Menu

MATKA POLKA CZYTAJĄCA

BLOG O KSIĄŻKACH

"Niezwykłe przyjaźnie. W świecie roślin i zwierząt" Emilia Dziubak

dosia1331

100_3850

Bardzo lubimy ilustracje Emilii Dziubak i z przyjemnością sięgamy po kolejne książki, które oprócz dobrej zabawy gwarantują dzieciom solidną lekcję na temat przyrody.

"Niezwykłe przyjaźnie. W świecie roślin i zwierząt" to historia Homera, który pewnego dnia wyrusza w świat w poszukiwaniu prawdziwego przyjaciela. Kocur podgląda inne zwierzaki oraz rośliny i bacznie obserwuje, kto z nich mógłby zostać jego przyjacielem. Homer wie, że ta wyprawa nie będzie łatwa, bo musi zebrać sporo informacji i przede wszystkim dokonać właściwego wyboru. Jak wiadomo, koty są dość specyficzne, lubią chadzać własnymi ścieżkami, są obrażalskie i czasami zbyt pewne siebie. Znalezienie prawdziwego przyjaciela może się nie udać, kiedy ma się nadąsaną minę i charakterek, którego nie powstydziłaby się Mała Mi. Ale Homer się nie poddaje i szuka towarzysza na całe życie, a to czego się dowie na zawsze zmieni jego stosunek do otoczenia.

Książka w przystępny i obrazowy sposób ukazuje świat fauny i flory. Zwraca uwagę na fakt, że niektóre rośliny i zwierzęta żyją bardzo blisko siebie, choć nie należą do tego samego gatunku. Wspierają się, pielęgnują oraz ostrzegają w razie niebezpieczeństwa. Są również takie, które tylko udają przyjaciół, by zwabić ewentualnego przybysza, a potem ze smakiem go skonsumować. Ciekawostek z życia grzybów, roślin i zwierząt jest w książce wiele, a dzieciaki mają okazję z bliska przyjrzeć się ich relacjom.

Nie do przegapienia.

100_3855

Moja ocena: 5/6
 
Ilustracje: Emilia Dziubak
Tytuł: "Niezwykłe przyjaźnie. W świecie roślin i zwierząt" 
Oprawa: twarda
Ilość stron: 28
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

Słowa na niedzielę...

dosia1331

Czy można przejść obojętnie obok książki, która rozpoczyna się w te sposób? Panie i Panowie, oto Cassandra, charyzmatyczna bohaterka powieści Dodie Smith, "Zdobywam zamek", książki zaliczanej do klasyki literatury angielskiej.

"Piszę, siedząc na kuchennym zlewie. To znaczy - trzymam w nim nogi; reszta mnie siedzi na blacie suszarki, którą wymościłam kocykiem naszego psa i ocieplaczem na dzbanek do herbaty. Nie mogę powiedzieć żeby było mi naprawdę wygodnie, no i jest coś przygnębiającego w zapachu karbolowego mydła, ale tylko do tej części kuchni dochodzi jeszcze trochę światła dziennego. I wiem już, że siedzenie w miejscu, gdzie się wcześniej nigdy nie siedziało, może być inspirujące - swój najlepszy wiersz napisałam na kurniku. Ale i tak nie był to dobry wiersz. Stwierdziłam, że moja poezja jest tak zła, że nie wolno mi pisać nic więcej." 

Dodie Smith, "Zdobywam zamek", str. 7, Świat Książki, Warszawa 2013 r. 

Do miłego zaczytania! 

A może picturebook? "Pewnego razu w Londynie" Gregory Rogers

dosia1331

100_3790

Żeby była jasność, nie jestem fanką picturebooków, nie przepadam za tego rodzaju książkami, ale wiem, że dzieci bardzo je lubią, bo są znakomitym polem do popisu dla ich wyobraźni. Zresztą wielokrotnie mogłam się o tym przekonać, kiedy moja córka wymyślała własną opowieść na temat zamieszczonych w książce ilustracji albo interpretowała je w taki sposób, że płakaliśmy ze śmiechu. 

Picturebook, czyli? No właśnie, dlaczego wciąż posługujemy się taką o formą, może należałoby poszukać w języku polskim odpowiednika tego słowa. Picturebooki to historie obrazkowe, a więc opowieści pozbawione tekstu. Nie byłabym sobą, gdybym nie zaproponowała dzieciom zabawy i muszę przyznać, że ich słowotwórcze zdolności zrobiły na mnie wrażenie.  Z kilku mniej i bardziej poważnych propozycji wybraliśmy... obrazkowca. Nie mam pojęcia, czy nasza nazwa w pełni oddaje to, czym faktycznie jest picturebook, ale przewodnicząca, Zosia, uznała, że tak ma być i już. Nie ma picturebooka, jest obrazkowiec i basta! 

Przyznaję, że mój początkowy sceptycyzm szybko ustąpił miejsca ciekawości. Gregory Rogers nie proponuje banalnej historyjki, ale ambitną opowieść w stylu, co by było, gdybyśmy mogli podróżować w czasie. Okazuje się, że ewentualna kapsuła czasu w postaci skomplikowanej maszynerii jest absolutnie zbędna, o czym przekonał się pewien chłopiec, który trafił na scenę Globe Theatre za panowania Tudorów. Jak to się stało? Cóż, wystarczy piłka, zbita szyba w teatrze i peleryna, by przenieść się do czasów elżbietańskich, na dodatek wprost przed szekspirowską widownię. Nie opowiem, co się wydarzyło, kogo chłopiec spotkał, przed kim uciekał, ani z kim się zaprzyjaźnił. Otwórzcie książkę i przekonajcie się, jak wyglądał świat kilkaset lat temu.

Na uwagę zasługują akwarelowe ilustracje, które doskonale przybliżają czasy panowania królowej Elżbiety (budynki, stroje z epoki). Dynamiczna i barwa opowieść Rogersa spodoba się dzieciom w różnym wieku, zwłaszcza że ilość szczegółów do zauważenia i możliwości interpretacji tej historii jest wiele. Nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was do Londynu. Warto!

100_3792

Moja ocena: 5/6

Autor: Gregory Rogers
Tytuł: "Pewnego razu w Londynie"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 40
Rok wydania: 2018
Literówka

Zdecydowanie przyciąga - "Magnes" Lars Saabye Christensen

dosia1331

100_3771

Przyznaję, że "Magnes" Larsa Saabye Christensena jest dla mnie miłym zaskoczeniem, zresztą bardzo dobrze czytało mi się tę powieść i nie ukrywam, że zaznaczyłam w niej mnóstwo ciekawych fragmentów. Pod koniec lektury książka mieniła się wszystkimi kolorami tęczy, co tylko potwierdza fakt, że spotkanie z prozą norweskiego pisarza uważam za udane. Jeżeli z góry skreślacie książki liczące sobie więcej, niż czterysta stron, to być może w ogóle nie weźmiecie pod uwagę "Magnesu", ale czasem warto dać szansę dłuższej opowieści, zwłaszcza gdy jest tak wybornie napisana. Momenty przegadania, które tu i ówdzie się autorowi przytrafiły, wspaniałomyślnie wybaczam. Gadulstwo może być całkiem przyjemne.

Lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku, Oslo. Synne Sager i Jokum Jokumsen. Nic nie wskazywało na to, że tych dwoje połączy coś więcej, niż przyjaźń. A jednak zakompleksiony Jokum i pewna siebie Synne postanowili być razem. Przewrażliwiony na punkcie swojego wzrostu i nietypowego imienia mężczyzna był przekonany, że już zawsze będzie obiektem niewybrednych żartów. Piękna Synne na pozór nie boryka się z żadnymi problemami, ale dorastanie w nieszczęśliwej rodzinie to bagaż na całe życie i jego ciężar wielokrotnie da o sobie znać. Nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy tych dwojga, gdyby nie obiad, na który Jokum zaprosił koleżankę z miasteczka studenckiego. Student literatury i studentka historii sztuki zostają parą. Jakiś czas później wyruszają do San Francisco. Żyli długo i szczęśliwie? To byłoby zbyt proste, bo rzeczywistość często weryfikuje plany i marzenia. Zresztą nic nie trwa wiecznie. Poza tym zawsze istnieje ryzyko, że jedna ze stron kocha tak mocno, że nie zauważa pewnych sygnałów albo nie chce ich dostrzec. No, właśnie, jak to jest z tą miłością Synne i Jokuma, i czy w ogóle tak można określić łączącą ich relację? O tym przekonacie się czytając powieść Larsa Saabye Christensena. 

Nie ukrywam, że "Magnes" robi wrażenie i to nie tylko za sprawą objętości, czyli ponad tysiąca stron do przeczytania, ale przede wszystkim dlatego, że to znakomicie napisana książka. Epicki rozmach, ciekawa kompozycja, świetnie kreacje, zwłaszcza głównych bohaterów i coś w rodzaju gry autora toczonej z czytelnikiem w postaci dygresji, jak chociażby ta, którą pozwalam sobie zacytować: "No, owszem, czas, czytanie wymaga czasu i nawet jeśli człowiek poświęca na lekturę cały czas, jaki ma do dyspozycji - a musi, niestety, również pracować, między innymi po to, aby było go stać na zakup książek - to i tak nie starczy mu czasu na przeczytanie wszystkiego. Innymi słowy, istnieje radykalna niewspółmierność pomiędzy czasem a literaturą, a ponieważ na czas nie bardzo da się wpłynąć, powinno się zamiast tego ograniczyć literaturę; można by sobie wyobrazić lata wolne od wydań nowych książek, żeby czytelnicy mogli nadgonić, uzupełnić braki, zaktualizować się na tyle, na ile to możliwe; nie byłoby również nierozsądne narzucenie pewnych ograniczeń autorom, często cierpiącym na słowotok i próżnym, za to pozbawionym korekty wstydu, co bywa bardzo nieszczęśliwą kombinacją". Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Christensen puszcza czytelnikowi oko i jednocześnie trochę się tłumaczy. Dodam tylko, że takich smaczków jest w powieści norweskiego pisarza znacznie więcej i naprawdę trudno przejść obok nich obojętnie. Poza tym "Magnes" przyciąga interesującą fabułą, bo miłość, która wydaje się być na pierwszym planie, często stanowi tło dla innych tematów i mam tutaj na myśli sztukę, literaturę, kulturę. Ale to również opowieść o czasie, zwłaszcza że z każdym dniem jesteśmy coraz bliżej końca naszego życia i chyba tylko fotografie potrafią ten czas w pewien sposób zatrzymać i różne wydarzenia utrwalić. 

100_3776

Książka nie na jeden, a z pewnością kilka wieczorów, ale absolutnie warta poświęconego na nią czasu. Niebanalna proza Larsa Saabye Christensena spodoba się czytelnikom, którzy w literaturze szukają czegoś więcej. 

Moja ocena: 5/6

Autor: Lars Saabye Christensen
Tytuł: "Magnes"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 1041
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo Literackie

Słowa na niedzielę...

dosia1331

100_3753

Listopad bez "Doliny Muminków w listopadzie" nie byłby, że się tak wyrażę, listopadowy. Zapraszam na drugą odsłonę cyklu: Słowa na niedzielę.

"Filifionka wiedziała, że nadeszła jesień, i zamknęła się w środku. Jej dom wydawał się całkowicie nieprzystępny i opustoszały. Lecz ona była w nim, schowana w jego najgłębszym wnętrzu, za szczelnymi ścianami i murem świerków zasłaniających okna.           
Spokojne przechodzenie jesieni w zimę wcale nie jest przykrym okresem. Zabezpiecza się wtedy różne rzeczy, gromadzi się i chowa jak największą ilość zapasów. Przyjemnie jest zebrać wszystko, co się ma, tuż przy sobie, możliwie najbliżej, zmagazynować swoje ciepło i myśli i skryć się w głębokiej dziurze, w samiutkim środku, tam gdzie bezpiecznie, gdzie można bronić tego, co ważne i cenne, i swoje własne. A potem niech sobie sztormy, ziąb i ciemności przychodzą, kiedy chcą. Niech się tłuką o ściany, szukając po omacku wejścia, i tak go nie znajdą, bo wszystko jest zamknięte, a w środku siedzi ten, kto był przezorny, siedzi i śmieje się, zadowolony z ciepła i samotności.               
Są tacy, co zostają w domu, i tacy, co odchodzą. Zawsze tak było. Każdy może sam wybrać, ale musi to zrobić, póki jeszcze czas, i w żadnym razie nie rozmyślić się."
 
100_3761
 
Tove Jansson, "Dolina Muminków w listopadzie" (zbiorowe wydanie, księga druga), str. 405, "Nasza Księgarnia", Warszawa 2014 r.

 

Do miłego zaczytania!

Cukierek albo psikus? Wybieram "Dziady" Adama Mickiewicza

dosia1331

100_3730

"Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,
Co to będzie, co to będzie?"
 

Nie mam nic przeciwko Halloween, udekorowanym dyniom, fikuśnym kapeluszom, upiornie pomalowanym twarzom itp. itd. Jednak dla mnie to dzień, jak każdy inny, nie celebruję go, nie pozwalam moim dzieciom pukać do drzwi obcych domów w nadziei na zebranie worka słodyczy. Koszmarne kostiumy też nie wchodzą w grę. Z drugiej strony nie zabraniam im wykonania z dyni lampionu lub innych ozdób nawiązujących do tego święta. Jednak wszystko w granicach rozsądku i bez szaleństwa rodem z horroru. Poza tym gdzieś z tyłu głowy zawsze pojawia się myśl, że to nie jest nasze święto, tylko efekt mody, a właściwie kopiowanie innej kultury. Korowody zombie, zwłaszcza na amerykańskich ulicach, które tego dnia pokazują wszystkie stacje telewizyjne, też mnie nie bawią, raczej zastanawiam się, po co oni to robią? Zdecydowanie bliższa jest mi słowiańska tradycja, czyli Dziady.

100_3247

Noc z 31 października na 1 listopada zawsze uważano za wyjątkową, wręcz magiczną. Wierzono, że wtedy przenika się świat żywych i zmarłych, dlatego powinno się odpowiednio ugościć ewentualnego przybysza z zaświatów, a rozpalone ogniska miały wskazywać mu drogę do domu. Ludzie byli przekonani, że w tę noc dzieją się rzeczy niewytłumaczalne, a i obecność demonów jest bardzo prawdopodobna, stąd różne metody odstraszania złych mocy. Wiele z tych obrzędów zostało utrwalonych w literaturze i sztuce, a znakomitym tego przykładem jest II część "Dziadów" Adama Mickiewicza.

20181031_202723

Cukierek albo psikus? Wybieram "Dziady" Adama Mickiewicza. Poznajcie albo przypomnijcie sobie ten znakomity utwór dramatyczny oraz otwierający go wiersz, "Upiór", którego fragment pozwalam sobie zacytować:

"Serce ustało, pierś już lodowata,
Ścięły się usta i oczy zawarły;
Na świecie jeszcze, lecz już nie dla świata!
Cóż to za człowiek? - Umarły."

 

 

Kolorowa "Rafa koralowa" Katarzyny Bajerowicz

dosia1331
100_3699
 
"Rafa koralowa" Katarzyny Bajerowicz to kolejna bardzo ciekawa książka dla dzieci, która właśnie ukazała się na rynku wydawniczym nakładem "Naszej Księgarni" i która od razu przypadła nam do gustu. Jak zwykle lekturę rozpoczęliśmy od wertowana książki i przyznaję, że jest nie tylko ładnie wydana, ale zawiera mnóstwo ciekawej i ważnej treści. Podwodny świat jest na tyle interesujący, że podglądanie tego, co dzieje się pod powierzchnią wody stanowi czystą przyjemność, a przy okazji wartościową lekcję o faunie i florze. Dziecko ma okazję nie tylko poznać mieszkańców rafy koralowej, ale w ogóle dowiedzieć się, czym ona jest i jakie zadanie spełnia, co stanowi zagrożenie dla jej istnienia i w jaki sposób należy postępować, by minimalizować negatywne skutki postępu cywilizacyjnego. Sporo mówi się obecnie o plastiku oraz jego fatalnym wpływie na środowisko i o tym również przeczytacie w książce. W morzach i oceanach znajdują się tony śmieci, które niszczą przyrodę i przyczyniają się do wymierania kolejnych gatunków roślin i zwierząt. Przeglądając książkę Katarzyny Bajerowicz warto porozmawiać z dzieckiem na temat ekologii, by wiedziało, jak ważne jest dbanie o Ziemię, która jest naszym wspólnym domem. 
 
100_3708
 100_3714
 
Bohaterami książki są żółwie, kolorowe rybki, ośmiornica, rozgwiazdy, raki pustelniki, koniki morskie, płaszczka i wiele innych ciekawych stworzeń, które wiodą różny tryb życia, nocny i dzienny. Zresztą rafa koralowa tętni życiem nieustannie i jest po prostu zjawiskowa. Koralowce potrafią się rozmnażać, co należy do jednych z najpiękniejszych zjawisk w przyrodzie. Ten swoisty spektakl można obserwować tylko raz w roku, po pełni księżyca. Wówczas nad rafą unoszą się komórki rozrodcze, a ruch wody i gra świateł tworzą niesamowite wrażenie. Rafa koralowa to cud natury, olbrzymi ekosystem i schronienie dla licznych gatunków stworzeń.
 
100_3712
 
Jeżeli macie w domu małego wielbiciela przyrody, to "Rafa koralowa" z pewnością okaże się strzałem w dziesiątkę. Poza tym to znakomita książka dla dzieci, które lubią zajęcia plastyczne. Na pewno ucieszy je możliwość wykonania akwarium i kolorowych mieszkańców rafy koralowej.  
 
Moja ocena: 5/6
 
Autor: Katarzyna Bajerowicz
Tytuł: "Rafa koralowa" 
Oprawa: twarda
Ilość stron: 28
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

Słowa na niedzielę - zapowiedź nowego cyklu na blogu

dosia1331

Często pytacie, co aktualnie czytam albo jaką książkę, niekoniecznie nowość, polecam. Nie ukrywam, że bardzo cieszy mnie to zainteresowanie, a świadomość, że tak licznie i chętnie odwiedzacie mnie na blogu z pewnością motywuje do kontynuowania tej  przygody. Większość z Was doskonale wie, że nie jestem w stanie prezentować wszystkich lektur i niestety wiele wspaniałych książek po prostu pomijam. Wychodząc naprzeciw Waszym oczekiwaniom postanowiłam rozpocząć na blogu nowy cykl, a mianowicie Słowa na niedzielę, w którym za pomocą wybranego fragmentu książki spróbuję zachęcić Was do jej przeczytania. Nie będę zdradzać fabuły, ani dzielić się wrażeniami na jej temat. Sami zdecydujecie, czy wybrany przeze mnie fragment książki jest na tyle interesujący, by sięgnąć po tytuł. W ten sposób na blogu pojawi się znacznie więcej książek, które moim zdaniem zasługują na uwagę. To tak tytułem wstępu. Zapraszam na pierwszą odsłonę cyklu.

100_3716

"No, owszem, czas, czytanie wymaga czasu i nawet jeśli człowiek poświęca na lekturę cały czas, jaki ma do dyspozycji - a musi, niestety, również pracować, między innymi po to, aby było go stać na zakup książek - to i tak nie starczy mu czasu na przeczytanie wszystkiego. Innymi słowy, istnieje radykalna niewspółmierność pomiędzy czasem a literaturą, a ponieważ na czas nie bardzo da się wpłynąć, powinno się zamiast tego ograniczyć literaturę; można by sobie wyobrazić lata wolne od wydań nowych książek, żeby czytelnicy mogli nadgonić, uzupełnić braki, zaktualizować się na tyle, na ile to możliwe; nie byłoby również nierozsądne narzucenie pewnych ograniczeń autorom, często cierpiącym na słowotok i próżnym, za to pozbawionym korekty wstydu, co bywa bardzo nieszczęśliwą kombinacją".

Lars Saabye Christensen, "Magnes", str. 21, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018 r.

Do miłego zaczytania!

O przyjaźni Astrid Lindgren z Louise Hartung - "Ja także żyłam! Korespondencja"

dosia1331

100_3686

Bardzo ubolewam nad tym, że chyba bezpowrotnie minęły czasy, kiedy ludzie pisali do siebie listy. Było w tym coś absolutnie magicznego. Pamiętam, jak kupowało się papeterię, wybierało spośród różnych wzorów ten najbardziej nam odpowiadający. Przez kilka lat korespondowałam z poznaną na Węgrzech Monicą, która miała przepiękny charakter pisma i tylko ja wiem, ile wysiłku wkładałam w to, by moje pismo wyglądało znośnie. Nie do końca jestem przekonana, czy lektura cudzej korespondencji należy do moich ulubionych zajęć, ale są postaci, które na tyle mnie fascynują, że listy traktuję jako kolejne źródło wiedzy na ich temat. 

Doskonale wiecie, że uwielbiam twórczość Astrid Lindgren, że co jakiś czas prezentuję na blogu jej książki i niezmiennie zachwycam się niebywałym talentem prozatorskim słynnej na całym świecie szwedzkiej pisarki. Wracam do jej książek i otulam się nimi, jak ciepłym kocem, bo kojarzą mi się z beztroskim czasem dzieciństwa. Moja fascynacja Astrid Lindgren i niepohamowany apetyt na jej książki trwa odkąd pamiętam, ale jak można nie kochać kobiety, która podarowała czytelnikom tak wiele pięknych historii. Astrid Lindgren daleka była od pouczania, moralizowania i nakazywania czegokolwiek w swojej twórczości. Autorka "Pippi Pończoszanki" znana była z ogromnego poczucia humoru, dystansu oraz dużej skromności. Życie spędziła w mieszkaniu przy ulicy Dalagatan 46 w Sztokholmie, gdzie ponoć wszędzie leżały książki jej autorstwa. O niezwykłej popularności Astrid Lindgren świadczy nie tylko ilość sprzedanych książek, ekranizacje jej powieści, czy nagrody literackie, ale również fakt, że jej imieniem Rosjanie nazwali jedną z asteroid (3204), co sama zainteresowana skwitowała z właściwym sobie wdziękiem i poczuciem humoru słowami: "od tej chwili możecie o mnie mówić Asteroida Lindgren". 

Wybaczcie mi to odejście od tematu, bo miało być o listach, które Astrid Lindgren wymieniała z Louise Hartung. Zatem do rzeczy. Ich korespondencja to ponad sześćset listów pisanych przez jedenaście lat przyjaźni. Panie po raz pierwszy spotkały się w powojennej Europie i szybko doszły do wniosku, że bardzo wiele je łączy i świetnie czują się w swoim towarzystwie. Astrid podziwiała Louise i wiele razy dawała temu wyraz w listach do niej adresowanych. Louise była zafascynowana postacią pisarki i jednocześnie zdeterminowaną pracownicą Głównego Urzędu do Spraw Młodzieży w Berlinie, której celem było wprowadzenie książek Astrid Lindgren na niemiecki rynek wydawniczy. Z listów wyłania się obraz dwóch nietuzinkowych kobiet, odważnych i przebojowych, świetnie orientujących się w sprawach dotyczących kultury, literatury i polityki. Obie zapracowane do granic możliwości, ale potrafiące wyłuskać odrobinę czasu, by w liście zrelacjonować jakieś wydarzenia, zwierzyć się ze słabości, podzielić wrażeniami na temat przeczytanej książki. Louise to silna osobowość, zahartowana przez wojnę kobieta, która wiele przeżyła i wiele złego widziała. Astrid to wrażliwa dusza, uosobienie dobroci, znakomita obserwatorka i interpretatorka ówczesnej rzeczywistości. Uderzające jest w tej korespondencji to, że jest ona niczym rozmowa, wprawdzie na odległość, ale jednak rozmowa. Panie doskonale się uzupełniały, jakby czytały w swoich myślach. Znikały gdzieś dzielące je kilometry, a pozostawała niczym nieskrępowana dyskusja dosłownie o wszystkim. Astrid Lindgren była dla Louise Hartung kimś więcej niż tylko przyjaciółką, ale ta znajomość nigdy nie przerodziła się w coś poważniejszego, z czym ta druga nie do końca potrafiła się pogodzić.

Nie ukrywam, że tę korespondencję czyta się znakomicie, zwłaszcza że jest skarbnicą wiedzy na temat obu bohaterek, ale również świadectwem tamtych czasów. Na uwagę zasługuje charakter tych listów, dobór słów, dbałość o szczegóły. To wszystko jest po prostu pięknie napisane. I te czarno-białe zdjęcia Astrid Lindgren i Louise Hartung. Lektura obowiązkowa.

Moja ocena: 6/6

Autorki: Astrid Lindgren, Louise Hartung
Tytuł: "Ja także żyłam! Korespondencja"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 576
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

W podróży po Rosji -"To jest taki Russian Style!" Maciej Stroiński

dosia1331

100_3667

Nastawiłam się na porządny reportaż, na arcyciekawą opowieść o Rosji, a otrzymałam książkę, o której właściwie mam niewiele do powiedzenia, bo nie znalazłam w niej nic szczególnego. Wprawdzie na moją wyobraźnię chwilowo podziałała podróż autora Koleją Transsyberyjską, ale opisał ją w tak oszczędny sposób, że właściwie pamiętam tylko tyle, że gdzieś w trakcie postoju pociąg odjechał bez pewnej rodziny. No, ale tak to ponoć w Rosji jest, że punktualność to sprawa bardzo umowna, a pasażerowie wcale nie muszą zostać powiadomieni o zmianie rozkładu jazdy i nikogo nie obchodzi, czy zdążyli wsiąść. 

Nie mam pojęcia, czy obecna Rosja przypomina tę opisaną w książce, zwłaszcza że "To jest taki Russian Style!" jest zapisem podróży, którą Maciej Stroiński odbył piętnaście lat temu w towarzystwie kolegi, Arkadiusza Kotlińskiego. Ich zawodowe drogi dawno się rozeszły. Kotliński wrócił jeszcze do Irkucka, ale Stroiński do Rosji ponownie się nie wybrał, więc to, o czym możemy przeczytać w książce niekoniecznie jest aktualne. Wprawdzie Bajkał wciąż znajduje się w tym samym miejscu i pewnie było kilku śmiałków, którzy podobnie, jak autor zdecydowali się wskoczyć do najgłębszego jeziora na świecie, a obowiązkowym punktem każdej wycieczki nadal jest przepiękna Cerkiew Błogosławionego Wasyla na Placu Czerwonym, to jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że teraz pewnie powstałaby kompletnie inna opowieść. Poza tym w trakcie lektury zastanawiałam się, czy ta podróż była odpowiednio zorganizowana, bo tłumaczenie wszystkiego hasłem: "To jest taki Russian Style!" wydaje mi się dość powierzchowne. Zabrakło mi głębszej analizy tego, co wydarzyło się w trakcie podróży przez Rosję, a pragnę zauważyć, że bohaterowie tej książki pokonali 12 000 kilometrów, więc z pewnością było o czym pisać. Zachwyty nad rudą milicjantką w bluzce bez stanika przemilczę. Sytuację ratuje opowieść o kopalni złota i strażniku gotowym użyć broni na wypadek ewentualnej kradzieży. Jednak najlepsze fragmenty w książce dotyczą zwykłych ludzi, ich gościnności, serdeczności i ciekawości drugiego człowieka. Ale moje największe zastrzeżenia budzi styl, w jakim ta książka została napisana, trochę szkolny, co jest dość zaskakujące, zważywszy na fakt, że autor jest doświadczonym dziennikarzem.

100_3672

"To jest taki Russian Style!" to przystępnie napisana książka na jeden wieczór, która pokazuje zderzenie autora z rosyjską rzeczywistością, na którą chyba nie był przygotowany. Irytujące są zwłaszcza utarczki ze służbami mundurowymi i nieco dziecinne zachowanie autora w trakcie wyjaśniania różnych sytuacji. Dużo większą dojrzałością wykazał się jego towarzysz podróży, który wyszedł z założenia, że w Rosji absurd goni absurd i albo się podporządkujesz, albo będziesz miał kłopoty. 

Moja ocena: 4/6

Autor: Maciej Stroiński
Tytuł: "To jest taki Russian Style! 12 000 kilometrów na kraniec Rosji... i z powrotem"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 208
Rok wydania: 2018 
Oficyna 4eM

"Filip, lis i magia słów" Elżbieta Zubrzycka

dosia1331

100_3644

Mało obrazków - stanowczo stwierdza Zosia. Ale zobacz, jakie ładne - odpowiadam córce i pokazuję kolejne ilustracje w nadziei, że zmieni zdanie, bo coś mi się wydaje, że nie o ilość chodzi. Wcale nie, ten królik ma złą buzię - ripostuje Zośka i naśladuje minę jednej z postaci. Może coś go zdenerwowało - próbuję ratować sytuację, bo jestem po lekturze i wiem w czym rzecz. 

Nie mam pojęcia, dlaczego moja córka tak surowo oceniła ilustracje Klary Wincenty, bo ja jestem innego zdania. Bardzo podobają mi się zwłaszcza te, które stanowią połączenie fotografii z ilustracją. Zresztą pięknie uzupełniają leśną opowieść Elżbiety Zubrzyckiej. Nie znam poprzednich tomów tej serii, ale z przyjemnością do nich zajrzę, bo "Filip, lis i magia słów" to nie tylko ciekawe opowieści, których bohaterami są zwierzęta, ale spora dawka wiedzy na temat dziecka, rozumienia jego potrzeb, interpretowania zachowania i emocji towarzyszących różnym sytuacjom. Dziecko jest znakomitym obserwatorem, bacznie przygląda się temu, co się wokół niego dzieje i doskonale potrafi pewne sprawy nazwać i różne słowa zapamiętać. Dobrym przykładem jest opowiadanie, w którym zajączek widzi, jak jego tata świetnie bawi się w towarzystwie innego małego zajączka i jest mu przykro, że obcemu poświęca więcej uwagi niż własnemu dziecku. Autorka wykładała psychologię na Uniwersytecie Gdańskim i prowadziła zajęcia dla dzieci, łatwo dostrzec, że jej opowieści zawierają mnóstwo wskazówek dydaktycznych dla rodziców i nauczycieli. Na podstawie książki można przygotować się do rozmowy z dzieckiem na temat dobra, zła, miłości, przyjaźni, grzeczności, posłuszeństwa wobec rodziców oraz ekologii. Poza tym można wykorzystać tę książkę na zajęciach szkolnych. A dla dzieci lubiących bawić się w teatr niespodzianka na końcu publikacji.

100_36392

"My dorośli często mamy trudność w tym, by szczerze i dobrze myśleć o sobie. Nic dziwnego, dom rodzinny, wychowanie i środowisko nie zawsze dostatecznie nas wspierały. Warto to zmienić. Zamiast się po cichu krytykować - lepiej powiedzieć sobie, że rodzice są trampoliną, z której odbija się dziecko, by polecieć wyżej." Trudno nie przyznać racji autorce, bo rzeczywiście jest tak, że bardzo często wystawiamy sobie zbyt niską ocenę, widzimy wady i nie dostrzegamy zalet. O wielu sprawach nie potrafimy rozmawiać, wielu emocji nazwać. Bywa, że nieświadomie popełniamy błędy naszych rodziców. Książka dr Elżbiety Zubrzyckiej może zatem pełnić rolę terapeutyczną, bo w sposób jasny i klarowny pokazuje naszą codzienność. Też czasem, jak bohaterowie książki, jesteśmy zmęczeni, źli, nieodpowiedzialni albo niewłaściwie oceniamy pewne sytuacje. Zdarza nam się również używać krzywdzących słów, które ktoś inny może pamiętać latami. Elżbieta Zubrzycka podpowiada, jak rozmawiać z dzieckiem i jakich błędów wychowawczych unikać. 

Moja ocena: 6/6

Autor: Elżbieta Zubrzycka
Tytuł: "Filip, lis i magia słów"
Ilustracja: Klara Wincenty
Ilość stron: 128
Rok wydania: 2018
Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne 

 

W poszukiwaniu siebie - "Jezioro" Bianca Bellová

dosia1331

100_3263

Spacerując kilka dni temu urokliwymi ulicami Pragi natknęłam się na kilka niewielkich księgarń. Była to dla mnie doskonała okazja by sprawdzić, co czytają nasi sąsiedzi, zwłaszcza że dyskretnie zerkałam na lektury, po które sięgali. W ofercie czeskich księgarń są również książki polskich autorów. Nie ukrywam, że podniosło mnie to trochę na duchu, bo wśród Polaków panuje słuszne przekonanie, że Czesi nas po prostu nie lubią. Miałam okazję się o tym przekonać i nie ukrywam, że ta nieodwzajemniona miłość trochę boli, ale to opowieść na zupełnie inną okazję, bo my tu przecież o literaturze, więc pozwólcie, że powrócę do tematu księgarń. Nie znalazłam ani jednej, w której miałabym ochotę zostać dłużej, pobuszować wśród regałów i wertować kolejne lektury. Zabrakło mi charakterystycznego klimatu małych księgarń, przyjaznej atmosfery, uśmiechu na twarzach pracowników, zwykłej uprzejmości. Witryny też takie sobie, raczej niefotogeniczne. Za to zauważyłam książki, które miałam przyjemność czytać w polskim przekładzie. Zresztą niektóre z nich były tak wyeksponowane, że trudno byłoby ich nie dostrzec. Mam na myśli chociażby książkę, którą przeczytałam tuż przed wyjazdem do Pragi, czyli "Jezioro" Bianki Bellovej. Wprawdzie nie opowiada o Pradze i próżno szukać w niej czeskiej mentalności, czy charakterystycznego poczucia humoru naszych południowych sąsiadów, ale z pewnością warto po nią sięgnąć. 

Boros to niewielka osada, z małą ilością mieszkańców, którzy nie mają pomysłu na poprawę jakości życia. Wierzą w Ducha Jeziora, łowią ryby i z akceptacją przyglądają się wysypce na swoich ciałach, która jest przyczyną kontaktu ze skażoną wodą i po której obok uporczywej oraz swędzącej egzemy pojawiają się inne dolegliwości. Mieszkańcy cierpią w milczeniu i z dobrodziejstwem inwentarza przyjmują to, co przynosi los. Wśród nich są dziadek, babcia i mały chłopiec. Wychowywany przez dziadków Nami dorasta i wie, że miał kiedyś mamę, bo jak przez mgłę pamięta kobietę, która się nim opiekowała, a o której babka uparcie milczy. Śmierć staruszki i różne okoliczności sprawiają, że Nami decyduje się opuścić osadę i wyruszyć w poszukiwaniu prawdy o sobie i swojej matce. 

Bianca Bellová oddała w ręce czytelników historię, która mogłaby konkurować ze znanymi powieściami dystopijnymi. Proszę nie uznać tego za komplement, bo większość z tych książek stanowi tanią rozrywkę dla nastolatek oczekujących przede wszystkim romantycznej opowieści o miłości. Pozwoliłam sobie na to uproszczenie tylko i wyłącznie z konieczności umiejscowienia "Jeziora" w konkretnym gatunku literackim. Bellová proponuje lekturę na zupełnie innym poziomie, wyprzedzającą podobne przynajmniej o kilka kroków. Poruszającą, głęboką i szalenie ciekawą historię dziecka, a potem młodego człowieka, którego celem staje się własna tożsamość. Nami czuje, że w jego życiorysie jest luka, która nie pozwala mu normalnie żyć, a jezioro jest dla niego źródłem nieszczęść, tragedii i panoszącego się zła. Poza tym po śmierci dziadków nic go w Borosie nie trzyma, zwłaszcza splugawiona przez rosyjskich żołnierzy pierwsza miłość. 

Szorstki i jednocześnie oszczędny styl Bellovej podkreśla niesamowity klimat panujący w powieści. Czeska pisarka umiejętnie stopniuje napięcie i sprawnie buduje atmosferę niepokoju. Czytelnik nie prześlizguje się przez tę historię, ale chłonie ją wszystkimi zmysłami. Autorka pozostawia dużą przestrzeń interpretacyjną, bezrefleksyjne czytanie nie ma więc racji bytu, zresztą to ten rodzaj prozy, który po prostu wymaga skupienia. Dużym atutem "Jeziora" są wyraziste postaci, każda z nich na swój sposób szczególna, wyjątkowa. Na uwagę zasługuje kompozycja powieści, podzielenie jej na cztery części, "Jajo", "Larwa", Poczwarka" "Imago", co w bardzo obrazowy sposób ukazuje przemianę głównego bohatera. Nami dorasta, dojrzewa, przepoczwarza się i przestaje patrzeć na świat oczami dziecka, któremu wystarczała jakaś tam wersja prawdy. "Jezioro" Bianki Bellovej można odczytać również jako powieść drogi, trudną i bolesną wyprawę w przeszłość. Ta podróż okaże się długa i wyczerpująca. Czy Nami znajdzie odpowiedź na wszystkie pytania? Przeczytajcie koniecznie.

Moja ocena: 5/6

Autor: Bianca Bellová
Tytuł: "Jezioro"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 224
Rok wydania: 2018 
Afera

 

Lingwistyczne akrobacje, czyli "Przezroczyste głowy" Daniela Odiji

dosia1331

100_3220

Biorę do ręki najnowszą książkę Daniela Odiji i pierwsze, co rzuca się w oczy to układ tekstu sugerujący, że być może mam do czynienia z wierszem. Nic bardziej mylnego, to opowiadania, choć tu i ówdzie brzmiące nieco poetycko. Nie znam literackiego dorobku autora "Przezroczystych głów", dlatego trudno mi wypowiadać się na temat jego twórczości w kontekście książek, które ukazały się wcześniej, a które ponoć były świetne, o czym świadczy chociażby obecność "Tartaku" wśród finalistów Literackiej Nagrody Nike w 2004 r. oraz "Kroniki umarłych" nominowanej do tej samej nagrody w 2011 r. Może to i dobrze, obejdzie się bez porównań. 

Moją uwagę przykuwa język i chyba na tym autorowi najbardziej zależało, bo ilość akrobacji lingwistycznych jest spora i momentami ociera się o przekombinowanie. Nie mam pojęcia, czy to jakiś rodzaj gry prowadzonej z czytelnikiem, czy też próba testowania jego wytrzymałości na mnogość eksperymentów językowych. Przyznaję, że chwilami miałam ochotę krzyczeć, mniej znaczy więcej, ale już chwilę później tonęłam w zachwycie, bo są w tym zbiorze opowiadania, które są po prostu znakomite. "Rzeka, "Cienka kartka", "Niepotrzebny" to utwory, które zdecydowanie świadczą o prozatorskim talencie Daniela Odiji. Płynę więc na fali lepszych i gorszych tekstów z nadzieją na coś, co mną wstrząśnie, zaniepokoi, wyrwie ze strefy komfortu. Porusza mnie wspomniana już "Rzeka" i próbuję sobie przypomnieć siebie sprzed lat i różne wydarzenia z dzieciństwa. Czy też byłam taka, jak bohaterka tego opowiadania? "W dzieciństwie drobne sprawy urastają do zdarzeń wpływających na losy świata" pisze autor, z czym zresztą trudno się nie zgodzić. Ale o niektórych tekstach, jak chociażby o "Przybieżeli", którego narratorem jest niemowlę, chcę zapomnieć. Kiepskie, po prostu. To wszystko pokazuje, że opowiadania Daniela Odiji to sinusoida.

Nie da się ukryć, że Odija pisze sugestywnie i bardzo sprawnie, co z pewnością docenią czytelnicy. Gdyby wykroić z tej książki opowiadania pretensjonalne i zostawić te, w których autor przedstawia nam świat i ludzi takimi, jakimi są w rzeczywistości, bez udziwnień i fragmentów, które nastolatki w formie cytatów wkładają w ramki, bo im się wydaje, że brzmią mądrze, to wystawiłabym "Przezroczystym głowom" najwyższą notę. Mam jednak delikatne uczucie niedosytu, bo chyba czegoś mi w tej książce zabrakło. Zastanawiam się również nad tym, czy jest to lektura, do której zechcę kiedyś wrócić. 

"Głowy opowiadały:
Ta o swoim życiu, tamta o swoim umieraniu.
Kolejna narzekała, gdy następna wychwalała.
Kłębiły się w nich nienawiść i miłość,
wybaczenie i przekleństwo, nuda i euforia."

 

Nie bez powodu pozwoliłam sobie na zacytowanie tego fragmentu, bo doskonale obrazuje to, co znajdziecie na kartach "Przezroczystych głów".

Moja ocena: 4.5/6
 
Autor: Daniel Odija
Tytuł: "Przezroczyste głowy"
Rysunki: Ludomir Franczak
Oprawa: miękka
Ilość stron: 204
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo Literackie

 

"Żar" Sándor Márai

dosia1331

100_3203

"Przeminął magiczny czas dzieciństwa i pozostało dwóch ludzi, splecionych więzami wymagającego, tajemniczego związku, którego imię pospolite brzmiało: przyjaźń."

Czy na pewno "Żar" jest powieścią o męskiej przyjaźni? Między bohaterami jest tak wiele niedopowiedzeń, niejasności i tak dużo negatywnych emocji, że naprawdę trudno tę relację nazywać przyjaźnią. Ich drogi rozeszły się czterdzieści jeden lat temu i od tego czasu nie utrzymywali ze sobą kontaktu. Wizyta gościa jest zatem okazją, by uporządkować przeszłość i znaleźć wytchnienie w teraźniejszości. Dociekliwość generała i jego umiejętność łączenia faktów są nie do zakwestionowania, ale czytelnik ma poczucie, że ewentualna wina nie jest jednostronna. Sándor Márai właściwie zrezygnował z dialogów, trudno zatem mówić o rozmowie bohaterów, to raczej monolog generała, którego emocjonalny stosunek do wydarzeń z przeszłości zamienia spotkanie po latach w przesłuchanie. Przyznać należy, że dość szczególne, bo na większość zadanych pytań generał sam odpowiada, jakby w ogóle nie oczekiwał wyjaśnień albo obawiał się potwierdzenia swoich podejrzeń. Milczenie gościa i jego zrezygnowaną postawę można rozumieć jako przyznanie się do winy, zwłaszcza że argumenty generała wydają się logiczne. Tych kilka godzin, które mężczyźni spędzą w swoim towarzystwie będzie trudne i bolesne dla obu stron. Być może ktoś, kogo generał uważał za przyjaciela wcale nim nie był. Chłód pomiędzy bohaterami "Żaru" jest wręcz namacalny, ale jednocześnie pozwala na surową ocenę wydarzeń z przeszłości, bo obu mężczyzn z pewnością więcej łączy niż dzieli. W grę wchodzi konieczność udowodnienia próby morderstwa i romansu żony generała z człowiekiem, który po latach zjawia się w jego domu. Wreszcie jest okazja, by poznać prawdę, zwłaszcza że generał składając elementy rozsypanej układanki dochodzi do zaskakujących wniosków.

Sándor Márai ujął mnie drobiazgowością narracji, pięknym językiem i wyjątkowym klimatem powieści. Skromna objętość i bogata treść, tak w dużym uproszczeniu można określić "Żar". Zresztą bardzo trafny jest tytuł powieści będący metaforą relacji łączącej bohaterów i znakomicie podkreślający jej charakter. W sercu generała wciąż tli się żar, który ma szansę zapłonąć żywym ogniem, by w proch obrócić  haniebne czyny i złe emocje, co być może pozwoli ukoić ból i po prostu zapomnieć o tym, co było. Czy nastąpi katharsis i przebaczenie? Przeczytajcie koniecznie, warto.

Moja ocena: 6/6

Autor: Sándor Márai
Tytuł: "Żar" 
Oprawa: miękka
Ilość stron: 167
Rok wydania: 2016
"Czytelnik"

"Krasnoludki. Fakty, mity, głupoty", czyli jak to jest z tymi krasnoludkami?

dosia1331

100_3187

"Czy to bajka, czy nie bajka, 
Myślcie sobie, jak tam chcecie. 
A ja przecież wam powiadam: 
Krasnoludki są na świecie. 
Naród wielce osobliwy. 
Drobny - niby ziarnka w bani: 
Jeśli które z was nie wierzy, 
Niech zapyta starej niani." 

Tak pisała Maria Konopnicka i miała absolutną rację, bo świat bez krasnoludków byłby strasznie smutny i nudny. Te małe stworki są bardzo sprytne i trzeba się mocno nagimnastykować, żeby je zauważyć. Poza tym to mistrzowie kamuflażu, potrafią wtopić się w tło, więc czasem naprawdę trudno je dostrzec. To dlatego mama myśli, że bałagan w pokoju jest winą dziecka. Zaspane oczy, które za nic nie potrafią się otworzyć to także sprawka krasnoludków oraz ich niewidzialnego kleju, którym smarują dziecięce powieki. Obarczyć należy je również wszelkimi spóźnieniami, bo bardzo lubią wskazówki zegara, bujają się na nich, jak na huśtawce, więc potem się nie dziwcie, że w jakimś miejscu pojawiacie się za późno. 

A jak wygląda krasnoludek? Czapeczka, czerwony kubraczek, pasek, botki i rumieńce. Tak, rumieńce to ich znaki szczególne. Poza tym rozróżniamy trzy typy krasnoludków, czyli leśne, domowe i bajkowe. Można je spotkać dosłownie wszędzie, więc wytężcie wzrok i dokładnie przyjrzyjcie się zakamarkom w waszych domach. Nie są wybredne, zagnieżdżą się nawet w pudełku z zapałkami albo w telewizorze, co może być kłopotliwe zwłaszcza w trakcie jakiegoś meczu. Były przypadki, gdy krasnoludki przejmowały piłkę na boisku i nawet Ronaldo nie był w stanie strzelić wtedy gola. A tak w ogóle to krasnoludki bardzo przypominają dzieci, są równie ciekawskie, gadatliwe i wszędzie ich pełno. Lubią żarty, dobrą zabawę i słodycze. Miewają też katar i wówczas strasznie marudzą, bo zatkany nos to coś okropnego. Na dodatek cierpią na jedną z chorób, która atakuje również nasze dzieci, a mianowicie smartfonoidozę maniakalną. Na szczęście można to choróbsko pokonać. Plac zabaw, spacer albo gry planszowe to świetne antidotum na tę przypadłość. 

100_3198

100_3199

100_3200

A tak serio, to książka jest cudowna. Kolorowa, zabawna i pięknie zilustrowana. Jak to jest z tymi krasnoludkami? Zajrzyjcie do książki, bo nie pisnę ani słowa więcej.

Dobrej zabawy i do miłego zaczytania!   

Moja ocena: 6/6

Autor: Maciej Szymanowicz
Tytuł: "Krasnoludki. Fakty, mity, głupoty"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 28
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

 

Dla mnie bomba! "Bzdurki, czyli bajki dla dzieci(i)innych" Artura Andrusa

dosia1331

100_3173

Artura Andrusa nikomu przedstawiać nie trzeba. Dziennikarza, satyryka, poetę, autora  tekstów piosenek, artystę kabaretowego i znakomitego konferansjera, którego charakterystyczny głos był jeszcze do niedawna wizytówką radiowej "Trójki" znają wszyscy. Tym razem macie okazję poznać kolejne wcielenie Artura Andrusa, bo nakładem "Naszej Księgarni" właśnie ukazały się "Bzdurki, czyli bajki dla dzieci(i)innych". 

100_3196

Opowiadanie  i czytanie od lat tych samych bajek może być nieco frustrujące, bo ileż razy można drżeć ze strachu przed wilkiem, jak Czerwony Kapturek? "Księżniczka na ziarnku grochu" też pewne ma już dość egzaminowania jej autentyczności. "Brzydkie kaczątko" w końcu wpadnie w depresję, bo ciągle udowadnia światu, że nie jest pokraką, a kandydatem na pięknego łabędzia. Dwóm Dorotkom też pewnie nie jest do śmiechu, że kolejne pokolenia czytają wciąż tę samą historię o złej i dobrej siostrze. Dziewczynki na zamianę ról nie mają szans, bo na przeszkodzie stoi ich imię. Za dużo zachodu z wymyśleniem innego. Przykłady bajek wałkowanych od lat można mnożyć w nieskończoność, zresztą sami bohaterowie są już zmęczeni i dlatego poprosili Artura Andrusa o interwencję w ich sprawie. Przejęty losem bajkowych postaci autor stworzył osiem opowieści, które czyta się z uśmiechem na twarzy. Humor, ironia, gra słów, zaskakujące puenty i odrobina morału czynią "Bzdurki..." bardzo przyjemną lekturą i co najważniejsze jakże odmienną od klasycznych bajek dla dzieci. Poza tym Artur Andrus zadbał również o to, by książka mogła znaleźć szerokie grono odbiorców, bo dziecko z pewnością zrozumie te teksty na zupełnie innym poziomie niż dorosły czytelnik. Wśród bajek są mniej i bardziej zabawne utwory. Fenomenalna jest zwłaszcza opowieść o "Rzodkiewkowej Królewnie" Sandrze Jolancie Jolancie, jej ojcu królu Spoko, Spoko i królowej - Tak Nie Można. 

100_3176

„Pomidor, pomidor, kaszka z mleczkiem, pochichrajmy się troszeczkę", zachęca autor. Ja pochichrałam się i to bardzo, czego również Państwu życzę. 

Trochę prozy, ciut wiersza, a wszystko to cudownie opowiedział Artur Andrus i odlotowo zilustrował Daniel de Latour. Dla mnie bomba! 

Moja ocena: 5/6

Autor: Artur Andrus
Tytuł: "Bzdurki, czyli bajki dla dzieci(i)innych"
Ilustracje: Daniel de Latour
Oprawa: twarda
Ilość stron: 112
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

 

Zaproszenie do Stumilowego Lasu - "Kubuś Puchatek" i "Chatka Puchatka" A. A Milne'a

dosia1331

100_3140

Nie mam pojęcia, co mną kierowało, gdy trzydzieści lat temu na stronie tytułowej "Kubusia Puchatka" A. A Milne'a nagryzmoliłam jakieś esy-floresy. Może chciałam dodać nieco koloru czarno-białym ilustracjom Ernesta H. Sheparda? Mój brak talentu do malowania jest ewidentny, o czym świadczą wspomniane bazgroły, za to książka, a w zasadzie dwie, bo "Kubuś Puchatek" i "Chatka Puchatka", należą do moich ulubionych książek z dzieciństwa. Bardzo się cieszę, że i moje dzieci pokochały "misia o małym rozumku" i wielkim sercu.

100_3149

Przygody mieszkańców Stumilowego Lasu cieszą się niesłabnącą popularnością na całym świecie, a sam Puchatek to dla wielu czytelników jedna z najważniejszych postaci literackich. Ręka w górę, kto nie ma w domu pluszowego Puchatka albo innej rzeczy z wizerunkiem najsłynniejszego wielbiciela miodu, wszak Kubuś Puchatek to ikona popkultury. 

Nakładem "Naszej Księgarni" właśnie ukazało się zbiorowe wydanie dwóch książek A. A. Milne'a, czyli "Kubuś Puchatek" i "Chatka Puchatka" z kolorowymi ilustracjami Ernesta H. Sheparda. Dużym sentymentem darzę moje stare wydanie, ale przyznaję, że trudno oprzeć się nowemu, zwłaszcza tak pięknie i starannie przygotowanemu. Ponadczasowe i uniwersalne opowieści ze Stumilowego Lasu doczekały się również wielu ekranizacji. Jedną z nich swego czasu zachwycał się mój syn, który każdy dzień rozpoczynał od bajki o swoim ulubionym misiu. Ale żadna animacja nie odda w pełni uroku książek. Niby proste opowieści, a jednak brytyjskiemu pisarzowi udało się przemycić w nich tak wiele ważnej treści. Przyjaźń, miłość, tolerancja, o tym traktują opowieści ze Stumilowego Lasu. "Kubuś Puchatek" i "Chatka Puchatka" to historie okraszone sporą dawką humoru, dowcipnymi dialogami i komizmem sytuacyjnym, co sprawia, że lektura jest prawdziwą przyjemnością. Zresztą to jedne z tych książek, które można czytać w każdym wieku i wciąż odkrywać w nich coś nowego. 

100_3146

"Puchatku, przyrzeknij, że nigdy o mnie nie zapomnisz. Nawet kiedy będę miał sto lat", prosił swego ukochanego misia Krzyś. Puchatek, jak to Puchatek, zastanowił się, ile on wtedy będzie miał lat. Ale to nieistotne, bo w Stumilowym Lesie czas płynie inaczej. Krzyś wciąż jest chłopcem, a Puchatek jego najlepszym przyjacielem.

Moja ocena: 6/6

Autor: A. A. Milne
Tytuł: "Kubuś Puchatek", "Chatka Puchatka"
Ilustracje: Ernest H. Shepard
Oprawa: twarda
Ilość stron: 301
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia" 

"Mały atlas motyli" Ewy i Pawła Pawlaków

dosia1331
100_3143
 
Mamusiu, piękne te motyle, jak prawdziwe - z uśmiechem na twarzy stwierdza Zosia i wertuje książkę Ewy i Pawła Pawlaków. Musimy takie zrobić, kolorowe, duże i małe, tylko potrzebujemy jakiś materiał.
Co możemy pociąć? - pyta moja córka.
Hmm, może kolorowe kartki? - odpowiadam i udaję, że nie słyszałam o materiałach.
Nie, potrzebuję materiał - stanowczy ton Zosi świadczy o tym, że raczej nie zrezygnuje.

Szukam więc czegoś, co mogę poświęcić, by moje dziecko mogło puścić wodze fantazji i wyczarować kolorowego motyla. Na stół trafia jedna z moich bluzek (żaden krzyk mody, oddaję bez żalu), różowa ściereczka, gąbka do naczyń, wycinanki, naklejki oraz inne cuda, z których zdaniem Zosi powstaną prawdziwe arcydzieła. Efekt końcowy przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Tylko w niewielkim stopniu pomogłam, więc tym większa radość Zosi, która w trakcie tworzenia motyla, wciąż powtarzała, "ja sama". Prawdziwa Zosia Samosia. Moja dziewczynka zainspirowana "Małym atlasem motyli" Ewy i Pawła Pawlaków teraz z dumą prezentuje własnoręcznie wykonanego owada i uparcie twierdzi, że zrobi ich więcej. Mam nadzieję, że moja garderoba zbytnio na tym nie ucierpi. 

100_3159

Nie ukrywam, że i ja jestem zachwycona książką i bardzo żałuję, że przegapiłyśmy "Mały atlas ptaków" autorstwa znakomitej pary ilustratorów, bo ich pomysły i sposób prezentowana przyrody jest wspaniały. Okazuje się, że za pomocą różnych technik plastycznych można oddać piękno natury i stworzyć motyle, które na pierwszy rzut oka wyglądają, jak prawdziwe. Na każdej stronie znajduje się skomponowany z różnych materiałów motyl, ale też fotografia, którą można porównać z pracą autorów. Krótki opis w połączeniu z atrakcyjną grafiką sprawia, że dziecko bardzo szybko przyswaja wiedzę i z pewnością wykorzysta ją w plenerze. Odróżnienie modraszka wieszczka od mieniaka tęczowca albo rusałki pawika od rusałki admirała na pewno nie będzie stanowiło problemu. Na kartach książki znajdziecie ponad dwadzieścia gatunków motyli, które można spotkać na terenie naszego kraju. 

100_3151

Piękna, rozbudzająca ciekawość świata książka.

Moja ocena: 6/6

Autor: Ewa Kozyra-Pawlak, Paweł Pawlak
Tytuł: "Mały atlas motyli"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 40
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

 

 

 

Lektura palce lizać! - "Czekoladki dla Prezesa" Sławomira Mrożka

dosia1331

100_3134

Czytelnik ma mieć ubaw po pachy. Taka myśl z pewnością przyświecała Sławomirowi Mrożkowi podczas tworzenia opowiadań, których głównym bohaterem jest Prezes. A ten nie jest byle kim. To autorytet, ojciec wszelakiego sukcesu, alfa i omega, umysł światły i błysk w oku. Wykonywanie jego poleceń to zaszczyt i uśmiech losu. Pal licho, że można zostać bez gaci i w ostatecznym rozrachunku z poczuciem, że coś tu jednak nie gra, ale Prezes kazał, więc wykonać trzeba.

Wielkie ego ma Prezes i niepohamowany apetyt na władzę, a ta wymaga ofiar. Ale czego nie robi się dla Prezesa i szeroko pojmowanego dobra ogółu. Nawet zniknąć w słusznej sprawie czasem wypada, jak zdarzyło się to pewnemu Kanceliście, który wprawdzie kierowany rozpaczą po stracie narzeczonej, ale jednak przepadł, by Uporządkować Sprawy Niezałatwione. Co miał do stracenia? Nic, absolutnie nic. Nikt nie będzie po nim płakał. Poza tym wszystkie zachcianki Prezesa, nawet te najbardziej absurdalne z uśmiechem na ustach i głębokim pokłonem spełnią Magazynier, Referent, Radca, Kasjer, Księgowy albo jacyś inni, chociażby na chwilę zatrudnieni emeryci. Udawać Mickiewicza na cokole? Nic prostszego, zrobi się! Pracownicy wpatrzeni w Prezesa uczynią wszystko, by przypodobać się przełożonemu. W grę wchodzi donosicielstwo, podlizywanie się do granic możliwości i kopanie pod kimś dołków. Mile widziana wrodzona głupota, bo sterowanie kimś, kto nie potrafi samodzielnie myśleć, to sytuacja wprost wymarzona. A Prezes bacznie obserwuje, kto jest z nim, a kto przeciwko niemu, by w porę zareagować. Kim jest Prezes? Prezesem! Proszę nie zadawać niewygodnych pytań.

100_3132

Zbiór humorystycznych opowiadań Sławomira Mrożka pod wiele mówiącym tytułem "Czekoladki dla Prezesa" to zapis absurdalnej biurowej rzeczywistości. Satyryczny obraz ludzi u władzy i tych, którzy znajdują się na niższych szczeblach pracowniczej hierarchii. Mrożek drwi i wyśmiewa ludzką głupotę, bezrefleksyjność oraz brak zdrowego rozsądku. Niepokojąco aktualne są teksty Mrożka, zwłaszcza gdy pomyślę o pewnym prezesie i jego świcie. Podobnych prezesów do tego, który jest bohaterem "Czekoladek..." wcale ze świecą szukać nie trzeba. Znajdą się tacy, których podnieca sam fakt, że się ich prezesami nazywa. Lubią, gdy się im stawia pomniki, nawet w postaci zasadzonego dębu swego imienia. Gorzej jeśli pod drzewkiem pojawi się pies, a ten jak wiadomo lubi znaczyć teren, więc pomysłodawca może mieć przegwizdane. Musi naprędce wymyślić coś, co przekona Prezesa, że jednak jest oddanym pracownikiem i warto mieć go przy sobie. Można też zwalić winę na kogoś innego, to bardziej bezpieczne.

Błyskotliwe i trafiające w sedno opowiadania Sławomira Mrożka czyta się znakomicie, wręcz z bezczelną satysfakcją i uwielbieniem dla prozatorskiego talentu pisarza. Krótkie, lecz treściwe "Czekoladki dla Prezesa" będą wspaniałym prezentem dla jakiegoś prezesa. Kto się odważy?

Pan i władca kontra sługi gotowe spełnić każde życzenie. Stosunki feudalne? W rzeczy samej. Lektura palce lizać! 

Autor: Sławomir Mrożek
Tytuł" "Czekoladki dla Prezesa"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 168
Rok wydania: 2018
Noir Sur Blanc

 

 

© MATKA POLKA CZYTAJĄCA
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci