu mi zajęło i wahałam się między zachwytem a rozczarowaniem. Ale wciąż myślę o tej książce, przypominają mi się różne fragmenty i otwieram ją w miejscach, które zaznaczyłam. Lektura zyskuje po czasie? W tym przypadku, na pewno. 

Najlepsza książka dla dzieci?

Bezapelacyjnie "Małe Licho i tajemnica Niebożątka" Marty Kisiel. Z niecierpliwością czekam na kontynuację. Znalazło się dla niej miejsce w moim TOP 10, ponieważ to książka, którą z pewnością docenią dorośli czytelnicy. Ale prawda jest taka, że trafiło do mnie mnóstwo pięknych książek dla dzieci. "Zakamarki", "Nasza Księgarnia", "Dwie Siostry" to moje ulubione wydawnictwa, jeśli chodzi o literaturę adresowaną do najmłodszych czytelników. W ich ofercie znaleźć można wartościowe i ponadczasowe opowieści, na dodatek cudownie zilustrowane. Czystą przyjemnością jest sięgać po ich książki. 

Dziękuję za...

Za Waszą obecność, za miłe słowa, zainteresowanie, komentarze i maile, na które odpowiadam bezczelnie późno, bo nie jestem w stanie odpisać szybko na taką ilość. Bardzo dziękuję!

Plany?

Brak planów to też plan.

Wszystkiego najlepszego w Nowym 2019 Roku!

Do miłego zaczytania :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dobry kryminał nie jest zły - "Morderstwo w Orient Expressie" Agathy Christie

dosia1331

100_39241

„Pomysły moich powieści kryminalnych znajduję zmywając. Jest to zajęcie tak głupie, że zawsze rodzi we mnie myśl o zabójstwie”, stwierdziła swego czasu Agatha Christie. Też mam ochotę kogoś ukatrupić, gdy widzę stertę naczyń! Tylko że ja nie piszę książek i ewentualnej wizji nie przeleję na papier, ale zmywania garów nie znoszę tak bardzo, że z przyjemnością roztrzaskałabym o podłogę większość szklanek, kubków, talerzy oraz innych rzeczy, których jest zwykle w nadmiarze. Rozpacz ogrania mnie na widok pełnego zlewu i jeszcze większa, kiedy myję dwudziesty kubek, a uprzejmie donoszę, że domowników jest tylko czwórka. Jak skończą się czyste kubki, to wyjmują z szafek szklanki. Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam!

Nie mam pojęcia, czy "Morderstwo w Orient Expressie" jest wynikiem zamachu przeprowadzonego przez Agathę Christie na zastawę stołową, czy przypalone garnki, ale faktem jest, że tę książkę czyta się po prostu świetnie. Nie jestem specjalną fanką kryminałów, a nawet z premedytacją omijam, zwłaszcza polskie, bo mam wrażenie, że panuje jakaś moda na pisanie tego rodzaju książek oraz prześciganie się w pomysłach, że o szalonym tempie niektórych autorów nie wspomnę. Czy tylko ja mam wrażenie, że to już nie jest pisanie, a produkcja? Wybaczcie tę dygresję, bo miało być o zbrodni popełnionej w luksusowym pociągu, więc do rzeczy. "Morderstwo w Orient Expressie" to powieść detektywistyczna z Herkulesem Poirot w roli głównej i bodaj jedna z najbardziej znanych książek brytyjskiej pisarki, zainspirowana zresztą prawdziwymi wydarzeniami. Pewnej nocy w jednym z przedziałów znalezione zostaje ciało człowieka z licznymi ranami kłutymi. Wyjaśnienia sprawy, a co za tym idzie wytypowania winnego, podejmuje się Herkules Poirot. W trakcie śledztwa okazuje się, że ofiara miała wiele na sumieniu i była odpowiedzialna za porwanie i zamordowanie dziecka. Nikt z podróżujących nie przyznaje się do zbrodni, wszyscy mają alibi i uparcie twierdzą, że ze śmiercią Ratchetta nie mają nic wspólnego. Ale nie takie numery z Herkulesem Poirot, którego wyjątkowy talent detektywistyczny i umiejętność logicznego myślenia pozwalają szybko połączyć pewne fakty, a nawet zaproponować dwa rozwiązania, które zostaną przedstawione dwunastu "niewinnym" pasażerom. 

Nie będę oryginalna, "Morderstwo w Orient Expressie" to klasyczny przykład powieści kryminalnej. Poza tym znakomity trening dla szarych komórek, bo mniej więcej w połowie książki byłam tak ciekawa finału, że z trudem powstrzymywałam się przed zerknięciem do ostatniego rozdziału. Chciałam wiedzieć, czy udało mi się wytypować mordercę i nieskromnie przyznaję, że tak. Albo ta zagadka wcale nie była taka trudna. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że nie znałam tej historii, nie widziałam filmu i nie przeczytałam ani jednej recenzji książki. Teraz kusi mnie ekranizacja, zwłaszcza że zachowałam odpowiednią kolejność, czyli najpierw sięgając po książkę.

"Morderstwo w Orient Expressie" nie jest obszerną lekturą, ani książką w jakiś szczególny sposób opisującą luksusowy pociąg, czy trasę, jaką pokonywał. Stanowi tylko i wyłącznie tło dla zbrodni dokonanej w jednym z jego wagonów. Ale nie ukrywam, że sceneria pobudza wyobraźnię i na pewno skłania do poszukiwania informacji o legendarnym Orient Expressie, kursującym w ramach działalności międzynarodowej spółki Compagnie Internationale des Wagons-Lits na trasie Paryż-Konstantynopol (Stambuł). 

Jeżeli chodzi o kompozycję i postaci, zarówno pierwszo-, jak i drugoplanowe, to nie mam autorce nic do zarzucenia. Wyraziści bohaterowie i doskonała wręcz kreacja Herkulesa Poirot nie budzą moich wątpliwości i naprawdę można poczuć się, jak podczas prawdziwego śledztwa. Zastanawiam się, czy finał spełnił moje oczekiwania, czy był na tyle zaskakujący, by wystawić książce najwyższą notę. Mam lekkie uczucie niedosytu, zabrakło mi iskry, która rozpaliłaby tę historię do czerwoności. 

Moja ocena: 5/6

Autor: Agatha Christie
Tytuł: "Morderstwo w Orient Expressie"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 264
Rok wydania: 2014
Wydawnictwo Dolnośląskie

 

Niezwykły chłopiec z niezwykłego domu - "Małe Licho i tajemnica Niebożątka" Marty Kisiel

dosia1331

100_3923

Przyznaję bez bicia, to moje pierwsze spotkanie z twórczością Marty Kisiel. Nie mam pojęcia, dlaczego wcześniej nie zainteresowałam się jej powieściami, a przecież widywałam je na innych blogach. Poza tym słyszałam wiele pochlebnych opinii i zapewnień, że po prostu trzeba itp. itd. I gdyby nie czyjaś wzmianka o tym, że w "Małym Lichu i tajemnicy Niebożątka" autorka wspomina o "Braciach Lwie Serce" Astrid Lindgren, to pewnie nadal tkwiłabym w błogiej nieświadomości i koło nosa przeszłaby mi książka absolutnie fantastyczna i na dodatek taka, którą z powodzeniem mogą czytać dzieci i dorośli. 

Nie da się ukryć, że Marta Kisiel ma swój styl i że pisanie po prostu sprawia jej radość. Pamiętam, jak czytając książki Astrid Lindgren, zastanawiałam się, dlaczego polskie autorki tak nie piszą, dlaczego w niemal każdej książce dla dzieci pojawiają się pouczenia i narzucone formy zachowania. Pyskata Pippi i odważna Ronja nieźle uśmiałby się z niektórych lektur dla małych czytelników, a ta pierwsza ochoczo przysoliłaby słownie wszystkim tym, którzy chcą wcisnąć dzieciaki w jakieś ramy. I nagle, po tylu latach, odnajduję w polskiej literaturze kogoś, kto wreszcie przestaje się wymądrzać, ma cięty język i pierwszorzędny humor. Kogoś, kto bawi, a nie poucza, jednocześnie mając odwagę pisać o sprawach trudnych bez owijania w bawełnę. Pamiętacie, jak pięknie o śmierci w "Braciach Lwie Serce" pisała Astrid Lindgren, jak oswajała ten temat, jak cudownie zobrazowała moment przechodzenia na drugą stronę. Marta Kisiel zrobiła to nieco inaczej, trochę na modłę romantyzmu, często posługując się dowcipem, ale równie trafnie. Nawiasem mówiąc, dialogi pierwsza klasa. Jednak książka polskiej pisarki nie traktuje tylko i wyłącznie o śmierci, to historia o szeroko rozumianej dziwności, o byciu innym, o konieczności akceptacji siebie takiego, jakim się jest. A zapewniam, że dziwne jest w tej książce wszystko, od domu, po lokatorów. 

Mały chłopiec dorasta i z Niebożątka staje się Bożkiem. Zapada decyzja, trzeba wysłać go do szkoły, bo ileż można siedzieć w domu i za przyjaciela mieć Anioła Stróża z alergią na pierze i talentem do dziergania bamboszków? Wprawdzie domownicy, czyli mama, wujkowie i wszelkiej maści stwory, wraz z duchami niemieckich żołnierzy do tej pory wystarczali chłopcu, ale kiedyś trzeba zmienić otoczenie, nawiązać nowe znajomości i pomyśleć o przyszłości. Bożydar Antoni Jakiełłek, delikatnie rzecz ujmując, nie jest tym zachwycony, bo niby dlaczego miałby być skoro dobrze mu w domu? Bez fochów się nie obędzie, a jakże?! Bożek zostaje uczniem i... Co tu dużo mówić, jego obawy były uzasadnione, bo chłopiec jest po prostu inny i nijak nie potrafi dopasować się do reszty dzieciaków, a najgorsze dopiero przed nim. Wyśmiany i poniżony Bożek pewnego dnia znika i trafia w zaświaty, a stamtąd bardzo trudno wrócić. Co wydarzyło się dalej i jak potoczyły się losy chłopca? Nie pisnę ani słowa więcej na temat fabuły, przeczytajcie koniecznie!

"Małe Licho i tajemnica Niebożątka" to mądrze opowiedziana historia niezwykłego chłopca z niezwykłego domu, który musi zmierzyć się z jak najbardziej zwykłym życiem. Autorka w ujmujący sposób porusza problemy dorastania, stając po stronie tych, którzy z różnych powodów bywają wykluczeni i napiętnowani. Bycie innym nie oznacza bycia gorszym i o tym przede wszystkim jest ta książka.

"Świat byłby niepełny, gdyby żyli na nim sami zwyczajni ludzie. Zwyczajni ludzie robią mnóstwo zwyczajnych rzeczy, bez których nie umielibyśmy żyć. Ale to dziwni ludzie wspinają się na najwyższe szczyty gór, latają w kosmos, patrzą godzinami w gwiazdy. Przekraczają granice światów... albo zdrowego rozsądku. Albo piszą książki."

Nie do przegapienia!

Moja ocena: 6/6

Autor: Marta Kisiel
Ilustracje: Paulina Wyrt
Tytuł: "Małe Licho i tajemnica Niebożątka" 
Oprawa: twarda
Ilość stron: 204
Rok wydania: 2018
Wilga

 

 

Słowa na niedzielę...

dosia1331

100_3913

Jego książki przetłumaczono na ponad 40 języków. Pisarz, futurolog, mistrz. Stanisław Lem, autor wielu znakomitych książek, po które sięgają kolejne pokolenia czytelników. Nie przepadam za literaturą science fiction, ale nie znać Lema? To byłaby ogromna strata.

A gdyby tak przygodę z twórczością Stanisława Lema rozpocząć od "Bajek robotów", które stanowią połączenie science fiction i baśni? Kosmiczna sceneria, odległe światy, mnóstwo ważnej treści i jedyna w swoim rodzaju lekcja dla ludzkości. Czytajcie Lema!

"Aragena była planetą zabudowaną do wewnątrz; władca jej bowiem, Metameryk, który rozciągał się w płaszczyźnie równikowej na trzysta sześćdziesiąt stopni i opasywał tym sposobem swoje państwo, będąc mu nie tylko panem, ale i osłoną, pragnąc uchronić poddany sobie lud Enterytów od kosmicznego wtargnięcia, zakazał poruszania czegokolwiek, choćby najmniejszego kamyka, na powierzchni globu. Stały przeto lądy Arageny dzikie i martwe, i tylko topory piorunów obciosywały krzemienne grzbiety gór, a meteory kraterami rzeźbiły kontynenty". 

Stanisław Lem, Bajki robotów, Biała śmierć, str. 69, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012 r.

Do miłego zaczytania!

"Skoro ptaki czynią słońce" Alistair MacLeod

dosia1331

100_38921

Pamiętacie mój emocjonalny i pełen zachwytów wpis o "Utraconym darze słonej krwi" Alistaira MacLeoda? Jeżeli nie, to zapraszam do lektury tamtego tekstu, chociażby po to, by przekonać się, że warto czytać prozę kanadyjskiego pisarza, że jest w niej absolutnie wszystko, co pozwala na określanie jej mianem wybitnej. Opowiadania Alistaira MacLeoda są dowodem na to, że literatura jest wspaniałą przygodą i możliwością dotarcia do najdalszych zakątków świata, bez konieczności opuszczania wygodnego fotela. 

"Skoro ptaki czynią słońce" to kolejny zbiór opowiadań poświęconych zwykłym ludziom, ale napisanych w niezwykły, wręcz urzekający sposób. MacLeod z dużą wrażliwością odsłania przed czytelnikiem codzienność ludzi żyjących w zgodzie z naturą, podporządkowanych jej rytmowi i z pokorą przyjmujących to, co przynosi los. Radość miesza się tutaj ze smutkiem, rozpacz ustępuje miejsca łzom szczęścia, śmierć jest zaś naturalną koleją rzeczy, nad którą nawet nie warto się zastanawiać, bo nie zawsze mamy wpływ na to, co nas spotyka. Bohaterowie "Skoro patki czynią słońce" to ludzie z krwi i kości, żyjący blisko przyrody i w zgodzie z nią. Doceniający jej potęgę i podziwiający jej niezaprzeczalne piękno. Nie brakuje w prozie Alistaira MacLeoda elementów magicznych i prastarych wierzeń, co czyni te opowiadania atrakcyjnymi.

Ujmująca jest w twórczości Alistaira MacLeoda subtelność narracji, jej niespieszny charakter oraz poetyckość, która wielokrotnie przebija się w opowiadaniach. To proza, którą można się delektować, literacka uczta sprawiająca, że po przewróceniu ostatniej kartki ma się ochotę na ponowną lekturę. Trudno w tym momencie nie wspomnieć o ogromnej roli tłumaczenia, bo nie ulega wątpliwości, że Michał Alenowicz zrobił wszystko, by te opowiadania były po prostu wyjątkowe. 

Jeżeli miałbym porównywać oba zbiory, czyli "Utracony dar słonej krwi" i "Skoro ptaki czynią słońce" to chyba ten pierwszy delikatnie wygrywa z drugim. Być może moja ocena wiąże się z tym, że wtedy czytałam Alistaira MacLeoda po raz pierwszy i był dla mnie literackim odkryciem. Tym razem wiedziałam, czego mogę się spodziewać i tutaj elementu zaskoczenia nie było, ale to wciąż znakomita literatura i książka, którą po prostu trzeba przeczytać.

Moja ocena: 5.5/6

Autor: Alistair MacLeod
Tytuł: "Skoro ptaki czynią słońce"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 251
Rok wydania: 2018
Wiatr od Morza 

Kalendarz adwentowy w postaci książki, czyli "Kosmiczne święta" Ingelin Angerborn

dosia1331

100_3880

Wszystko zaczęło się od pytania, które zadała mama: "Rutko, widziałaś gdzieś nożyczki?" W domu sympatycznej dziewczynki znikają metalowe przedmioty. Na dodatek wszyscy obwiniają Rutkę, choć ona stanowczo temu zaprzecza. Sprawa wydaje się rozwojowa, zwłaszcza że ulatniają się kolejne rzeczy, co przestaje być zabawne. Mama i tata nie wiedzą, że Rutka dysponuje dowodem, czyli nadgryzioną harmonijką i jest niemal pewna, że w jej domu jest ktoś, kto bardzo lubi metal. Okazuje się, że w pokoju dziewczynki zadomowił się Kosmarrengulagadoks, który za pomocą czarodziejskiego zaklęcia, "stare kalesony", potrafi stać się niewidzialny. Przybysz z planety Koncypiusz, jak na kosmitę przystało, jest co najmniej dziwny, ale Rutce to zupełnie nie przeszkadza. Nawet wtedy, gdy ze smakiem pałaszuje gwoździe.

Jeżeli jesteście ciekawi, co wydarzyło się później, to nie pozostaje Wam nic innego, jak sięgnąć po książkę. Lojalnie uprzedzam, że możecie mieć kłopot polegający na tym, że po pierwszym rozdziale nie będziecie potrafili odłożyć książki. Zresztą jestem tego najlepszym przykładem, bo miałam sobie tę lekturę dawkować i czytać z dziećmi przez cały adwent po jednym rozdziale, a zrobiłam dokładnie to samo, co rok temu ze "Świętami dzieci z dachów". Jakoś specjalnie mnie to nie martwi, bo jest to na tyle przyjemna książka, że z chęcią przeczytam raz jeszcze w towarzystwie Zosi i Szymona.

100_3884

100_3887

"Kosmiczne święta" to książka, która z powodzeniem zastąpi kalendarz adwentowy, bo zamiast dwudziestu czterech czekoladek znajdują się w niej dwadzieścia cztery rozdziały fascynującej opowieści o przyjaźni, które umilą radosny czas oczekiwania na Święta Bożego Narodzenia.  

Moja ocena: 5/6

Autor: Ingelin Angerborn
Ilustracje: Per Gustavsson
Tytuł: "Kosmiczne święta"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 100
Rok wydania: 2018
Zakamarki
 

O nieobecności - "Nie ma" Mariusz Szczygieł

dosia1331
100_38781
 
Kiedy już wiem, że nie jestem nieśmiertelny, żyję inaczej.
(Hanna Krall właśnie do mnie napisała, żebym był czujny i nie formułował zbyt łatwo złotych myśli. A jeśli już, to z powątpiewaniem, zastanowieniem, znakiem zapytania, z bezradnością i jakby prosząc o radę).
Kiedy już wiem, że nie jestem nieśmiertelny, żyję inaczej?
("Nie ma", "Wybuch bomby czasu", str. 245.)
 

Chciałam wzorem jednej z koleżanek po fachu zachęcić Was do przeczytania najnowszej książki Mariusza Szczygła używając do tego mniej niż stu słów. No, ale jak? Jak? Nie da się tego zrobić, to niewykonalne, zwłaszcza gdy jest się taką gadułą, jak ja i gdy chciałoby się sprawić, by po "Nie ma" sięgnęli wszyscy. Dziewięć lat zbierania materiału do książki zaowocowało tekstami różnorodnymi, ale wszystkie mają wspólny mianownik, nieobecność. Jedne z nich są krótkie, wręcz minimalistyczne, bo jednozdaniowe, inne nowatorskie, jak chociażby "Bilans Ewy" albo ten miejscami wykropkowany, czyli "Rzeka", co aż prosi się o uzupełnienie, a czego dokonać może każdy z nas. Są w tym zbiorze również teksty dłuższe, a wśród nich znakomity "Nieznajomy wróg jakiś" o siostrach Woźniackich, czy wstrząsająca i chyba najmocniejsza w "Nie ma" opowieść o kobiecie-potworze, która w bestialski sposób zamordowała kilkuletniego chłopca i która po odsiedzeniu części wyroku wyszła na wolność za dobre sprawowanie, by później pracować jako nauczyciel matematyki i... katechetka. Być może znacie tę historię, bo ukazała się w "Dużym Formacie" w czerwcu 2013 r. 

"Nie ma" to historie o utracie, fizycznym poczuciu pustki po odejściu najbliższej osoby i oswajania się z tym faktem. Ale to także opowieści o tym, jak bardzo różnymi jesteśmy ludźmi i jak odmiennie postrzegamy rzeczywistość. Dla każdego z nas tytułowe nie ma posiada zupełnie inny wymiar i ciężar. Mariusz Szczygieł sugestywnie i bez patosu odkrywa przed czytelnikiem kolejne historie, często wzbogacając je odautorskim komentarzem. Wszystko ma swój koniec i w "Nie ma" został on przepięknie zaakcentowany pod postacią dedykacji. Wszyscy kiedyś staniemy się nieobecni, a o tym, że byliśmy świadczyć będą wspomnienia, fotografie i być może jakieś rzeczy. "Nie ma" to lektura o dużym ładunku emocjonalnym, zwłaszcza że niektóre teksty są niesłychanie wymagające, a co najważniejsze, mocno zapadają w pamięć i, mam nadzieję, nikogo z nas nie pozostawią obojętnym. Lektura obowiązkowa.

Moja ocena: 6/6

Autor: Mariusz Szczygieł
Tytuł: "Nie ma"
Oprawa: miękka 
Ilość stron: 334
Rok wydania: 2018
Dowody na Istnienie

Młodość kontra starość - "Ucho Igielne" Wiesława Myśliwskiego

dosia1331

100_3780

Wybitna, czy przeciętna? Fascynująca, czy zwyczajnie nudna? Pięknie napisana, czy tylko poprawnie? "Ucho Igielne", najnowsza powieść Wiesława Myśliwskiego i jednocześnie książka, którą czytałam nieprzyzwoicie długo, bo prawie dwa tygodnie. Wcześniej z niecierpliwością na nią czekałam. Teraz jestem po lekturze i miotam się między zachwytem a delikatnym rozczarowaniem, co w jakiś sposób jest dla mnie niewygodne, zwłaszcza że Wiesław Myśliwski należy do grona moich ulubionych pisarzy, a jego "Traktat o łuskaniu fasoli" uważam za arcydzieło polskiej literatury współczesnej. Skąd te ambiwalentne uczucia, jeśli chodzi o "Ucho Igielne"? Podstawowym zarzutem jest fakt, że niestety trochę mi się to czytanie dłużyło i naprawdę trudno mi w to uwierzyć, bo wcześniejsze powieści dwukrotnego laureata Nike pochłaniałam w iście ekspresowym tempie, z poczuciem fenomenalnie spędzonego czasu na lekturze i z gonitwą myśli, którą traktowałam jako nieodłączny element obcowania z twórczością Myśliwskiego. Jest w "Uchu Igielnym" sporo ważnej treści, kilka fragmentów, które można traktować jak sentencje, ale też momentów wypadających banalnie, jak chociażby rozważania nad przemijalnością miejsc.

Najnowsza książka Wiesława Myśliwskiego to opowieść o zderzeniu młodości ze starością, historia tego, jak pamiętamy różne etapy naszego życia, jakich wyborów dokonujemy i co za nimi stoi. Konfrontacja przeszłości z przyszłością i teraźniejszość, której w zasadzie nie ma, bo z chwilą, kiedy myślimy o czymś, co dzieje się tu i teraz, to przecież czas płynie, a więc teraźniejszość staje się przeszłością. Myśliwski dał się poznać, jako wspaniały gawędziarz i nie inaczej jest w "Uchu Igielnym", ale mam wrażenie, że ta opowieść jest chwilami, kolokwialnie rzecz ujmując, przegadana. Albo tylko tak mi się wydaje. Jest jednak coś absolutnie magicznego w powtarzalności pewnego wspomnienia, a mianowicie: "przez Ucho Igielne do tej dawnej, dzikiej, zielonej doliny", które kilkakrotnie pojawia się w powieści, jak refren w piosence. Zresztą ta metafora jest chętnie wykorzystywana w literaturze, sztuce i architekturze. Furta Dominikańska w murach obronnych Sandomierza jest jej znakomitym przykładem, ale takich miejsc na świecie jest znacznie więcej. Kluczem do opowieści Myśliwskiego, oprócz tego, o czym wspomniałam wcześniej, a więc znaczeniem ucha igielnego, jest przepowiednia, którą bohater usłyszał w młodości, a która dotyczyła długości jego życia. Co się zatem stanie, gdy ten wiek zostanie osiągnięty? Wszystko i nic, bo przepowiednia wcale nie musi się spełnić, a jeśli nawet? Bohater "Ucha Igielnego" dzięki niej wraca do przeszłości, analizuje wydarzenia sprzed lat i oprowadza czytelnika po miejscach dla niego ważnych. Przedstawia rodzinę, przyjaciół, znajomych i kobietę, którą kochał. Pozwala mu to w pewien sposób raz jeszcze przeżyć wszystko, co bezpowrotnie minęło, a co być może wtedy rozumiał i postrzegał zupełnie inaczej niż dzisiaj. Ta sentymentalna podróż jest również dla czytelnika niezwykle ciekawym doświadczeniem, bo ukazującym przemiany, które dokonały się na przestrzeni lat. Niespieszna narracja jest zatem w pełni uzasadniona. Książka, choć jest powieścią, przypomina przypowieść z całym bogactwem życiowej mądrości. Myśliwski zadaje pytania, ale jednocześnie nie daje gotowych odpowiedzi, na te czytelnik musi sam odpowiedzieć. Wiesław Myśliwski w jednym z wywiadów powiedział, że literatura jest sztuką słowa i "Ucho Igielne" w warstwie językowej na pewno nią jest. 

Moja ocena: 5/6

Autor: Wiesław Myśliwski
Tytuł: "Ucho Igielne"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 425
Rok wydania: 2018
Znak

"Niezwykłe przyjaźnie. W świecie roślin i zwierząt" Emilia Dziubak

dosia1331

100_3850

Bardzo lubimy ilustracje Emilii Dziubak i z przyjemnością sięgamy po kolejne książki, które oprócz dobrej zabawy gwarantują dzieciom solidną lekcję na temat przyrody.

"Niezwykłe przyjaźnie. W świecie roślin i zwierząt" to historia Homera, który pewnego dnia wyrusza w świat w poszukiwaniu prawdziwego przyjaciela. Kocur podgląda inne zwierzaki oraz rośliny i bacznie obserwuje, kto z nich mógłby zostać jego przyjacielem. Homer wie, że ta wyprawa nie będzie łatwa, bo musi zebrać sporo informacji i przede wszystkim dokonać właściwego wyboru. Jak wiadomo, koty są dość specyficzne, lubią chadzać własnymi ścieżkami, są obrażalskie i czasami zbyt pewne siebie. Znalezienie prawdziwego przyjaciela może się nie udać, kiedy ma się nadąsaną minę i charakterek, którego nie powstydziłaby się Mała Mi. Ale Homer się nie poddaje i szuka towarzysza na całe życie, a to czego się dowie na zawsze zmieni jego stosunek do otoczenia.

Książka w przystępny i obrazowy sposób ukazuje świat fauny i flory. Zwraca uwagę na fakt, że niektóre rośliny i zwierzęta żyją bardzo blisko siebie, choć nie należą do tego samego gatunku. Wspierają się, pielęgnują oraz ostrzegają w razie niebezpieczeństwa. Są również takie, które tylko udają przyjaciół, by zwabić ewentualnego przybysza, a potem ze smakiem go skonsumować. Ciekawostek z życia grzybów, roślin i zwierząt jest w książce wiele, a dzieciaki mają okazję z bliska przyjrzeć się ich relacjom.

Nie do przegapienia.

100_3855

Moja ocena: 5/6
 
Ilustracje: Emilia Dziubak
Tytuł: "Niezwykłe przyjaźnie. W świecie roślin i zwierząt" 
Oprawa: twarda
Ilość stron: 28
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

Słowa na niedzielę...

dosia1331

Czy można przejść obojętnie obok książki, która rozpoczyna się w te sposób? Panie i Panowie, oto Cassandra, charyzmatyczna bohaterka powieści Dodie Smith, "Zdobywam zamek", książki zaliczanej do klasyki literatury angielskiej.

"Piszę, siedząc na kuchennym zlewie. To znaczy - trzymam w nim nogi; reszta mnie siedzi na blacie suszarki, którą wymościłam kocykiem naszego psa i ocieplaczem na dzbanek do herbaty. Nie mogę powiedzieć żeby było mi naprawdę wygodnie, no i jest coś przygnębiającego w zapachu karbolowego mydła, ale tylko do tej części kuchni dochodzi jeszcze trochę światła dziennego. I wiem już, że siedzenie w miejscu, gdzie się wcześniej nigdy nie siedziało, może być inspirujące - swój najlepszy wiersz napisałam na kurniku. Ale i tak nie był to dobry wiersz. Stwierdziłam, że moja poezja jest tak zła, że nie wolno mi pisać nic więcej." 

Dodie Smith, "Zdobywam zamek", str. 7, Świat Książki, Warszawa 2013 r. 

Do miłego zaczytania! 

A może picturebook? "Pewnego razu w Londynie" Gregory Rogers

dosia1331

100_3790

Żeby była jasność, nie jestem fanką picturebooków, nie przepadam za tego rodzaju książkami, ale wiem, że dzieci bardzo je lubią, bo są znakomitym polem do popisu dla ich wyobraźni. Zresztą wielokrotnie mogłam się o tym przekonać, kiedy moja córka wymyślała własną opowieść na temat zamieszczonych w książce ilustracji albo interpretowała je w taki sposób, że płakaliśmy ze śmiechu. 

Picturebook, czyli? No właśnie, dlaczego wciąż posługujemy się taką o formą, może należałoby poszukać w języku polskim odpowiednika tego słowa. Picturebooki to historie obrazkowe, a więc opowieści pozbawione tekstu. Nie byłabym sobą, gdybym nie zaproponowała dzieciom zabawy i muszę przyznać, że ich słowotwórcze zdolności zrobiły na mnie wrażenie.  Z kilku mniej i bardziej poważnych propozycji wybraliśmy... obrazkowca. Nie mam pojęcia, czy nasza nazwa w pełni oddaje to, czym faktycznie jest picturebook, ale przewodnicząca, Zosia, uznała, że tak ma być i już. Nie ma picturebooka, jest obrazkowiec i basta! 

Przyznaję, że mój początkowy sceptycyzm szybko ustąpił miejsca ciekawości. Gregory Rogers nie proponuje banalnej historyjki, ale ambitną opowieść w stylu, co by było, gdybyśmy mogli podróżować w czasie. Okazuje się, że ewentualna kapsuła czasu w postaci skomplikowanej maszynerii jest absolutnie zbędna, o czym przekonał się pewien chłopiec, który trafił na scenę Globe Theatre za panowania Tudorów. Jak to się stało? Cóż, wystarczy piłka, zbita szyba w teatrze i peleryna, by przenieść się do czasów elżbietańskich, na dodatek wprost przed szekspirowską widownię. Nie opowiem, co się wydarzyło, kogo chłopiec spotkał, przed kim uciekał, ani z kim się zaprzyjaźnił. Otwórzcie książkę i przekonajcie się, jak wyglądał świat kilkaset lat temu.

Na uwagę zasługują akwarelowe ilustracje, które doskonale przybliżają czasy panowania królowej Elżbiety (budynki, stroje z epoki). Dynamiczna i barwa opowieść Rogersa spodoba się dzieciom w różnym wieku, zwłaszcza że ilość szczegółów do zauważenia i możliwości interpretacji tej historii jest wiele. Nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was do Londynu. Warto!

100_3792

Moja ocena: 5/6

Autor: Gregory Rogers
Tytuł: "Pewnego razu w Londynie"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 40
Rok wydania: 2018
Literówka

Zdecydowanie przyciąga - "Magnes" Lars Saabye Christensen

dosia1331

100_3771

Przyznaję, że "Magnes" Larsa Saabye Christensena jest dla mnie miłym zaskoczeniem, zresztą bardzo dobrze czytało mi się tę powieść i nie ukrywam, że zaznaczyłam w niej mnóstwo ciekawych fragmentów. Pod koniec lektury książka mieniła się wszystkimi kolorami tęczy, co tylko potwierdza fakt, że spotkanie z prozą norweskiego pisarza uważam za udane. Jeżeli z góry skreślacie książki liczące sobie więcej, niż czterysta stron, to być może w ogóle nie weźmiecie pod uwagę "Magnesu", ale czasem warto dać szansę dłuższej opowieści, zwłaszcza gdy jest tak wybornie napisana. Momenty przegadania, które tu i ówdzie się autorowi przytrafiły, wspaniałomyślnie wybaczam. Gadulstwo może być całkiem przyjemne.

Lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku, Oslo. Synne Sager i Jokum Jokumsen. Nic nie wskazywało na to, że tych dwoje połączy coś więcej, niż przyjaźń. A jednak zakompleksiony Jokum i pewna siebie Synne postanowili być razem. Przewrażliwiony na punkcie swojego wzrostu i nietypowego imienia mężczyzna był przekonany, że już zawsze będzie obiektem niewybrednych żartów. Piękna Synne na pozór nie boryka się z żadnymi problemami, ale dorastanie w nieszczęśliwej rodzinie to bagaż na całe życie i jego ciężar wielokrotnie da o sobie znać. Nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy tych dwojga, gdyby nie obiad, na który Jokum zaprosił koleżankę z miasteczka studenckiego. Student literatury i studentka historii sztuki zostają parą. Jakiś czas później wyruszają do San Francisco. Żyli długo i szczęśliwie? To byłoby zbyt proste, bo rzeczywistość często weryfikuje plany i marzenia. Zresztą nic nie trwa wiecznie. Poza tym zawsze istnieje ryzyko, że jedna ze stron kocha tak mocno, że nie zauważa pewnych sygnałów albo nie chce ich dostrzec. No, właśnie, jak to jest z tą miłością Synne i Jokuma, i czy w ogóle tak można określić łączącą ich relację? O tym przekonacie się czytając powieść Larsa Saabye Christensena. 

Nie ukrywam, że "Magnes" robi wrażenie i to nie tylko za sprawą objętości, czyli ponad tysiąca stron do przeczytania, ale przede wszystkim dlatego, że to znakomicie napisana książka. Epicki rozmach, ciekawa kompozycja, świetnie kreacje, zwłaszcza głównych bohaterów i coś w rodzaju gry autora toczonej z czytelnikiem w postaci dygresji, jak chociażby ta, którą pozwalam sobie zacytować: "No, owszem, czas, czytanie wymaga czasu i nawet jeśli człowiek poświęca na lekturę cały czas, jaki ma do dyspozycji - a musi, niestety, również pracować, między innymi po to, aby było go stać na zakup książek - to i tak nie starczy mu czasu na przeczytanie wszystkiego. Innymi słowy, istnieje radykalna niewspółmierność pomiędzy czasem a literaturą, a ponieważ na czas nie bardzo da się wpłynąć, powinno się zamiast tego ograniczyć literaturę; można by sobie wyobrazić lata wolne od wydań nowych książek, żeby czytelnicy mogli nadgonić, uzupełnić braki, zaktualizować się na tyle, na ile to możliwe; nie byłoby również nierozsądne narzucenie pewnych ograniczeń autorom, często cierpiącym na słowotok i próżnym, za to pozbawionym korekty wstydu, co bywa bardzo nieszczęśliwą kombinacją". Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Christensen puszcza czytelnikowi oko i jednocześnie trochę się tłumaczy. Dodam tylko, że takich smaczków jest w powieści norweskiego pisarza znacznie więcej i naprawdę trudno przejść obok nich obojętnie. Poza tym "Magnes" przyciąga interesującą fabułą, bo miłość, która wydaje się być na pierwszym planie, często stanowi tło dla innych tematów i mam tutaj na myśli sztukę, literaturę, kulturę. Ale to również opowieść o czasie, zwłaszcza że z każdym dniem jesteśmy coraz bliżej końca naszego życia i chyba tylko fotografie potrafią ten czas w pewien sposób zatrzymać i różne wydarzenia utrwalić. 

100_3776

Książka nie na jeden, a z pewnością kilka wieczorów, ale absolutnie warta poświęconego na nią czasu. Niebanalna proza Larsa Saabye Christensena spodoba się czytelnikom, którzy w literaturze szukają czegoś więcej. 

Moja ocena: 5/6

Autor: Lars Saabye Christensen
Tytuł: "Magnes"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 1041
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo Literackie

Słowa na niedzielę...

dosia1331

100_3753

Listopad bez "Doliny Muminków w listopadzie" nie byłby, że się tak wyrażę, listopadowy. Zapraszam na drugą odsłonę cyklu: Słowa na niedzielę.

"Filifionka wiedziała, że nadeszła jesień, i zamknęła się w środku. Jej dom wydawał się całkowicie nieprzystępny i opustoszały. Lecz ona była w nim, schowana w jego najgłębszym wnętrzu, za szczelnymi ścianami i murem świerków zasłaniających okna.           
Spokojne przechodzenie jesieni w zimę wcale nie jest przykrym okresem. Zabezpiecza się wtedy różne rzeczy, gromadzi się i chowa jak największą ilość zapasów. Przyjemnie jest zebrać wszystko, co się ma, tuż przy sobie, możliwie najbliżej, zmagazynować swoje ciepło i myśli i skryć się w głębokiej dziurze, w samiutkim środku, tam gdzie bezpiecznie, gdzie można bronić tego, co ważne i cenne, i swoje własne. A potem niech sobie sztormy, ziąb i ciemności przychodzą, kiedy chcą. Niech się tłuką o ściany, szukając po omacku wejścia, i tak go nie znajdą, bo wszystko jest zamknięte, a w środku siedzi ten, kto był przezorny, siedzi i śmieje się, zadowolony z ciepła i samotności.               
Są tacy, co zostają w domu, i tacy, co odchodzą. Zawsze tak było. Każdy może sam wybrać, ale musi to zrobić, póki jeszcze czas, i w żadnym razie nie rozmyślić się."
 
100_3761
 
Tove Jansson, "Dolina Muminków w listopadzie" (zbiorowe wydanie, księga druga), str. 405, "Nasza Księgarnia", Warszawa 2014 r.

 

Do miłego zaczytania!

Cukierek albo psikus? Wybieram "Dziady" Adama Mickiewicza

dosia1331

100_3730

"Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,
Co to będzie, co to będzie?"
 

Nie mam nic przeciwko Halloween, udekorowanym dyniom, fikuśnym kapeluszom, upiornie pomalowanym twarzom itp. itd. Jednak dla mnie to dzień, jak każdy inny, nie celebruję go, nie pozwalam moim dzieciom pukać do drzwi obcych domów w nadziei na zebranie worka słodyczy. Koszmarne kostiumy też nie wchodzą w grę. Z drugiej strony nie zabraniam im wykonania z dyni lampionu lub innych ozdób nawiązujących do tego święta. Jednak wszystko w granicach rozsądku i bez szaleństwa rodem z horroru. Poza tym gdzieś z tyłu głowy zawsze pojawia się myśl, że to nie jest nasze święto, tylko efekt mody, a właściwie kopiowanie innej kultury. Korowody zombie, zwłaszcza na amerykańskich ulicach, które tego dnia pokazują wszystkie stacje telewizyjne, też mnie nie bawią, raczej zastanawiam się, po co oni to robią? Zdecydowanie bliższa jest mi słowiańska tradycja, czyli Dziady.

100_3247

Noc z 31 października na 1 listopada zawsze uważano za wyjątkową, wręcz magiczną. Wierzono, że wtedy przenika się świat żywych i zmarłych, dlatego powinno się odpowiednio ugościć ewentualnego przybysza z zaświatów, a rozpalone ogniska miały wskazywać mu drogę do domu. Ludzie byli przekonani, że w tę noc dzieją się rzeczy niewytłumaczalne, a i obecność demonów jest bardzo prawdopodobna, stąd różne metody odstraszania złych mocy. Wiele z tych obrzędów zostało utrwalonych w literaturze i sztuce, a znakomitym tego przykładem jest II część "Dziadów" Adama Mickiewicza.

20181031_202723

Cukierek albo psikus? Wybieram "Dziady" Adama Mickiewicza. Poznajcie albo przypomnijcie sobie ten znakomity utwór dramatyczny oraz otwierający go wiersz, "Upiór", którego fragment pozwalam sobie zacytować:

"Serce ustało, pierś już lodowata,
Ścięły się usta i oczy zawarły;
Na świecie jeszcze, lecz już nie dla świata!
Cóż to za człowiek? - Umarły."

 

 

Kolorowa "Rafa koralowa" Katarzyny Bajerowicz

dosia1331
100_3699
 
"Rafa koralowa" Katarzyny Bajerowicz to kolejna bardzo ciekawa książka dla dzieci, która właśnie ukazała się na rynku wydawniczym nakładem "Naszej Księgarni" i która od razu przypadła nam do gustu. Jak zwykle lekturę rozpoczęliśmy od wertowana książki i przyznaję, że jest nie tylko ładnie wydana, ale zawiera mnóstwo ciekawej i ważnej treści. Podwodny świat jest na tyle interesujący, że podglądanie tego, co dzieje się pod powierzchnią wody stanowi czystą przyjemność, a przy okazji wartościową lekcję o faunie i florze. Dziecko ma okazję nie tylko poznać mieszkańców rafy koralowej, ale w ogóle dowiedzieć się, czym ona jest i jakie zadanie spełnia, co stanowi zagrożenie dla jej istnienia i w jaki sposób należy postępować, by minimalizować negatywne skutki postępu cywilizacyjnego. Sporo mówi się obecnie o plastiku oraz jego fatalnym wpływie na środowisko i o tym również przeczytacie w książce. W morzach i oceanach znajdują się tony śmieci, które niszczą przyrodę i przyczyniają się do wymierania kolejnych gatunków roślin i zwierząt. Przeglądając książkę Katarzyny Bajerowicz warto porozmawiać z dzieckiem na temat ekologii, by wiedziało, jak ważne jest dbanie o Ziemię, która jest naszym wspólnym domem. 
 
100_3708
 100_3714
 
Bohaterami książki są żółwie, kolorowe rybki, ośmiornica, rozgwiazdy, raki pustelniki, koniki morskie, płaszczka i wiele innych ciekawych stworzeń, które wiodą różny tryb życia, nocny i dzienny. Zresztą rafa koralowa tętni życiem nieustannie i jest po prostu zjawiskowa. Koralowce potrafią się rozmnażać, co należy do jednych z najpiękniejszych zjawisk w przyrodzie. Ten swoisty spektakl można obserwować tylko raz w roku, po pełni księżyca. Wówczas nad rafą unoszą się komórki rozrodcze, a ruch wody i gra świateł tworzą niesamowite wrażenie. Rafa koralowa to cud natury, olbrzymi ekosystem i schronienie dla licznych gatunków stworzeń.
 
100_3712
 
Jeżeli macie w domu małego wielbiciela przyrody, to "Rafa koralowa" z pewnością okaże się strzałem w dziesiątkę. Poza tym to znakomita książka dla dzieci, które lubią zajęcia plastyczne. Na pewno ucieszy je możliwość wykonania akwarium i kolorowych mieszkańców rafy koralowej.  
 
Moja ocena: 5/6
 
Autor: Katarzyna Bajerowicz
Tytuł: "Rafa koralowa" 
Oprawa: twarda
Ilość stron: 28
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

Słowa na niedzielę - zapowiedź nowego cyklu na blogu

dosia1331

Często pytacie, co aktualnie czytam albo jaką książkę, niekoniecznie nowość, polecam. Nie ukrywam, że bardzo cieszy mnie to zainteresowanie, a świadomość, że tak licznie i chętnie odwiedzacie mnie na blogu z pewnością motywuje do kontynuowania tej  przygody. Większość z Was doskonale wie, że nie jestem w stanie prezentować wszystkich lektur i niestety wiele wspaniałych książek po prostu pomijam. Wychodząc naprzeciw Waszym oczekiwaniom postanowiłam rozpocząć na blogu nowy cykl, a mianowicie Słowa na niedzielę, w którym za pomocą wybranego fragmentu książki spróbuję zachęcić Was do jej przeczytania. Nie będę zdradzać fabuły, ani dzielić się wrażeniami na jej temat. Sami zdecydujecie, czy wybrany przeze mnie fragment książki jest na tyle interesujący, by sięgnąć po tytuł. W ten sposób na blogu pojawi się znacznie więcej książek, które moim zdaniem zasługują na uwagę. To tak tytułem wstępu. Zapraszam na pierwszą odsłonę cyklu.

100_3716

"No, owszem, czas, czytanie wymaga czasu i nawet jeśli człowiek poświęca na lekturę cały czas, jaki ma do dyspozycji - a musi, niestety, również pracować, między innymi po to, aby było go stać na zakup książek - to i tak nie starczy mu czasu na przeczytanie wszystkiego. Innymi słowy, istnieje radykalna niewspółmierność pomiędzy czasem a literaturą, a ponieważ na czas nie bardzo da się wpłynąć, powinno się zamiast tego ograniczyć literaturę; można by sobie wyobrazić lata wolne od wydań nowych książek, żeby czytelnicy mogli nadgonić, uzupełnić braki, zaktualizować się na tyle, na ile to możliwe; nie byłoby również nierozsądne narzucenie pewnych ograniczeń autorom, często cierpiącym na słowotok i próżnym, za to pozbawionym korekty wstydu, co bywa bardzo nieszczęśliwą kombinacją".

Lars Saabye Christensen, "Magnes", str. 21, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018 r.

Do miłego zaczytania!

© MATKA POLKA CZYTAJĄCA
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci