Menu

MATKA POLKA CZYTAJĄCA

BLOG O KSIĄŻKACH

Przed nami jesień...

dosia1331

23270388_523115508041811_5675352693540370026_o

Wprawdzie trwa jeszcze lato, ale nie mam nic przeciwko kolorowej jesieni. Zresztą lubię tę porę roku, a dłuższe wieczory sprzyjają czytaniu. Cudownie jest umościć się w fotelu, przykryć kocem i po prostu czytać. Mam mnóstwo zaległości, bardzo dużo książek, których lekturę wciąż odkładam na później. Tymczasem w księgarniach, niczym grzyby po deszczu, pojawiają się nowości. Z niecierpliwością czekam zwłaszcza na "Ucho Igielne" Wiesława Myśliwskiego. 

Wybrałam kilka książek, które chciałabym zaproponować Wam na jesienne zaczytanie. Jestem pod ogromnym wrażeniem powieści "Cydr z Rosie". Dawkuję sobie tę lekturę, bo wiem, że trudno będzie mi się z nią rozstać. Literacka uczta. Laurie Lee ma niezwykły dar opowiadania. Powoli przymierzam się do "Jednej księżycowej nocy" Caradoga Pricharda, powieści uznawanej za klasykę literatury walijskiej XX wieku. W kolejce czeka Sándor Márai i jego "Żar". Kusi mnie ta powieść od dawna. Ponoć świetna, o czym mam zamiar niebawem się przekonać. Na blogu pojawi się także tekst o mistrzu ilustracji, czyli Janie Marcinie Szancerze. Wiele razy wspominałam na blogu o jego zachwycających ilustracjach i bardzo chciałbym pokazać Wam kolekcję książek z pracami mistrza. Nawiasem mówiąc, nie wyobrażam sobie niektórych historii bez jego ilustracji. Kilka dni temu skończyłam czytać autobiografię Szancera. Jeśli nie znacie, to polecam, bardzo przyjemna lektura i na dodatek pełna jego ilustracji. Poza tym po raz kolejny rozbawiły mnie "Czekoladki dla prezesa" Sławomira Mrożka. Lektura, palce lizać! Na pewno o niej napiszę. Co jeszcze pojawi się na blogu? Tego nie wiem, zresztą nie chcę planować, by później nie musieć tłumaczyć się z niezrealizowanego zadania, wszak nie samą literaturą człowiek żyje.

Przed nami jesień i wiele historii, które czekają na odkrycie. Aby tradycji stało się zadość, otwieram na blogu sezon na fotografie książek w towarzystwie: kasztanów, żołędzi, liści, drzew, jabłek, gruszek, śliwek, dyni, grzybów etc. 

100_31041

Pozdrawiam i do miłego zaczytania!

Pocieszona, czy niepocieszona po "Pocieszkach" Katarzyny Grocholi?

dosia1331

100_3090

Wiem, że Katarzyna Grochola ma liczne grono wielbicieli swojej twórczości. Wiem, że jej czytelnicy z niecierpliwością czekają na kolejne powieści, bo ponoć o życiu i w ogóle. I mimo to, że sama się do nich nie zaliczam i jest mi absolutnie obojętne, czy Katarzyna Grochola pracuje nad kolejną książką, czy też buja w obłokach, to jednak czasem zaglądam do jej książek. A może po cichutku liczę na to, że pisarka stworzy kogoś podobnego do roztrzepanej Judyty? Lubię Judytę i już. Nie przeczytałam wszystkich książek Katarzyny Grocholi, ale te, które trafiły w moje ręce były różne i nie nazwałbym ich literaturą z wyższej półki, raczej czytadłami do poduszki.

W najnowszym magazynie "Książki" znajduje się tekst Zyty Rudzkiej, w którym autorka genialnej moim zdaniem "Krótkiej wymiany ognia" nieco pastwi się nad "Pocieszkami" Katarzyny Grocholi. Nie wiem, czy dobrze zrobiłam czytając najpierw recenzję Zyty Rudzkiej, bo później w trakcie lektury "Pocieszek" szukałam tego, o czym niepochlebnie wyrażała się Rudzka. Z drugiej strony chciałam wiedzieć, co o twórczości Grocholi sądzi koleżanka po fachu i nie ukrywam, że zaskoczona nie jestem. Twórczość Rudzkiej diametralnie różni się od tego, co oddaje w ręce czytelników Grochola, ale nie byłabym aż tak radykalnie na nie, jeśli chodzi o "Pocieszki". Wiem, że są czytelnicy, którym taka literatura jest potrzebna i którzy nie dostrzegają w niej banalnych treści. Słowo pisane ma jednak moc. Bywają ludzie, którzy w takich książkach szukają podobieństwa pomiędzy sobą a bohaterem. Nie ma nic bardziej pocieszającego niż postać, której życie bardzo przypomina nasze, która boryka się z podobnymi problemami i która od czasu do czasu musi przełknąć gorzką pigułkę, by jakiś czas później niemal unosić się nad ziemią ze szczęścia. Takie właśnie są "Pocieszki" Katarzyny Grocholi, na pogodę i niepogodę, na dobry i zły nastrój, ku przestrodze i ku pokrzepieniu serc. Książka składa się z krótkich opowieści, anegdot z życia pisarki, jej bliskich i przyjaciół. Mniej lub bardziej zabawnych historii, napisanych serio i z przymrużeniem oka. 

Pocieszona, czy niepocieszona po "Pocieszkach" Katarzyny Grocholi? Jestem gdzieś pomiędzy. Czasu spędzonego na lekturze nie uważam za stracony, ale nie znalazłam w niej nic szczególnego. Nie porwały mnie te opowieści/felietony. Trudno byłoby mi wskazać, która z Pocieszek jest wyjątkowa, bo są to na tyle krótkie teksty, że właściwie bardzo trudno zapamiętać je na dłużej. Nawet tytuł w pewnym momencie wydał mi się nieadekwatny do treści. 

Na uwagę zasługuje bardzo staranne i ładne wydanie książki. Bonus w postaci ilustracji Andrzeja Pągowskiego, znakomity. Przyjrzyjcie się kocurowi na okładce. Dostrzegacie kogoś jeszcze, czy to tylko moja zbyt wybujała wyobraźnia? 


100_3098

Moja ocena: 4/6

Autor: Katarzyna Grochola
Ilustracje: Andrzej Pągowski
Tytuł: "Pocieszki"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 368
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo Literackie

Być odmieńcem - "O tym można rozmawiać tylko z królikami" Anna Höglund

dosia1331
100_3074
 
"Przyszedłem na świat pewnego wiosennego dnia trzynaście lat temu.
Prawie natychmiast tego pożałowałem".
 

Tak rozpoczyna się opowieść o kimś, kto czuje się zagubiony, wyobcowany, trochę obok życia. Nie jest mu łatwo, czasem chciałby zniknąć, rozpłynąć się gdzieś w przestrzeni. Czy to jego wina, że czuje, słyszy i widzi więcej niż inni? Czy to dlatego ma wrażenie, że nigdzie i do nikogo nie pasuje. Inni nie potrafią zrozumieć jego zachowania, posępnej miny, napływających do oczu łez. Nie chcą albo nie wiedzą, jak pomóc i czy w ogóle powinni. W końcu zapominają, bagatelizują, a ten ktoś coraz bardziej się oddala i już sam siebie nie poznaje. Nie pamięta, czy kiedykolwiek był szczęśliwy, choć czasem we śnie pojawiają się obrazy tego, jak powinno wyglądać normalne życie wśród przyjaciół i ludzi, których się lubi albo kocha. 

"Moi najbliżsi, to znaczy moi rodzice
stoją w kuchni bardzo blisko siebie,
a jednak odległość między nimi 
można liczyć w kilometrach".
 
Czym jest bliskość? Dotykiem, spojrzeniem, fizyczną obecnością? Czy mieszkanie pod jednym dachem jest bliskością, jeśli nawet ze sobą nie rozmawiamy i nie patrzymy sobie w oczy? A może bliskość to coś, czego trzeba się nauczyć, odnaleźć w sobie i czy w ogóle ma to jakikolwiek sens? Przecież jest tylu odmieńców, którzy jakoś funkcjonują, którzy zaakceptowali fakt, że są inni. To czego nie rozumieją nazywają bezsensem, by w ten sposób uciąć temat. Tak jest prościej. W towarzystwie próbują się dopasować, ale wtedy czują się, jak w przebraniu, niewygodnym, uwierającym kostiumie. Robienie dobrej miny do złej gry jest frustrujące. Ta nadwrażliwość bywa kłopotliwa, ale bardzo trudno się jej pozbyć. Nie można jej unicestwić, bo stała się częścią nas. I znowu to niezrozumienie, ta pogarda w oczach innych. A przecież nasz bohater się stara, chce pozbyć się lęku przed otoczeniem. Strach ma wielkie oczy, tak mówią, ale to żadne pocieszenie, skoro trzeba się z nim codziennie zmagać. A to boli, po prostu. I znowu łzy, palące pod powiekami wyrzuty sumienia, bo nie spełnia się czyichś oczekiwań. Na nic słowa otuchy, że z tego się wyrasta, kiedy tu i teraz jest źle. Błędne koło.

 

Czy jesteś królikiem, który wie, czuje, że jest inny? Czy też chciałbyś zniknąć? A może kiedyś nim byłeś i znasz sposób na wyjście z beznadziejnej sytuacji, którą ktoś nazywa dorastaniem, dojrzewaniem, a bywa że i fanaberią? Może znasz kogoś, kto ucieka do króliczej nory, boi się odezwać w towarzystwie i często powtarza, że coś jest bez sensu. Jeśli nie, to spróbuj go zrozumieć, nie musisz nic mówić, czasem lepiej milczeć. Ten ktoś może potrzebować pomocy, ale nic na siłę. Pokaż mu, że ci na nim zależy. Po prostu bądź...

100_3086

"O tym można rozmawiać tylko z królikami" to książka dla nastolatków, którzy borykają z różnymi problemami dorastania. Opowieść niezwykle poruszająca i dotykająca spraw najistotniejszych dla tego wieku. Bycie innym, nadwrażliwym, zaniepokojonym swoją odmiennością jest męczące dla obu stron. Młodzi ludzie czasem odczuwają bardziej. Bywa, że zamykają się w sobie, stronią od towarzystwa, uciekają, zaszywają się w bezpiecznej przestrzeni. Królicza nora jest zatem metaforą ich kryjówki, która często ogranicza się do czterech ścian pokoju. Ale to zamykanie się na świat i przekonanie, że już zawsze tak będzie to sygnał, że potrzebujemy pomocy, by w końcu zrzucić kostium królika i opuścić norę. 

Prosty tekst Anny Höglund i jej wspaniałe, choć nieco niepokojące ilustracje tworzą książkę ważną i potrzebą. "O tym można rozmawiać tylko z królikami" to historia, w której młodzi ludzie przejrzą się, jak w lustrze. Króliku, uszy do góry, życie jest piękne!

Moja ocena: 6/6

Autor: Anna Höglund
Tytuł: "O tym można rozmawiać tylko z królikami"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 60
Rok wydania: 2018
Zakamarki

[PRZEDPREMIEROWO] - "Królowa cukru" Natalie Baszile

dosia1331

100_3065

Charley Bordelon, czarnoskóra mieszkanka Los Angeles, otrzymuje dość nietypowy spadek, a mianowicie plantację trzciny cukrowej. Bardzo chętnie pozbyłaby się kłopotu, ale przebiegły ojciec zadbał o właściwe zapisy w testamencie, które to uniemożliwiają. Kobiecie nie pozostaje nic innego, jak tylko porzucić wygodne życie w mieście i wraz z córką przeprowadzić się do Luizjany. A to nie koniec problemów, bo na miejscu okazuje się, że z pracy zrezygnował zarządca, a Charley nie ma zielonego pojęcia o uprawie ziemi. Zaniedbana plantacja i rosnące koszty jej utrzymania spędzają sen z powiek i tylko utwierdzają Charley w przekonaniu, że sama sobie nie poradzi. Kobieta potrzebuje pomocy, ale przede wszystkim kogoś, kto zna temat i wie, jak utrzymać ziemię w dobrej kondycji, by ta zaczęła przynosić zyski. Tymczasem pojawia się przyrodni brat Charley, a wraz z nim problemy i sprawy, które wymagają wyjaśnienia...

Przez kilkanaście pierwszych stron nie mogłam pozbyć się wrażenia, że debiutancka powieść Natalie Baszile jest dość schematyczna i oparta na znanych motywach. Ale wraz z kolejnymi rozdziałami coraz bardziej zagłębiałam się w lekturę i muszę pochwalić autorkę przede wszystkim za wyraziste postaci kobiet, bo to one bezapelacyjnie wiodą prym w "Królowej cukru". Styl amerykańskiej pisarki też nie budzi moich wątpliwości, bo to całkiem sprawnie napisana książka. Poza tym Natalie Baszile udało się stworzyć sugestywną i sensualną opowieść, w której widoki, dźwięki i zapachy odgrywają kluczową rolę. Powieścią zachwyciła się sama Oprah Winfrey, resztą jej rekomendacja znajduje się na okładce książki. Winfrey znana jest z walki o równouprawnienie, a "Królowa cukru" traktuje między innymi o problemach na tle rasowym. Królowa amerykańskiej telewizji zdecydowała się na wyprodukowanie serialu na podstawie powieści Baszile, który ponoć cieszy się sporą popularnością. Obejrzałam zwiastun wspomnianego serialu i przyznaję, że te kilka minut intryguje i zdecydowanie zachęca chociażby do zweryfikowania tego, jak historia stworzona przez Natalie Baszile prezentuje się na ekranie. 

Okazuje się, że współczesne Południe wciąż boryka się z wieloma problemami, a temat rasizmu nadal budzi dyskusję i chętnie przedstawiany jest w literaturze. W "Królowej cukru" wartym odnotowania jest więc fakt, że czarnoskóra właścicielka plantacji decyduje się na zatrudnienie białego zarządcy. Ta konfrontacja dwóch światów to niezły pstryczek w nos dla tych, którzy do tej pory uważają, że dzielenie ludzi ze względu na kolor skóry ma sens. Ale "Królowa cukru" to również opowieść o rodzinie, o poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi i poświęceniu, które nie zawsze i nie przez wszystkich jest rozumiane i akceptowane. 

Premiera: 19 września 2018 r. 

Moja ocena: 4.5/6 

Autor: Natalie Baszile
Tytuł: "Królowa cukru"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 376
Rok wydania: 2018 
Wydawnictwo Literackie

Nowości z "Naszej Księgarni", czyli coś dla młodszych i coś dla starszych wielbicieli książek

dosia1331

"Rok na targu" Joli Richter-Magnuszewskiej - propozycja dla maluchów

100_3053

Zacierałyśmy z Zosią ręce na wiadomość o ukazaniu się kolejnej książki z serii "Rok..." Poprzednie publikacje cieszą się w naszym domu ogromnym powodzeniem i chyba nie ma tygodnia, żeby któraś z nich nie była wertowana przez moją córkę. "Rok na targu" Joli Richter-Magnuszewskiej  dołącza do grona naszych ulubieńców i z przyjemnością donosimy, że książka jest cudowna i trzyma poziom poprzednich części. Wielokrotnie pisałam na blogu, że lubię książki, które są połączeniem edukacji i zabawy, a seria "Rok..." jest tego znakomitym przykładem. Duży format, dwanaście rozkładówek, świetne, kolorowe ilustracje i absolutnie fenomenalna podróż przez pory roku, ukazująca dziecku cykliczność przyrody i widoczne zmiany w otoczeniu. A wszystko to na planie targu, którego kadry obserwujemy na kolejnych stronach książki. Nie ukrywam, że miałam dużą frajdę w czasie podglądania bohaterów, zwłaszcza że wśród nich mamy dość specyficzną parę, czyli Janusza i Grażynkę. Nawiasem mówiąc w skarpetach i sandałach wspomniany Janusz występuje albo w gustownym dresie od samego "Kalwina Klajna". Dodam jeszcze, że Grażynka równie urocza.

Moja córka przy tego rodzaju książkach lubi popisywać się nie tylko spostrzegawczością, ale też bujną wyobraźnią, więc czasem zrywamy boki ze śmiechu. Podsumowując, książka jest wspaniała, a dziecko ma szansę wykazać się umiejętnością logicznego myślenia i spostrzegawczością, poza tym może tworzyć własne opowieści na temat postaci występujących w książce. W Dobroszycach sporo się dzieje, ktoś się pojawia, ktoś znika, zmieniają się pory roku, a co za tym idzie również asortyment na straganach. Śledzimy codzienność bohaterów i towarzyszymy im podczas przeróżnych świąt. Zabawa przednia!

100_3051 

Moja ocena: 6/6

Autor: Jola Richter-Magnuszewska
Tytuł: "Rok na targu"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 28
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"
 
"O chłopcu, który szukał domu Ireny Jurgielewiczowej" - propozycja dla starszych dzieci
 
100_3057
 
Kiedy myślę o Irenie Jurgielewiczowej, to pierwsze, co przychodzi mi do głowy to "Ten obcy", chyba najbardziej znana książka Jurgielewiczowej, wpisana zresztą w 1964 r. na Listę Honorową Hansa Christiana Andersena. Doskonale pamiętam tę książkę z dzieciństwa i do tej pory mam na półce dość wysłużony egzemplarz, który w różnych domach bywał. Nie pamiętam, czy czytałam jakąkolwiek inną powieść tej autorki. Ale co się odwlecze... Jestem świeżo po lekturze "O chłopcu, który szukał domu" i nie ukrywam, że książka adresowana do dzieci potrafi poruszyć najczulsze struny również u dorosłego odbiory. Chwytająca za serce, choć napisana prostym językiem powieść, ma szansę zachwycić kolejne pokolenia czytelników, zwłaszcza że pojawiło się nowe wydanie książki z czarno-białymi ilustracjami Anity Graboś, które wspaniale uzupełniają tekst Ireny Jurgielewiczowej. 
 
100_3061
 100_3063
 
Piotruś nie ma ani mamy, ani taty, błąka się po lesie w poszukiwaniu domu. Na szczęście na jego drodze pojawia się kowalowa, która po wojennej zawierusze wraca do swojej wioski, gdzie mają czekać na nią córki, Kasia i Trusia. Kobieta przygarnia chłopca, ale po dotarciu na miejsce okazuje się, że w domu nikogo nie ma. Dziewczynki zniknęły, a wszędzie panuje bałagan. Zrozpaczona kowalowa postanawia znowu ruszyć w drogę, by odszukać dzieci. Chłopiec obiecuje cierpliwie czekać, martwi się tylko tym, że znowu będzie sam, ale rozumie obawy kowalowej i troskę o rodzinę. Póki co może liczyć na towarzystwo kotki Pameli i psa Kiwaja. Gdy kobiecie nie udaje się odnaleźć córek, dzielny Piotruś postanawia zrobić wszystko, by dziewczynki bezpiecznie wróciły do domu. Dzięki pewnej wróżce staje się bardzo malutki, a przygody, które przeżyje trwale zapiszą się w jego i czytelników pamięci. 
 
"O chłopcu, który szukał domu" to piękna i wzruszająca historia momentami przypominająca baśń. Klasyczna wręcz opowieść o sile dobroci i miłości, a także konieczności niesienia pomocy. Są fragmenty, gdy czyta się tę książkę ze ściśniętym gardłem, z trudem powstrzymując napływające do oczu łzy. Książki dla dzieci zazwyczaj dobrze się kończą i ta również, ale zanim to nastąpi czytelnik musi nie tylko uzbroić się w cierpliwość, ale przede wszystkim przygotować na niezwykle emocjonalną lekturę. 
Książka idealnie nadaje się do samodzielnego czytania, więc dzieci które potrafią już czytać mogą liczyć na odpowiednią czcionkę i krótkie rozdziały. Poza tym w książce jest sporo ilustracji, a wiadomo, że dzieci na ten element zwracają szczególną uwagę. 
 
Moja ocena: 5/6
 
Autor: Irena Jurgielewiczowa
Tytuł: "O chłopcu, który szukał domu"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 240
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

"Nie ma złej pogody na spacer. Tajemnica szwedzkiego wychowania dzieci" Lindy Åkeson McGurk

dosia1331

100_3020

Ręka w górę, kto dzieciństwo spędził na podwórku, wspinał się na drzewa, płoty. Kto jeździł na rowerze bez trzymanki, kasku, ochraniaczy na kolana, łokcie i nie wiem, co tam jeszcze? Niech z szeregu wystąpią ci, którzy mieli umorusane buzie, babrali się w błocie, jedli owoce prosto z krzaków, a zimą jeździli na sankach, łyżwach, nartach albo tyłku, przedzierając w ten sposób kombinezon. Niech przyznają się te osoby, których mama wiecznie prosiła o powrót do domu na obiad, potem na kolację? Kto grał w gumę, klasy, dwa ognie, skakał na skakance, urządzał wyścigi kapsli z narysowanymi flagami państw? Kto wisiał na trzepaku głową w dół? Dzieciaki, które wychowały się chociażby w latach osiemdziesiątych poznały cudowny smak dzieciństwa i doskonale wiedzą, że dobra zabawa wymaga tylko i wyłącznie wyobraźni. Że wcale nie jest potrzebny telewizor i inne wynalazki, które pochłaniają czas i pozbawiają nas kreatywności. Takiej wolności, swobody i radości nasze dzieci często nie doświadczają, bo myśli mają zajęte elektronicznymi gadżetami. Szlag mnie trafia, kiedy widzę malucha ze słuchawkami w uszach i głową pochyloną nad telefonem. Nic nie jest w stanie wyrwać go z przestrzeni, w której potrafi tkwić godzinami. Opustoszałe place zabaw i podwórka są namacalnym dowodem tego, że dzieci preferują inną formę spędzania wolnego czasu. Nie potrzebują świeżego powietrza i towarzystwa rówieśników. Wina leży po naszej stronie, bo nie stawiamy dzieciom granic, pozwalamy korzystać z ogłupiających gadżetów niemal bezustannie. Doczekaliśmy się pokolenia, które nie potrafi ze sobą rozmawiać, które kisi się w domach, nie odróżnia wróbla od szpaka i boi się wejść do lasu, bo tam przecież czyha cała masa niebezpieczeństw. Poza tym wiosną można nabawić się alergii, latem jest za ciepło, jesień to murowany katar, a zimą jest za zimno i można odmrozić sobie tyłek. W jakim my świecie żyjemy? Fundujemy naszym dzieciom chorą rzeczywistość i jeszcze jesteśmy święcie przekonani o tym, że znakomicie wywiązujemy się z rodzicielskich obowiązków, bo przecież chronimy nasze dzieci i dbamy o ich bezpieczeństwo. Tymczasem prawda jest druzgocąca i o tym pisze Linda Åkeson McGurk w książce "Nie ma złej pogody na spacer. Tajemnica szwedzkiego wychowania dzieci". Autorka porównuje szwedzki model wychowania z tym, który obserwuje na terenie USA, gdzie obecnie mieszka. Zwraca uwagę na szczegóły, które i ja zauważam, a którymi podzieliłam się na początku wpisu. Każdy rozdział to kolejne przykłady odbierania dzieciom dzieciństwa. Irracjonalne kontrolowanie sfer, które tego absolutnie nie wymagają, a bagatelizowanie tego, co faktycznie wymagałoby interwencji ze strony rodzica, opiekuna. 

Hmm, mam kłopot z oceną tej książki. Autorka pisze o zagrożeniach wynikających z ograniczania dostępu do zabawy na świeżym powietrzu, a w konsekwencji pozbawiania dzieci różnych umiejętności, które nabywa się w kontakcie z przyrodą i rówieśnikami. Ale to, co przeszkadzało mi w trakcie lektury, to skłonność Lindy Åkeson McGurk do powtarzania się. Spokojnie można by skrócić tę publikację o kilkadziesiąt stron. Autorka podając przykłady, posiłkuje się bogatą bibliografią i nade wszystko chwali szwedzki model wychowania, który bezlitośnie pogrąża ten funkcjonujący na terenie Stanów Zjednoczonych. Jednak w pewnym momencie można odnieść wrażenie, że treść rozdziałów jest podobna, a i szwedzkich tajemnic na temat wychowania brak, raczej "oczywiste oczywistości". Czym zatem różni się szwedzki model wychowania od tego, który obserwujemy poza Skandynawią? Jeszcze trzydzieści lat temu postępowaliśmy podobnie i z łezką w oku wspominamy tamte czasy, jednocześnie żałując, że nasze dzieci nie mają szansy na podobne dzieciństwo. Co zatem stoi na przeszkodzie, postęp cywilizacyjny, czy brak dobrej woli i zaangażowania z naszej strony? Kraje skandynawskie wciąż wychowują dzieci blisko przyrody i w szacunku do niej. Nie upatrują zagrożeń na każdym kroku, pozwalają na zdobywanie doświadczeń, beztroską zabawę i wolność, po prostu. Stawiają na ekologię, bo troska o środowisko jest priorytetem. Mnie, bardziej od treści tej książki, zastanawia coś zupełnie innego, a mianowicie to, dlaczego pogłębiamy problem? Czy naszym celem jest wypuszczenie w świat człowieka, który w przyszłości nie poradzi sobie w sytuacjach kryzysowych i któremu trudno będzie funkcjonować poza domowym zaciszem. Czy przyjemność sprawia nam dziecko wpatrzone w telefon, nieskore do kontaktu z rówieśnikami? Czy nie jest nam przykro, że ten młody człowiek przegapia najfajniejszy okres w swoim życiu? 

Moja ocena: 4/6

Autor: Linda Åkeson McGurk
Tytuł: "Nie ma złej pogody na spacer. Tajemnica szwedzkiego wychowania dzieci"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 368
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo Literackie

Z biblioteczki plenerowej - "Narodziny dnia" Sydonie-Gabrielle Colette

dosia1331

100_3007

Ależ się rozleniwiłam w te wakacje. Ostatnio chwaliłam się, że najwięcej książek czytam właśnie w wakacje, ale te już niedługo się kończą, a ja podczas urlopu przeczytałam tylko dwie książki. Opasłe tomy, których lekturę planowałam na lato, odłożyłam na jesień. Mam ogromne zaległości czytelnicze, a piętrzące się stosy książek w domu bezczelnie mi o tym przypominają. Od przybytku głowa nie boli, szkoda tylko, że krucho z czasem na czytanie. Ale do rzeczy. Trochę na przekór pogoni za nowościami zaproponuję Wam nieco inną formę dotarcia do książek, a co najważniejsze darmową i w plenerze. Dlaczego ograniczać swoje literackie poszukiwania do książek, które dopiero co opuściły drukarnię? Zapewniam, że warto sięgać po starsze tytuły, a nuż traficie na literacką perełkę...

Popieracie ideę bookcrossingu? Ja jestem absolutnie na tak, zresztą mam w zwyczaju zostawiać książki w różnych miejscach, więc pewnie wiele osób zostało w ten sposób przeze mnie obdarowanych. Ostatnio położyłam książkę na ławce w parku i mam nadzieję, że trafiła w dobre ręce. To znakomity sposób dzielenia się czytelniczą pasją, a być może również szansa na to, że ktoś zainteresuje się literaturą. Jeśli w metrze, na dworcu, w parku, gdziekolwiek zobaczycie książkę, nie wahajcie się zabrać jej do domu. Przeczytajcie, a potem zostawcie w łatwo dostępnym miejscu, chociażby w kawiarni, czy na placu zabaw. Doskonałym pomysłem są również budki z książkami, które coraz częściej pojawiają się w miastach. Nawiasem mówiąc, życzyłabym sobie i innym czytelnikom, którzy do nich zaglądają, by wśród książek były przede wszystkim takie egzemplarze, które po prostu nadają się do czytania. Niekompletne, zniszczone i brudne książki w ogóle nie powinny się tam znaleźć. Nie rozumiem, dlaczego ktoś wkłada do budki książkę, która odstrasza wyglądem i zapachem? Wybaczcie dygresję, ale właśnie w takiej biblioteczce plenerowej znalazłam ostatnio cieniutką, niepozorną książkę, której okładka zdecydowanie zachęcała do czytania, więc zawędrowała ze mną do domu. Nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła, kim jest autorka i nie ukrywam, że informacje, które znalazłam w Internecie tylko podsyciły moją ciekawość.

Sydonie-Gabrielle Colette, bo o niej mowa, była postacią nietuzinkową, zdecydowanie wyprzedzającą czasy, w których przyszło jej żyć. Bogaty życiorys, ciekawa osobowość, a nade wszystko talent sprawiły, że Colette do dziś uznawana jest za jedną z najbarwniejszych postaci francuskiej kultury i jedną z najwybitniejszych pisarek XX wieku. Spod jej pióra wyszło kilkadziesiąt powieści obyczajowo-psychologicznych, felietonów oraz tekstów o charakterze wspomnieniowym. Sydonie-Gabrielle Colette, przez niektórych uznawana za skandalistkę, była przede wszystkim dobrą obserwatorką i kobietą o wrażliwej, artystycznej duszy. Wiele z historii na jej temat można włożyć między bajki, ale nie ulega wątpliwości, że żyła tak, jak chciała i w nosie miała to, co o niej myślano i pisano. 

"Narodziny dnia" to niewielkich rozmiarów opowieść o dojrzałej kobiecie, która powoli godzi się z upływającym czasem i która coraz uważniej przygląda się światu i ludziom. To, co kiedyś było banalne, dziś jest kwintesencją życia, zaś burzliwe romanse, żenującym wspomnieniem. Kończące się na Prowansji lato jest zatem po trosze metaforą początku jesieni życia głównej bohaterki "Narodzin dnia". Mnóstwo w tej książce fragmentów, które z powodzeniem można by cytować jako sentencje, z których płynie życiowa mądrość, doświadczenie i odwaga opowiadania o starości, której wcale nie trzeba dzielić we dwoje i której w żadnym wypadku nie należy się bać. Czymże są młodość i miłość? Chwilą, złudzeniem, kaprysem? Refleksje Colette na temat życia to niezwykle trafny, barwny i plastyczny opis prowansalskiej codzienności, ale też subtelny obraz nadmorskiej miejscowości kojarzący się z malarstwem impresjonistycznym. Przyroda, która w "Narodzinach dnia" pełni dużą rolę została przez Colette przedstawiona w sposób fascynujący, bez dłużyzn i zbędnego patosu. Ogromnym atutem książki jest piękny język, cudowne metafory oraz spora ilość fragmentów ocierających się o poezję. Czyta się wspaniale, choć to lektura wymagająca skupienia, wczucia się w specyficzną atmosferę opowieści, by w pełni docenić bogactwo warsztatu Sydonie-Gabrielle Colette. Poza tym to książka wprost idealna na tę porę roku, czyli ciepłe, nieco senne już lato. Nostalgiczne "Narodziny dnia" są więc historią o pisarce i kobiecie, która rozpoczyna kolejny, z pewnością pełniejszy etap życia i która wreszcie zauważa to, czego kiedyś nie była w stanie dostrzec. Zdecydowanie warto.

„Dopiero moim dojrzałym latom te dobra były pisane. Moja kanciasta młodość pokaleczyłaby się o cienkie, odstające blaszki naszywanych dżetami skał, o dwudzielne igły sosen, o agawy, o kolce jeżowców, o gorzkie, żywiczne posłonki i o figowce, których liście przypominają od spodu język dzikiego zwierzęcia. Cóż to za niezwykła kraina!” (s. 12).

Moja ocena: 6/6

Autor: Sydonie-Gabrielle Colette
Tytuł: "Narodziny dnia"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 132
Rok wydania: 1975
Państwowy Instytut Wydawniczy

 

O życiowych rozbitkach - "Kroniki portowe" Annie Proulx

dosia1331

100_2474

Chyba dawno w trakcie lektury nie wpadałam w taką zadumę, jak podczas czytania "Kronik portowych" Annie Proulx. Poza tym przypominały mi się inne książki o podobnej tematyce i nie ukrywam, że szukałam punktów wspólnych. Już samo wpatrywanie się w okładkę tej książki działało na mnie kojąco, choć sama powieść wcale taka kojąca nie jest i momentami bezlitośnie przegadana. Moja zaduma wynikała raczej z próby umiejscowienia samej siebie w takich okolicznościach przyrody, w surowej, zimnej i odrobinę niepokojącej rzeczywistości. Wśród ludzi, którzy twardo stąpają po ziemi, którzy na co dzień zmagają się z różnymi przeciwnościami losu i którzy doskonale wiedzą, że natura ma nieprawdopodobną moc. "Kroniki portowe" dla wielbicieli morza, jego szumu i złowrogo rozbijających się o skały fal są lekturą obowiązkową. Tylko niech mi nikt powieści Annie Proulx  nie porównuje do twórczości Michaela Crummeya, w którego prozie jest coś absolutnie magicznego, a czego w "Kronikach portowych"nie znalazłam. No, może odrobinę.

100_2881

Quoyle to fajtłapa, łatwowierny, infantylny mężczyzna, któremu przez większą część opowieści miałam ochotę porządnie przywalić. Nie wzruszyła mnie jego chora miłość do notorycznie zdradzającej go żony. Nie uroniłam łzy, kiedy został wdowcem, bo Quoyle, mniej więcej do połowy książki, jest postacią irytującą. Facetem, który nie potrafi wziąć się w garść, walnąć pięścią w stół i zawalczyć o siebie. Quoyle to nieudacznik, który z dobrodziejstwem inwentarza przyjmuje kolejne ciosy i jeszcze za nie przeprasza. Poza tym żyje przeszłością, użala się nad sobą i wciąż zasłania nieidealny podbródek. Litości! Przyznaję, miał fatalne dzieciństwo, które trochę tłumaczy jego postępowanie, brak poczucia własnej wartości i ogromną potrzebę miłości, ale są jakieś granice. Jak on w ogóle został dziennikarzem, skoro krótka notatka z jakiegoś wydarzenia jest dla niego niczym wyprawa w najwyższe góry świata? Całe szczęście, że na jego drodze stanęła przebojowa ciotka, która ustawiła biedaka do pionu, a oddając mocz na prochy ojca Quoyle'a symbolicznie zamknęła pewien rozdział jego życia. Ciotka, dwie córki, przeprowadzka na Nową Fundlandię, dom wymagający remontu i praca w lokalnej gazecie. Quoyle wkracza do akcji, a ja wreszcie cieszę się z lektury książki, która zaczyna mnie intrygować i nad którą już nie usypiam, zwłaszcza że na horyzoncie pojawia się kobieta, podobnie jak Quoyle szukająca szczęścia i próbująca odzyskać wiarę w siebie. Jak potoczą się losy tych dwojga, czy ich znajomość przerodzi się w coś poważniejszego i czy uda im się z nadzieją spojrzeć w przyszłość? Tego rzecz jasna nie zdradzę, na pocieszenie jednak dodam, że ta książka z tanim romansidłem nie ma nic wspólnego. "Kroniki portowe" są literaturą z wyższej półki, dlatego wybaczam Annie Proulx momenty przegadania i z czystym sumieniem polecam.

019

Nie wystukam na klawiaturze ani jednego słowa więcej na temat fabuły, by nie odebrać Wam przyjemności czytania. Ale ostrzegam, to nie jest łatwa lektura i z pewnością nie porywa od razu, ale naprawdę warto dać szansę tej opowieści, zwłaszcza że to po prostu bardzo dobrze i niezwykle sugestywnie napisana książka. "Kroniki portowe" zyskują po czasie, przekonacie się, że myślami będziecie wracać do tej, a właściwie tych historii. Ogromnie przypadła mi do gustu kompozycja "Kronik portowych", zwłaszcza cytaty, słowa wprowadzenia do kolejnych rozdziałów, które doskonale podkreślają charakterystyczny styl tej powieści. 

Nieszczęśliwy mężczyzna, rozczarowana kobieta. On liże rany, ona resztkami sił próbuje utrzymać się na powierzchni życia, bo ma wrażenie, że tonie. W tle Nowa Fundlandia i specyficzni, bo zahartowani surowym klimatem i nieokiełznaną przyrodą ludzie, którzy swoje przeżyli i doskonale wiedzą, że nic nie jest za darmo, za to wszystko po coś.

Moja ocena: 5/6

Autor: Annie Proulx
Tytuł: "Kroniki portowe"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 421
Rok wydania: 2018 
Wydawnictwo Poznańskie

MID YEAR BOOK FREAK OUT TAG, czyli podsumowanie czytelniczego półrocza

dosia1331

100_2576

Nawet nie wiem, kiedy minęło te pół roku, zresztą i tak z już tak zwanym hakiem, bo pragnę zauważyć, że mamy końcówkę lipca. Nieśmiało spoglądam na inne blogi i muszę przyznać, że liczba przeczytanych przeze mnie książek, w porównaniu do ubiegłego roku o tej porze, dramatycznie spadła, co mogę tłumaczyć tylko i wyłącznie brakiem czasu na lekturę i lenistwem po trosze, bo coraz częściej zdarzają mi się wieczory bez książki. Nie do pomyślenia! Dlatego zastanawiałam się, czy w ogóle publikować ten wpis na blogu, ale z drugiej strony trochę ułatwia mi to wybór chociażby tej najlepszej, bo nawet przez moment nie wahałam się nad wskazaniem książki Petry Hůlovej. A poza tym tag książkowy to zawsze miła odmiana i w gruncie rzeczy dobra zabawa, do której czuję się zaproszona przez Olę z Parapetu Literackiego i dziewczyny z Krótkiej Przerwy, więc zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Najlepsza książka przeczytana w pierwszym półroczu

Bezapelacyjnie "Macocha" Petry Hůlovej. Kawał porządnej literatury i jedyna w swoim rodzaju główna bohaterka, której monolog to mistrzostwo świata. Książka niewielkich rozmiarów, z różową okładką i treścią, która po prostu zwala z nóg. Warte odnotowania jest niemal każde zdanie. To głęboka, poruszająca i niezwykle prawdziwa opowieść o kobiecie, która mówi wprost o tym, o czym większość z nas woli milczeć albo do czego za nic w świecie nie chce się przyznać. Ktoś powinien pomyśleć o napisaniu scenariusza sztuki teatralnej na podstawie tej książki. Materiał wprost wymarzony!

Najlepsza kontynuacja serii

Nie czytam serii, zwykle kończę na pierwszym tomie, ewentualnie drugim i tracę zainteresowanie. Długo namawiano mnie na ponoć fenomenalną tetralogię Eleny Ferrante i z przykrością stwierdzam, że nie przypadła mi do gustu. Z trudem przebrnęłam przez do bólu przegadaną "Genialną przyjaciółkę". Nuda, brak przestrzeni interpretacyjnej, wszystko podane czytelnikowi na tacy. Klops! Zarzekałam się, że nigdy więcej Ferrante. Słowa nie dotrzymałam, bo sięgnęłam po książkę, która powstała przed słynnym cyklem, rzecz jasna w nadziei na coś znacznie lepszego. "Córka" okazała się bardzo dobrą powieścią, więc się z Eleną Ferrante przeprosiłyśmy. Ale nie na długo, bo jakiś miesiąc temu wzięłam do ręki drugi tom tetralogii i odłożyłam po zaledwie pięćdziesięciu stronach. Sorry, Elena, nic z tego nie będzie. 

Nowość, którą chciałbym przeczytać

Zdecydowanie "Ulgę" Julii Fiedorczuk. Tyle ochów i achów słyszałam i czytałam na jej temat, że grzech nie sprawdzić, więc sięgnięcie po książkę jest tylko i wyłącznie kwestią czasu. Zresztą stoi na półce i czeka na właściwy moment.

Największe rozczarowanie

"O pięknie" Zadie Smith. Drugie podejście, kolejnego nie będzie. Paplanina o niczym. Tylko "Białe zęby" naprawdę mi się podobały. W zeszłym roku czekałam na "Swing Time", przeczytałam bez większego entuzjazmu. Nie po drodze mi z Zadie Smith, nie iskrzy między nami, więc nie czekam na nową książkę.

Największe zaskoczenie

Bez dwóch zdań "Pod śniegiem" Petry Soukupovej. Kto nie czytał, niech czym prędzej nadrabia zaległości. Pożarłam w błyskawicznym tempie. Postaci, dialogi i w ogóle pomysł na tę historię są fenomenalne! Czeska literatura ma się świetnie, więc szkoda przegapić, zwłaszcza tak dobrze napisaną powieść. Polecam z czystym sumieniem, zwłaszcza tym, którzy lubią prozę gęstą od emocji.

Ulubiony nowy bohater

Brak albo problem ze wskazaniem tego naj, więc odpuszczam sobie tę część.

Mój książkowy crush

Nie podkochuję się w postaciach literackich, za stara jestem.

Książka, przy której płakałam

Trudno w tym przypadku mówić o książce, bo to baśń, ale po raz kolejny łzy popłynęły podczas lektury "Dziewczynki z zapałkami". Hansie Christianie Andersenie, jak pan mógł! 

Książka, która mnie uszczęśliwiła

"Ostatnia arystokratka" Evžena Bočka. Uśmiałam się z dość osobliwej arystokracji i ogromnie polubiłam główną bohaterkę, czyli Marię. Korci mnie, by poznać dalsze losy Kostków, ale mam tak dużo książek do przeczytania, że wciąż odkładam w czasie ewentualny powrót do zamku. Pożyjemy, zobaczymy... Ale książka świetna, na poprawę na stroju wręcz idealna. Ups, czyli jednak sięgnęłam po serię?! Na usprawiedliwienie dodam, że bez wiary w to, że zechcę poznać kontynuację, więc - póki co - traktuję tę książkę jako zakończoną historię.

Książka, na którą czekam

"Ucho Igielne" Wiesława Myśliwskiego! Ja nie czekam, ja przebieram nogami ze zniecierpliwienia i chętnie przeniosłabym się w czasie, by już mieć tę książkę w ręku. Jestem święcie przekonana, że to będzie literacka uczta.

100_2574

Jeżeli macie ochotę podzielić się ze mną Waszym posumowaniem czytelniczego półrocza, to z przyjemnością poznam tytuły książek, na które warto zwrócić uwagę oraz te, które lepiej omijać szerokim łukiem. A może jest jakaś książka, na którą czekacie? Piszcie, chętnie przeczytam w komentarzach.

Do miłego zaczytania!

Do uważnego czytania - "Uczciwa oszustka" Tove Jansson

dosia1331

100_2429

Moja siostra w każde wakacje czytała "Muminki", co było dość zabawne, bo ileż można? No, ale to kawał porządnej literatury, więc teraz zupełnie mnie to nie dziwi, a wręcz przeciwnie, jestem dumna, że siostrzyczka wiedziała, co dobre. Coś mi się wydaje, że i ja powoli nawiązuję do tej tradycji, bo kolejne wakacje spędzam w towarzystwie bohaterów Tove Jansson. W zeszłym roku czytałam "Lato" i byłam pod dużym wrażeniem tej historii, nawet szukałam odpowiedniego miejsca do zaprezentowania książki na blogu. I znalazłam, a mianowicie piękną, żółtą różę... na środku pola pszenicy. Niemożliwe? A jednak. Wprawdzie nie od razu wiedziałam, że to róża, ale zaintrygowana żółtą plamą na zielonym tle, nie omieszkałam sprawdzić. Potem brnęłam przez pole pszenicy raz jeszcze, rzecz jasna z książką, by uwiecznić ten niecodzienny widok, a przy okazji pokazać powieść. Skąd róża na środku pola? Cóż, moja genialna mama, w geście rozpaczy, że ta jakoś nieszczególnie przyjęła się w ogrodzie, cisnęła biedaczkę prosto w pszenicę. Róża uznała, że lepiej jej w innych okolicznościach przyrody i wyrosła na prawdziwą piękność. Postarałam się, by jednak wróciła na właściwe miejsce. Uprzejmie donoszę, że róża ma się świetnie i pięknie kwitnie. To tak tytułem wstępu, chociaż muszę przyznać, że dla "Uczciwej oszustki" też się poświęciłam i ukradłam rodzicielce hortensję. Wprawdzie odcień nieco inny, ale kto by się czepiał szczegółów. Poza tym za ten haniebny czyn zostałam ukarana przez pewną pszczołę. W świetle księżyca trudno byłoby mi zrobić zdjęcie, wiem, bo próbowałam, z marnym - jak widać - skutkiem. A tak chciałam nawiązać do okładki, nie udało się, trudno. W zeszłym roku róża, w tym hortensja, w przyszłym kwiat paproci?

100_2521

Kochasz "Muminki" i nie znasz innych książek Tove Jansson? Może pora to zmienić, zwłaszcza że pozostała twórczość słynnej Finki również zasługuje na uwagę. Jej urokliwe i pełne życiowej mądrości opowieści adresowane do dorosłych czytelników są znakomite i naprawdę świetnie się je czyta. To wciąż ta sama Tove Jansson, wspaniała pisarka i jedyna w swoim rodzaju obserwatorka. Przeczytałam "Uczciwą oszustkę" w jeden wieczór, co nie jest szczególnym wyczynem, zwłaszcza że duża czcionka, spore odstępy między wierszami, krótkie rozdziały i stosunkowo niewielka objętość, bo nieco ponad 200 stron, zdecydowanie wpłynęły na tempo czytania. Ale prawda jest również taka, że to kolejne bardzo udane spotkanie z Tove Jansson i książka, której lekturę trudno przerwać zanim nie dotrze się do ostatniego zdania. Nie ma sensu porównywać "Lata" i "Uczciwej oszustki", bo to dwie różne historie, ale na tyle fascynujące i raczej z rodzaju tych, które zyskują po lekturze.

Przykryta śniegiem mała miejscowość. Katri mieszka z młodszym bratem Matsem w mansardzie nad sklepikiem. Jest uważana za osobę niezwykle uczciwą i taką, na której po prostu można polegać. Mieszkańcy Västerby korzystają z jej doświadczenia i znajomości spraw finansowych. Ale Katri, choć cieszy się zaufaniem, stroni od ludzi i do minimum ogranicza kontakt. Jej jedynym przyjacielem jest bezimienny owczarek, a towarzyszem brat. Katri pragnie spełnić jego marzenie o łodzi. Misterny plan polegający na zdobyciu zaufania pewnej majętnej ilustratorki książek dla dzieci ma pomóc kobiecie zebrać odpowiednią kwotę. Katri robi wszystko, by uzależnić od siebie Annę i wpływać na jej decyzje. Nieposzlakowana opinia kobiety, a co za tym idzie uśpiona czujność ilustratorki pozwalają przebiegłej Katri wiele zyskać i powoli, krok po kroku, wprowadzić w życie plan, dzięki któremu być może spełni największe marzenie Matsa. Jednak pewnych okoliczności czasem nie można przewidzieć. Jak zakończy się ta historia i dość specyficzna relacja łącząca Katri i Annę? Czy Anna zdemaskuje współlokatorkę? A może kobiety czegoś się od siebie nauczą i znajdą nić porozumienia, choć tak bardzo się od siebie różnią?

Aura tajemniczości i charakterystyczny styl Tove Jansson czynią "Uczciwą oszustkę" interesującą lekturą. Pełna niedopowiedzeń i ukrytych znaczeń historia zbudowana została wokół trzech postaci i dość dziwnego psa. Kameralny zestaw, jeśli weźmie się pod uwagę mnogość bohaterów cyklu o Muminkach, ale wystarczający do stworzenia bardzo klimatycznej opowieści. Odrobinę niepokojąca "Uczciwa oszustka" spodoba się czytelnikom, którzy cenią prozę obfitą w symbole i którzy tropią w książkach elementy biografii autora, zwłaszcza że jest ich tutaj sporo.

"Uczciwa oszustka" nie jest łatwą lekturą, raczej z rodzaju tych do uważnego czytania, ale absolutnie wartą poświęconego jej czasu.

100_2438

Moja ocena: 5/6

Autor: Tove Jansson
Tytuł: "Uczciwa oszustka"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 240
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

10 książek na lato

dosia1331

100_2455

Lato z pewnością jest idealną porą roku na książkę, w ogóle świetnie nadaje się do nadrabiania czytelniczych zaległości. Wakacje, urlop, piękna pogoda, można czytać na świeżym powietrzu. Zresztą nie ruszam się z domu bez książki, zawsze mam w torbie albo w plecaku. Zabieram na plażę, nad rzekę, na łąkę, do ogrodu, na balkon. Pamiętam, jak w zaledwie kilka godzin przeczytałam "Kod Leonarda da Vinci" Dana Browna, na dodatek w pięknych okolicznościach przyrody, bo na górskiej, ukwieconej łące. Zza chmur delikatnie przebijało się słońce, żadnego skwaru, tylko błogie ciepło. Literatura najwyższych lotów to nie była, ale warta poświęconego na nią czasu, a poza tym chciałam sprawdzić, czym tak naraził się Dan Brown kościołowi katolickiemu, że dla niektórych samo wypowiedzenie nazwiska autora było bluźnierstwem. "Kod Leonarda da Vinci" okazał się ciekawą, bardzo dynamiczną, całkiem sprawnie napisaną historią. Ani w trakcie, ani tym bardziej po lekturze nie miałam ochoty spalić amerykańskiego pisarza na stosie, bo na szczęście wiem, czym jest fikcja literacka. Nawiasem mówiąc, chyba najwięcej książek czytam właśnie latem i wtedy też sięgam po książki, których lekturę z różnych powodów odkładałam na później. Sprawdzam, czym obecnie zachwycają się czytelnicy oraz krytycy albo wracam do książek, które po prostu lubię i cenię (znacznie bezpieczniejsze). Nie wybieram lekkich, łatwych i przyjemnych historii, szkoda mi czasu na marną literaturę. I w ogóle nie trafia do mnie twierdzenie, że od czasu do czasu warto sięgnąć po lżejszą literaturę. Tylko, po co? Nie dla mnie ckliwe, łzawe i banalne opowieści. Wybieram książki, które - mam nadzieję - coś po sobie zostawią, będą we mnie dojrzewać i do których być może zechcę kiedyś wrócić. 

100_2443

Dziesiątka książek, które z przyjemnością polecam na letnie zaczytanie:

1. "Kroniki portowe" Annie Proulx

2. "Miłość w czasach zarazy"  Gabriel García Márquez

3. "Lato" Tove Jansson

4. "Samarkanda" Amin Maalouf

5. "Wichrowe wzgórza" Emily Brontë

6. "Córka czarownic" Dorota Terakowska

7. "Cesarz" Ryszard Kapuściński

8. "Uczeń architekta" Elif Shafak

9. "Traktat o łuskaniu fasoli" Wiesław Myśliwski

10. "Niedziela, która zdarzyła się w środę" Mariusz Szczygieł.

Niektóre z wymienionych książek, o ile mnie pamięć nie myli, przeczytałam latem. Do wielu z nich wracam, jak chociażby do "Traktatu o łuskaniu fasoli" (literackie mistrzostwo świata), czy "Wichrowych wzgórz" (uwielbiam tę powieść). Polecana dziesiątka to książki różne tematycznie, ale wszystkie są po prostu znakomitą literaturą. Moją opinię na temat powieści Elif Shafak i Tove Jansson znacie, o pozostałych książkach na pewno opowiem na blogu. 

A tak na marginesie, nie zapomnijcie również o prasie, a zwłaszcza dwóch tytułach, które z pewnością zasługują na uwagę, czyli "Książkach. Magazynie do czytania" i "Piśmie" (coraz bardziej się do niego przekonuję). 

PS Książki, które widzicie na drugim zdjęciu znajdą się w moim wakacyjnym plecaku.

Do miłego zaczytania!

 

Kultowa bajka w wersji książkowej, czyli "Jacek i Agatka" Wandy Chotomskiej

dosia1331
100_2343
 
Mam ostatnio szczęście do absolutnie fantastycznych książek dla dzieci. Ale ta, o której chcę dziś opowiedzieć, jest szczególna, zwłaszcza dla naszych dziadków i rodziców. Otóż, "Jacek i Agatka" to pierwsza dobranocka, którą wyemitowała Telewizja Polska i którą do dziś wspomina się z sentymentem. Autorką serii przygód o rodzeństwie była Wanda Chotomska, a pacynki zaprojektował Adam Kilian. No właśnie, Jacek i Agatka to tak na dobrą sprawę dwie kuleczki wykonane z drewna bukowego, dziecięce buzie, które pokochały polskie dzieci. Zresztą perypetie sympatycznego rodzeństwa do dziś pozostają ulubioną dobranocką mojej mamy, która bardzo ciepło wspomina tę parę oraz towarzyszącą im panią Zosię. Nie ukrywam, że i ja jestem nimi zachwycona, bo naprawdę trudno oprzeć się opowieściom Wandy Chotomskiej oraz uroczym ilustracjom Adama Kiliana. Okazuje się, że zabawny tekst w połączeniu z prostą kreską ilustratora wystarczy, by zyskać kolejnych wielbicieli. Nie mam żadnych wątpliwości, że tak się właśnie stanie, bo naprawdę z przyjemnością przeczytałam tę książkę, ale pokusiłam się również o sprawdzenie w Internecie kilkuminutowych, czarno-białych dobranocek sprzed lat, które są po prostu cudowne. Należę do pokolenia, które szalało na punkcie "Smerfów" oraz "Muminków" i doskonale pamiętam, jak pustoszały place zabaw, gdy zbliżała się pora emisji tych dobranocek, więc tym bardziej nie dziwi mnie fakt popularności "Jacka i Agatki", które dla naszych dziadków i rodziców wciąż są wyjątkowymi postaciami. Jaki z tego wniosek? Bardzo prosty, każde pokolenie ma swoich ukochanych bohaterów, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by grono ulubieńców powiększyć.
 
100_2357

 

100_2359

Na kartach książki znajdziecie kilka opowiadań z Jackiem i Agatką w rolach głównych oraz postaci drugoplanowe, które towarzyszą rodzeństwu. Dowiecie się tego i owego o podróżach bocianów, fryzurach pewnych ptaków, uczeniu wymowy litery "r", czy bohaterach, których znacie z innych bajek. Bonusem są zamieszczone na końcu książki wspomnienia córki Wandy Chotomskiej o pomyśle poetki na tę serię oraz kilka słów od Adama Kiliana na temat jego wkładu w sukces dobranocki. Nie przegapcie również wstępu, który jest doskonałym wprowadzeniem do lektury. 

Znakomita lektura i pięknie wydana książka, przeczytajcie koniecznie. 

100_2345
 
Moja ocena: 6/6
 
Autor: Wanda Chotomska
Tytuł: "Jacek i Agatka"
Ilustracje: Adam Kilian
Oprawa: twarda
Ilość stron: 88
Rok wydania: 2018
Wilga

Debiutancka "Ziemia przeklęta" Phillipa Lewisa

dosia1331

100_22942

Z debiutami bywa różnie. Bardzo ostrożnie podchodzę zwłaszcza do tych, na okładkach których znajdują się nader pochlebne rekomendacje uznanych pisarzy, zwłaszcza że już nie raz gorzko się rozczarowałam. Czasem warto z przymrużeniem oka traktować okładkowe ochy i achy, a poza tym porządnie zastanowić się nad ewentualnym zakupem, by w razie czego nie ubolewać nad nierozsądnie wydanymi pieniędzmi. Zdarzają się debiuty, które zachwycają zarówno krytyków, jak i czytelników, które momentalnie wskakują na listy bestsellerów, bo są po prostu dobrą literaturą. Ale wśród początkujących pojawiają się autorzy, którzy najzwyczajniej w świecie nie mają nic do powiedzenia, których książki są nudne i wtórne, bo bazują na tematach, dzięki którym ktoś już kiedyś odniósł sukces. To samo dotyczy tytułów, często bliźniaczo podobnych, co zdaje się potwierdzać fakt, że swego czasu gwarantem powodzenia było użycie w tytule słowa: dziewczyna. Słabe to, po prostu. Jest jeszcze jedna kwestia, która w przypadku debiutów jest roztrząsana do granic możliwości, a mianowicie, co autor zaproponuje następnym razem, jeśli w ogóle coś jeszcze napisze. Najgorzej mają ci, których pierwsze książki osiągnęły spektakularny sukces, a następne spotkały się z umiarkowanym entuzjazmem. Autorzy, którzy w dorobku literackim mają jedną, ale za to znakomitą książkę i nigdy nie zdecydowali się oddać w ręce czytelników kolejnej budzą mój szacunek, bo wychodzę z założenia, że lepiej milczeć, niż proponować czytelnikowi coś poniżej swoich możliwości. Albo książkę, która nic nowego do literatury nie wnosi.

Wybaczcie te dywagacje, ale nie mogłam się powstrzymać, zwłaszcza że w moje ręce wpadła debiutancka powieść Phillipa Lewisa, która moim skromnym zdaniem może nieco namieszać na rynku wydawniczym, a już na pewno wzbudzić dyskusję. "Ziemia przeklęta" jest całkiem udaną i przede wszystkim dojrzałą prozą. W trakcie lektury przypominały mi się inne książki, których bohaterem i jednocześnie narratorem było dziecko. Naliczyłam kilka tytułów, które w mniejszym lub większym stopniu mogłabym porównać do "Ziemi przeklętej". Debiut amerykańskiego pisarza na ich tle wypada bardzo korzystnie, a zatem śmiało mogę stwierdzić, że jest jak najbardziej udany, a co najważniejsze jakoś nie zauważyłam nachalnej promocji, która często bardziej zniechęca niż zaprasza do sięgnięcia po książkę. Chyba że coś mi umknęło?

Henry jest synem niezwykle inteligentnego mężczyzny, pisarza, którego ogromnym pragnieniem jest stworzenie arcydzieła. Ojciec chłopca jest nie tylko człowiekiem błyskotliwym, ale też niebywale ambitnym i z pewnością nadwrażliwym. Henry podziwia go i jednocześnie nie rozumie, chce jego bliskości i nie potrafi się do niego zbliżyć. Godzinami przesiaduje w jego gabinecie, często udając, że czyta książkę, gdy tymczasem podgląda ojca podczas pracy. A ten momentami jest cieniem samego siebie, bo twórcza niemoc bywa zabójcza dla psychiki, zwłaszcza gdy inni oczekują od nas niemożliwego. Jest jeszcze dom, w którym mieszka rodzina chłopca, owiany tajemnicą, architektoniczny koszmar i niemy świadek tragicznych wydarzeń sprzed lat. Przyznaję, że ten wątek jest wręcz idealnie wpleciony w fabułę i nieco ożywia momenty przegadania, które tu i ówdzie autor popełnia. Wartością dodaną jest spora wiedza Lewisa na temat literatury, mam tutaj na myśli cytaty i liczne odniesienia do wybitych pisarzy. Zresztą można to potraktować jako swoistą grę, bo nie ukrywam, że przynajmniej kilka razy przerywałam lekturę, by zajrzeć do jakiejś książki i przypomnieć sobie fragment powieści, czy wiersza. 

Zastanawiam się, czy "Ziemia przeklęta" Phillipa Lewisa jest zapowiedzią interesującej kariery literackiej, czy pozostanie jedyną powieścią autora. Jakkolwiek potoczą się losy amerykańskiego pisarza, to z całą pewnością jego debiut zasługuje na uwagę. Nie jest to powieść wybitna, zdarzyły się Lewisowi potknięcia, niepotrzebne lub zbyt rozbudowane wątki, ale na pewno jest to książka warta przeczytania, a co najważniejsze, zapadająca w pamięć. 

"Ziemia przeklęta" to intrygująca, poruszająca i momentami przerażająca opowieść o rodzinie, miłości i marzeniach.  Ale to również historia o tym, jak bardzo obecna jest w naszym życiu literatura.

Moja ocena: 5/6

Autor: Phillip Lewis
Tytuł: "Ziemia przeklęta"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 488
Rok wydania: 2018 
Prószyński & S-ka

"Baśnie angielskie" Joseph Jacobs

dosia1331

100_2323

Wyjmuję tę książkę z paczki i pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to myśl, że ja znam tę okładkę, że na pewno kiedyś miałam tę książkę w rękach, bo jakoś dziwnie znajome są mi widniejące na niej kocury. W takich sytuacjach Internet bywa wybawieniem, bo po wpisaniu tytułu do wyszukiwarki wszystko stało się jasne, a po przeczytaniu pierwszej baśni to już chmury moich wątpliwości rozwiały się niemal natychmiast.

Uwielbiam baśnie, mam w moich zbiorach baśnie z różnych stron świata, w tym te najukochańsze, czyli "Baśnie" Hansa Christiana Andersena, "U złotego źródła. Baśnie polskie" (wybór Stefanii Wortman) oraz "Baśnie z 1001 nocy". Bardzo często do nich wracam i z przyjemnością polecam innym czytelnikom. "Baśni angielskich" na pewno nie miałam, o czym poinformowała mnie mama, bo okazuje się, że i ona doskonale pamięta czarne koty na okładce oraz fakt, że mi tę książkę kiedyś czytała. 

"Baśnie angielskie" ukazały się nakładem wydawnictwa "Dwie Siostry". Autorem tekstu jest Joseph Jacobs, zaś zachwycających ilustracji Bogdan Zieleniec. Nie ulega wątpliwości, że to kolejna perełka w mojej prywatnej biblioteczce i książka, dzięki której spędziłam kilka miłych wieczorów. Nie wszystkie baśnie przypadły mi do gustu, bo niektóre z nich wydały mi się dość dziwne i raczej takie, pozwolę sobie na określenie, niebaśniowe. 

100_2328

Jeżeli chcesz poznać jakiś kraj, jego historię oraz obyczaje, to jednym ze sposobów jest sięgnięcie po utwory ludowe. Joseph Jacobs, XIX wieczny pisarz, folklorysta i historyk, zebrał w jednym tomie te najpopularniejsze. Dowcipne i pełne ludowej mądrości utwory z morałem i zaskakującą puentą na pewno spodobają się nieco starszym dzieciom, zaś dorośli mają szansę na powrót do dzieciństwa i być może lekturę na zupełnie innym poziomie, z bonusem w postaci docenienia wielowymiarowości tych tekstów. Na kartach "Baśni angielskich" spotkacie rycerzy, księżniczki, prostych chłopów, głupie dziewczęta i równie głupich chłopców oraz postaci fantastyczne, jak wiedźmy, skrzaty, czy gadające zwierzęta. 

100_2324

Barwni bohaterowie, znakomite teksty i absolutnie urzekające ilustracje. Nie do przegapienia.

Moja ocena: 5/6

Autor: Joseph Jacobs
Ilustracje: Bogdan Zieleniec
Tytuł: "Baśnie angielskie"
Seria: Mistrzowie Ilustracji
Oprawa: twarda
Ilość stron: 312
Rok wydania: 2018
Dwie Siostry

 

 

 

Klasyka lektur szkolnych od Wilgi

dosia1331

100_2281

Mam ogromną przyjemność prezentować na blogu znakomicie przygotowaną serię książek, które należą do klasyki lektur szkolnych i po które chętnie sięgają kolejne pokolenia czytelników. Jakiś czas temu pojawiła się "Ania z Zielonego Wzgórza" Lucy Maud Montgomery, "Przygody Tomka Sawyera" Marka Twaina, "Doktor Dolittle i jego zwierzęta" Hugh Loftinga oraz "Mały Książę" Antoine'a de Saint-Exupery'ego. Nie ukrywam, że była to dla mnie sentymentalna podróż w czasie, zwłaszcza że wymienione książki zajmują szczególne miejsce w moim sercu i bardzo chętnie do nich wróciłam. Okazuje się, że moja radość z powrotu do dzieciństwa potrwa nieco dłużej, bo w przygotowanej przez Wilgę serii właśnie ukazały się trzy kolejne tytuły, czyli "Mała księżniczka" Frances Hodgson Burnett, "Piotruś Pan i Wendy" Jamesa Matthew Barrie'ego i "Przygody Alicji w Krainie Czarów" Lewisa Carrolla. Doskonale pamiętam, że jako dziecko nie potrafiłam przebrnąć przez ostatnią z nich. Męczyła mnie fabuła i dziwni bohaterowie, po prostu było za wcześnie na tę książkę. Zresztą ośmielam się twierdzić, że to nie do końca jest opowieść dla dzieci. Poza tym wówczas trochę przerażały mnie ilustracje Johna Tenniela, którymi dziś się zachwycam. Alicja według Beaty Zdęby jest znacznie, że pozwolę sobie na określenie, łagodniejsza w odbiorze. Miałam niebywałą frajdę porównywania mojego starego egzemplarza z nowym i chociaż stare wciąż uważam za wyjątkowe, to nowemu nie mam absolutnie nic do zarzucenia. Zupełnie inaczej ma się sprawa z "Małą księżniczką", która zachwyciła mnie tłumaczeniem oraz ilustracjami, a co za tym idzie przegrywa z moim starym wydaniem. Jeżeli chodzi o "Piotrusia Pana i Wendy", to obyło się bez porównań, ponieważ nie miałam tej książki w swoich zbiorach, co i tak jest nieistotne. Nowe wydanie jest po prostu cudowne, a treść tak samo urocza, jak wtedy, gdy byłam małą dziewczynką i chyba już zawsze z łezką w oku będę czytała pierwsze zdanie: "Wszystkie dzieci - oprócz jednego - dorastają". 

Wiem, że hasło "lektura szkolna" działa na niektóre dzieci, jak płachta na byka, co w przypadku doboru pewnych książek jest w pełni uzasadnione. Wydawnictwo Wilga oddaje w ręce czytelników klasykę literatury dla dzieci, książki, które pokochały miliony czytelników na całym świecie, lektury cieszące się niesłabnącą popularnością, wciąż bardzo chętnie czytane i co jakiś czas pojawiające się w nowej szacie graficznej. 

Jeżeli nie macie tych książek w swojej biblioteczce albo zastanawiacie się nad książkowym prezentem dla kogoś bliskiego, to seria Wilgi z pewnością spełni Wasze oczekiwania. Piękne, ponadczasowe opowieści, na dodatek bardzo starannie wydane.

Moja ocena: 6/6

100_2288

Autor: Lewis Carroll
Tytuł: "Przygody Alicji w Krainie Czarów"
Ilustracje: Beata Zdęba
Oprawa: twarda
Ilość stron: 139
Rok wydania: 2018
Wilga
 
Autor: James Matthew Barrie
Tytuł: "Piotruś Pan i Wendy"
Ilustracje: Dorota Wojciechowska
Oprawa: twarda
Ilość stron: 223
Rok wydania: 2018
Wilga
 
Autor: Frances Hodgson Burnett
Tytuł: "Mała księżniczka"
Ilustracje: Zuzanna Orlińska
Oprawa: twarda
Ilość stron: 285
Rok wydania: 2018
Wilga

Ocalić od zapomnienia - "Twarde światło" Michael Crummey

dosia1331

100_2260

"Chłopiec przygląda się rękom ojca. Na wierzchu dłoni rzeki bladoniebieskich żył, kostki niczym drobne, pobrużdżone wzgórza na równinie. Na końcu każdego palca wschodzi księżyc. Dale. Inne światy..." (Rdza, s. 15)

Przeczytałam tę książkę w błyskawicznym tempie, zresztą jest tak napisana i tak skonstruowana, że po prostu nie da się inaczej. Mniej więcej w połowie chciałam o niej napisać, bo miałam wrażenie, że jeśli tego nie zrobię, to być może coś mi umknie, o czymś zapomnę, coś przeoczę. Nie robiłam notatek, nie bazgrałam na marginesach, nie zaznaczyłam ani jednego fragmentu, bo musiałabym podkreślić w zasadzie każde słowo. Wpadałam w zachwyt na widok zdjęć z prywatnego archiwum autora, prostych, pięknych fotografii, bez udziwnień, retuszu. Taka jest też proza Michaela Crummey'a, surowa i piękna jednocześnie.

"Twarde światło" to "32 opowiastki", czyli miniatury literackie (połowa książki) oraz wiersze. Muszę przyznać, że Crummey, jako prozaik przekonuje mnie o wiele bardziej niż poeta, ale o tym później. "32 opowiastki" to kadry z życia mieszkańców Nowej Fundlandii, historie zainspirowane opowieściami ojca, które autor pragnął ocalić od zapomnienia. Przyroda kontra człowiek, zwykłe/niezwykłe życie rybaków, relacje międzyludzkie, radość wspólnych posiłków, przyjaźń, miłość, śmierć. Życie, po prostu. Próżno szukać w "Twardym świetle" zaskakujących zwrotów akcji, mrożących krew w żyłach historii, to nie ten rodzaj literatury. Michael Crummey pisze z niebywałą wrażliwością o ludziach z najbliższego otoczenia, rodzinie, sąsiadach, znajomych. Czytelnik ma poczucie stąpania po ich śladach, dotykania ich przedmiotów, uczestniczenia w ich codzienności. Zwraca uwagę poetyckość tej prozy, cudowne wykorzystanie wszelkich możliwych środków literackich, by pozostawić odbiorcę w niemym zachwycie, zauroczonego - pozwolę sobie na określenie - niezwyczajną zwyczajnością Nowej Fundlandii.  

Michael Crummey w roli poety? Mam mieszane uczucia, bo nie odebrałam tych utworów jako wiersze, a kolejne opowiadania i może właśnie tak powinno się je traktować. Owszem, budową przypominają wiersze, ale czy faktycznie nimi są? Uwielbiam poezję, ale nie znoszę o niej pisać, więc pozwólcie, że na tym poprzestanę.

"Twarde światło" to książka wyjątkowa, traktująca o świecie i ludziach, których już nie ma. Liryczna podróż do przeszłości zawarta w krótkich, skondensowanych tekstach, mistrzowsko zresztą napisanych i co tu dużo mówić, chwytających za serce. Warto.

Moja ocena: 5/6

Autor: Michael Crummey
Tytuł: "Twarde światło"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 206
Rok wydania: 2018
Wiatr od Morza

Wakacje!

dosia1331

Od czasu do czasu pojawia się na blogu wpis z minimalną ilością tekstu, który doskonale odzwierciedla mój stan umysłu. Co tu dużo mówić, ogarnęło mnie lenistwo. Nie czytam, a podczytuję. Nadrabiam filmowe i prasowe zaległości. Śledzę zaprzyjaźnionych blogerów, którzy codziennie na bookstagramach serwują nową porcję czytelniczych nowinek i książki, które aktualnie czytają. To bardzo niebezpieczne zajęcie, bo nie obejdzie się bez zapisania kolejnego ciekawego tytułu, ewentualnie najechania kursorem na: dodaj do koszyka. Stosy książek rosną i bezczelnie przypominają o tym, że przecież miałam to wszystko przeczytać. 

Tymczasem wpatruję się w bukiet słoneczników, piję ulubione wino i cieszę się, że są wakacje. Czas na książkę znajdę na pewno.

100_2201

100_2271

100_22641

Pozdrawiam i do miłego zaczytania!

O fizjologii i anatomii... "Jak to działa? Ciało człowieka" Nikoli Kucharskiej

dosia1331

100_2238

Nie ma nic szczególnego w tym, że dziecko na pewnym etapie rozwoju zaczyna interesować się swoim ciałem, dostrzega różnice pomiędzy płciami i zadaje pytania, a te nie zawsze są łatwe. Ciekawskie maluchy są urocze, a ich dociekliwość, jak najbardziej normalna. Ale bywają sytuacje, kiedy nawet rodzic nie potrafi odpowiedzieć na zadawane przez dziecko pytania i wtedy zdziwiony wyraz twarzy dorosłego jest dla niego sygnałem, że mama albo tata nie wie i co wtedy? Ano klops, bo nasze pociechy są święcie przekonane o tym, że wiemy wszystko. Wyprowadzanie malucha z błędu może być kłopotliwe, ale z drugiej strony, po co udawać? Zresztą i tak uczymy się przez całe życie, więc to żaden wstyd czegoś nie wiedzieć. A poza tym zawsze można sięgnąć po książkę i wspólnie z dzieckiem nauczyć się czegoś nowego.

Klara, bohaterka książki Nikoli Kucharskiej, to sympatyczna i rezolutna dziewczynka, której wielkim marzeniem jest zostać lekarzem albo pielęgniarką. Klara interesuje się ciałem człowieka, funkcjonowaniem narządów wewnętrznych i zmianami zachodzącymi w wyglądzie człowieka na różnym etapie jego rozwoju. Ale nurtują ją również pozornie błahe sprawy, jak burczenie w brzuchu, zawroty głowy po zejściu z karuzeli, czy podwyższona temperatura podczas choroby. Jeśli poważnie się nad tym zastanowić i wyjaśnić dlaczego tak się dzieje i co sprawia, że nasz organizm reaguje w ten, czy inny sposób, to odpowiedź wcale prosta nie jest. Dziewczynka zadaje mnóstwo pytań, na które cierpliwie i rzeczowo odpowiada dziadek. Ale spokojnie, to nie jest czysto encyklopedyczna wiedza, lecz okraszona humorem opowieść o człowieku napisana w bardzo przystępny i obrazowy sposób. Dużym atutem publikacji są znakomite i szczegółowe ilustracje, które wspaniale objaśniają najważniejsze kwestie dotyczące ludzkiego ciała. 

100_2244

100_2257

Dowcipna, przemyślana i niezwykle wartościowa książka dla dzieci.

Moja ocena: 6/6  

Tytuł: "Jak to działa? Ciało człowieka"
Ilustracje: Nikola Kucharska 
Oprawa: twarda
Ilość stron: 32
Rok wydania: 2018
"Nasza Księgarnia"

Refleksje po lekturze "Ex libris" Anne Fadiman

dosia1331

100_2153

Nie mam pojęcia, dlaczego lekturę tej książki odkładałam tak długo. Otwierałam i zamykałam kilka razy. Wertowałam ją, jak dziecko w poszukiwaniu ilustracji, których rzecz jasna nie ma. A przecież zbiór esejów Anne Fadiman, pod znaczącym tytułem "Ex libris", to pozycja obowiązkowa dla każdego szanującego się mola książkowego. Teksty Fadiman są błyskotliwe, zabawne i napisane z punktu widzenia czytelnika, który ma swoje ukochane książki, ulubionych autorów, rytuały związane z czytaniem i który niczym rasowy detektyw tropi w książkach błędy i oburza się, gdy znajdzie chociażby jedną literówkę. 

Biblioteka musi być

Marzeniem mola książkowego jest pokaźnych rozmiarów biblioteka i niechaj się regały uginają, bo dom bez książek to żaden dom. Nawiasem mówiąc, musiałabym się wreszcie zmobilizować i policzyć moje książki, a jest ich naprawdę sporo i wciąż przybywają nowe. Lektura esejów Fadiman trochę mnie uspokoiła, bo nie tylko ja, co jakiś czas przestawiam książki na regałach, układam je w zależności od autora, tematu albo wydawnictwa. Nie znoszę bałaganu w ksiegozbiorze i moje książki stoją równo, jak żołnierze na państwowych uroczystościach. Poza tym wszyscy doskonale wiedzą, że jeśli biorą książkę z półki, to potem muszą ją odłożyć na to samo miejsce. I żaden kamuflaż nie pomoże, bo i tak się zorientuję.

Pożyczać, czy nie pożyczać? Oto jest pytanie

Hmm... to zależy, jak bardzo jest się przywiązanym do swoich książek i szczerze mówiąc niektórych nie pożyczę za nic w świecie. Kiedyś byłam bardziej tolerancyjna i skłonna zapomnieć, że ktoś mi książki po prostu nie oddał. Pal licho, myślałam, niech ma, może książka pójdzie w świat i zachwyci jeszcze wiele osób. Teraz, jeśli pożyczam, to zapisuję komu i nie zawaham się upomnieć, bo wychodzę z założenia, że skoro ktoś pożycza, to powinien oddać. Koniec, kropka. 

Bazgrzę po książkach, a nawet, o z grozo!, zaginam rogi

Robienie notatek na marginesach, podkreślanie fragmentów, czy nagryzmolenie jakiegoś rysunku to u mnie norma. Na usprawiedliwienie dodam, że tylko i wyłącznie ołówkiem i na tyle delikatnie, żeby jednak książki nie zniszczyć. Nie bulwersują mnie notatki w książkach, bo czasem można wiele dowiedzieć się o osobie, która je sporządziła albo przypomnieć sobie czasy, kiedy było się dzieckiem. W moim starym egzemplarzu "Dzieci z Bullerbyn" Astrid Lindgren zapisałam: musimy zrobić sobie z R. takie telefony, jak nam mamy pozwolą. Fajne, nie sądzicie? Jeśli chodzi o rysunki w książkach, to nie ma się czym chwalić, bo mój brak zdolności plastycznych jest powalający i do końca mych dni będę ciepło wspominała panią z plastyki, która ostatkiem sił powstrzymywała się od parsknięcia śmiechem na widok moich arcydzieł. Jakim cudem miałam z tego przedmiotu piątkę?! W egzemplarzu "Robinsona Crusoe" uczyłam się rysowania statku, z wiadomych rzecz jasna powodów. Niech mi Daniel Defoe wybaczy! Zaginanie rogów, to już kompletnie inna sprawa i ze wstydem przyznaję, że zdarza mi się ten haniebny czyn popełnić, ale tylko i wyłącznie wtedy, gdy książka należy do mnie. Powód - lenistwo, bo nie chce mi się tyłka ruszyć po zakładkę. Więcej grzechów nie pamiętam.

E-book, audiobook, czy papierowa wersja książki?

Jestem staroświecka do bólu. Nie chcę e-booka, chcę książkę! Ma szeleścić, pachnieć, być miła w dotyku. Tak, tak, wiem, że zaraz ktoś stwierdzi, że książki są do czytania, a nie do oglądania, że nie trzeba dźwigać ciężarów i takie tam ple, ple, ple. Nic i nikt mnie nie przekona, nawet nie próbujcie, bo i ja zwolenników e-booka nie nawracam na tradycyjną, czyli papierową wersję książki. Jeśli chodzi o audiobook, to też odpada, bo nie potrafię się skupić podczas słuchania. Niech żyje papier! 

Litości, książka to nie bóstwo!

Pewnego dnia wrzuciłam do sieci zdjęcie książki, na której ośmieliłam się postawić filiżankę z rumiankiem, na dodatek w torebce, bo sznureczek z karteczką bezczelnie zwisał obok uszka. No i się zaczęło, czego to ja się wówczas nie dowiedziałam. "Gorąca herbata na książce? Tak nie wolno!", "A jak się wyleje, to co wtedy?", "Prawdziwy czytelnik nie stawia filiżanki na książce" i absolutny hit: "Pomijam fakt, że stawiasz filiżankę na książce, ale że pijesz herbatę ekspresową, to już porażka", "Też zwróciłam uwagę na ekspresówkę". Dodam tylko, że w dyskusję wdały się dwie panie, które na swoich zdjęciach miały książki w towarzystwie trawy, liści, gałęzi, piasku, czekoladek ułożonych na stronach itp. itd. Ja nie modlę się do książek, nie traktuję ich, jak bóstwo. Litości! To przedmiot, jak każdy inny. Owszem, trzeba szanować książki i dbać o to, by nie uległy zniszczeniu, ale tak powinniśmy postępować ze wszystkim, co nam służy. Jałową dyskusję dotyczącą mojego fatalnego gustu w kwestii wyboru herbaty ucięłam stwierdzeniem, że my tu przecież o książkach, a nie o herbatach. Ale wspomniane panie o "Klaśnięciu jednej dłoni" Richarda Flanagana nie miały nic do powiedzenia. Kurtyna!

Tropienie błędów

Rzeczą ludzką jest się mylić i popełniać błędy, ale faktem jest, że w książkach rażą po stokroć, bo chcemy wierzyć w to, że książka jest produktem doskonałym i nie powinno być w niej błędów interpunkcyjnych, fleksyjnych, czy ortograficznych. Ale bywają i dokładnie wiadomo, kto ponosi winę za taki stan rzeczy i że to powód do wstydu. Porządne wydawnictwa nie pozwalają sobie na tego rodzaju wpadki, ale nawet im zdarza się literówka w tekście. Ubolewam.

Dedykacje 

Uwielbiam dedykacje, ale pod warunkiem, że nie są to przypadkowe słowa, które można skierować do kogokolwiek. Dedykacja musi być przemyślana, może zawierać jakiś cytat, ale zdecydowanie preferuję te, które są zapisem płynącym prosto z serca. Poza tym ewentualna dedykacja nie ma prawa być na stronie, na której wymienione jest imię i nazwisko autora książki, o czym zresztą w "Ex librisie" Anne Fadiman wspomina.  

Nowe książki, czy używane?

A wszystko jedno, ważne, by była to po prostu dobra literatura. Kto kocha antykwariaty, ten wie, że buszowanie w takim miejscu to czysta przyjemność i na dodatek można znaleźć prawdziwe perełki. Ale nie ukrywam, że jestem zachłanna również na nowości, więc stare, nowe, przyjmę wszystkie książki, pod warunkiem, że nie jest to marna literatura. Tak na marginesie, eseje Anne Fadiman wyszperałam właśnie w antykwariacie, bo w księgarniach już nie do zdobycia. 

Czytanie dzieciom, absolutna magia!

To jest rytuał, który uwielbiam i uparcie twierdzę, że czytanie dziecku powinno być obowiązkowe. Moje dzieci nie wyobrażają sobie dnia bez lektury, ba, nie wyobrażają sobie domu bez książek, bo nie znają innej rzeczywistości. Na pamiątkę zostawiłam im ich ulubione kartonowe książeczki, obgryzione z każdej strony, które są dowodem na to, że smakowanie dobrej literatury zaczyna się czasem bardzo wcześnie. Jestem z siebie dumna. Z dzieci również.

Jeśli jakimś cudem dotrwaliście do końca moich czytelniczych zwierzeń, to jest mi niezmiernie miło, bo skłoniły mnie do nich eseje Anne Fadiman. Pod niektórymi wyznaniami autorki mogłabym się podpisać i nie ukrywam, że lektura "Ex libris" tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że jestem molem książkowym. Dobrze mi w książkach.

Autor: Anne Fadiman
Tytuł: "Ex libris. Wyznania czytelnika"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 175
Rok wydania: 2004
Świat Literacki

 

 

Co powiecie na gotycki romans? "Rebeka" Daphne du Maurier

dosia1331

100_2147

Nieśmiała, nieco naiwna młoda kobieta pracuje jako dama do towarzystwa pani van Hopper. W Monte Carlo poznaje bogatego wdowca, w którym zakochuje się bez pamięci. Mężczyzna imponuje jej siłą charakteru, życiowym doświadczeniem i obyciem. Krótka znajomość, szybki ślub, bajeczny miesiąc miodowy i u drzwi przepięknej posiadłości Manderley staje nowa pani de Winter. Maksymilian de Winter był już żonaty z piękną, czarującą i uwielbianą przez wszystkich Rebeką. Tymczasem jego druga żona w niczym nie przypomina swej poprzedniczki i nie potrafi odnaleźć się w nowej sytuacji. Jest przekonana, że nigdy nie dorówna Rebece i nie zobaczy zachwytu w oczach ukochanego. Nawet służba na każdym kroku daje jej do zrozumienia, że dla nich wciąż liczy się tylko i wyłącznie poprzednia pani de Winter, którą uważają za prawowitą panią domu. Tak mijają kolejne miesiące. Kobieta jest przytłoczona nie tylko ogromną i bogatą posiadłością, ale również towarzyskimi obowiązkami, do których należą kurtuazyjne wizyty u znajomych i przyjaciół męża. Poza tym nie może oprzeć się wrażeniu, że Rebeka w jakiś sposób nadal jest obecna w Manderley, zwłaszcza że nawet jej dawny pokój wygląda tak, jakby wciąż ktoś w nim mieszkał, a służba wykonuje swoje obowiązki w oparciu o wytyczne byłej pani de Winter. Kobieta dochodzi do wniosku, że mąż wcale jej nie kocha, że jest dla niego chwilowym kaprysem, a Rebeka już na zawsze pozostanie miłością jego życia. I gdyby nie pewien bal oraz niefortunny kostium, być może nowa pani de Winter nie poznałaby historii Rebeki i tajemnic, które kryją się za murami posiadłości, a które mogą przyprawić o ciarki i szybsze bicie serca. 

Znacie ten moment, gdy czytacie i jesteście przekonani, że na pewno mieliście już kiedyś tę książkę w rękach, a może nawet ją przeczytaliście, bo gdzieś w zakamarkach pamięci znajdują się słowa i obrazy. To wrażenie nie opuszczało mnie przez kilkanaście pierwszych stron, bo dość szybko elementy rozsypanej układanki wskoczyły na właściwe miejsca i byłam już pewna, że znam tę historię, ba, nawet wiem, jak ona się skończy, co w ogóle nie zniechęciło mnie do dalszego czytania. Poza tym miałam absolutnie cudowną scenerię w trakcie lektury, czyli ulewny deszcz, który tylko spotęgował panujący w powieści nastrój grozy. Daphne du Maurier po mistrzowsku buduje napięcie, a towarzyszący wydarzeniom dreszczyk emocji sprawia, że lektura jest tym przyjemniejsza. Przyznaję, że takie historie czyta się znakomicie, zwłaszcza gdy napisane są pięknym literackim językiem. Nie znoszę romansów, uciekam przed nimi, gdzie pieprz rośnie i naprawdę nikt nie namówi mnie na współczesną powieść tego rodzaju, gdzie banał goni banał, a styl pozostawia wiele do życzenia, że o grafomanii przez grzeczność nie wspomnę. Ojej, wspomniałam... Daphne du Maurier serwuje czytelnikowi rozrywkę na poziomie, książkę, która od początku do końca jest po prostu świetnie napisana, a pierwsze zdanie jest tak charakterystyczne, że w ogóle nie dziwi mnie fakt, że przeszło do historii literatury, jako jedno z najbardziej rozpoznawalnych. Oczywiście można zarzucić tej powieści, że jest nieco staroświecka, że dzisiaj już nikt tak nie pisze, zaś głównej bohaterce wytknąć niedojrzałość, która momentami jest irytująca. Ale obok infantylnej i przerażonej nowym życiem młodej pani de Winter jest jeszcze niejaka pani Danvers, postać, że się tak wyrażę, skrojona na miarę, idealnie pasująca do klimatu powieści. Zresztą pani Danvers odegra jedną z kluczowych ról i w której lepiej mieć przyjaciela niż wroga. Młoda kobieta kontra wieloletnia gospodyni, prawa ręka Rebeki, lojalna i wciąż oddana służąca. Zderzenie dwóch charakterów, dwóch różnych osobowości. No właśnie, kreacja bohaterów stanowi siłę powieści Daphne du Maurier. To nie są papierowe postaci, ale bohaterowie z krwi i kości, doskonale osadzeni w fabule. 

"Rebeka" jest najsłynniejszą powieścią angielskiej pisarki. Po raz pierwszy ukazała się w 1938 r., doczekała się również ekranizacji, której podjął się nie kto inny, jak sam Alfred Hitchcock. Nie ukrywam, że mam ogromną ochotę sprawdzić, jak ta historia prezentuje się na ekranie, co zresztą uczynię dzisiejszego wieczoru.

Moja ocena: 6/6

Autor: Daphne du Maurier
Tytuł: "Rebeka"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 448
Rok wydania: 2016
Albatros

© MATKA POLKA CZYTAJĄCA
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci