Menu

matka polka czytająca

blog o książkach dla dorosłych i dla dzieci

"Utracony dar słonej krwi" Alistair MacLeod

dosia1331

DSCN03291

Tajemnicza, piękna, zapierająca dech w piersiach przyroda. Cudowne krajobrazy, wschody i zachody słońca. Fale rozbijające się o skały i ten niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju, szum, smak i zapach morza. A gdzieś w oddali inne lądy i ludzie, którzy być może żyją inaczej, dostatniej, ale czy są szczęśliwi, czy czują się spełnieni?

Jeżeli napiszę, że zachwycił mnie zbiór opowiadań kanadyjskiego prozaika, to tak, jakbym nic nie napisała. Ale jeśli stwierdzę, że tych kilka opowieści jest dla mnie odkryciem i przywraca wiarę w istnienie literatury doskonałej, to - mam nadzieję - przyczynię się do tego, że zechcecie sięgnąć po tę absolutnie niezwykłą lekturę. Alistair MacLeod nie kusi czytelnika licznymi zwrotami akcji i nie proponuje mrożącej krew w żyłach fabuły, a jednak sprawia, że czytelnik czuje te historie całym sobą. Bardzo trudno byłoby mi wskazać, które z opowiadań ujęło mnie najbardziej, które z nich uważam za najlepsze? Każda z tych opowieści jest inna, a jednak razem stanowią pięknie skonstruowaną całość, w której surowa, nieokiełznana natura kontrastuje z lirycznym tonem wypowiedzi autora, a cierpcy bohaterowie z poetyckimi opisami ich codzienności. Rybacy, górnicy, kobiety, mężczyźni, zwykli ludzie, którzy ciężko pracują na kawałek chleba, a jednak potrafią się cieszyć, kochać, przyjaźnić. Żyją tu i teraz, doceniają to, co dał im los i większość z nich nie pragnie innego życia. Miewają chwile zwątpienia, jak pragnący opuścić rodzinny dom młody człowiek albo para staruszków, która troszczy się o przyszłość wnuka, czy pewien prawnik, syn górnika, który boleśnie dostrzega, jak bardzo różni się od swego ojca. To właśnie o nich są te opowiadania, im poświęcone są kolejne strony "Utraconego daru słonej krwi". Alistair MacLeod pisze o sprawach niełatwych, a jednak bardzo subtelnie, momentami sentymentalnie i wzruszająco. Opowiadania kanadyjskiego autora to dojrzała, przemyślana i do głębi poruszająca proza, której atutem są nie tylko fenomenalnie nakreślone postaci oraz ich historie, ale również tło, czyli kanadyjskie wybrzeża.

"Utracony dar słonej krwi" to ambitna i wymagająca lektura, a jednocześnie pozycja obowiązkowa dla tych, którzy w literaturze szukają czegoś więcej.

Moja ocena: 6/6

Autor: Alistair MacLeod
Tytuł: "Utracony dar słonej krwi"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 243
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo Wiatr od Morza

 

Kolejna odsłona serii Frances Watts, czyli "Krzysia i ptasie kłopoty"

dosia1331

Kto nie zna Krzysi i jej przygód, niech czym prędzej nadrabia czytelnicze zaległości, bo trudno przejść obojętnie obok niezwykle mądrej, rezolutnej i przede wszystkim bardzo dzielnej dziewczynki, która mieszka w zamku i jej największym marzeniem jest zostać Strażniczką Mieczy. Póki co jest kuchenną, ale to zajęcie nie należy do jej ulubionych, bo Krzysia ma zupełnie inne zainteresowania i uwielbia przyglądać się rycerzom podczas ćwiczeń. Dziewczynka podziwia ich zręczność, siłę i waleczność, chciałaby być taka, jak oni. Czy los się do niej uśmiechnie i spełnią się marzenia Krzysi? Czy wbrew panującym regułom dziewczynka dostąpi zaszczytu objęcia tak ważnego stanowiska... Tak pisałam o pierwszym tomie serii Francess Watts prawie rok temu, ale Krzysia towarzyszy nam bardzo często i zdążyłyśmy się z nią bardzo zaprzyjaźnić. Opowieści australijskiej pisarki należą do ulubionych lektur mojej córki i właściwie nie ma dnia, żebyśmy nie czytały albo nie przeglądały którejś części, zwłaszcza że bardzo podobają nam się również ilustracje. Niezmiernie ucieszyła nas wiadomość o ukazaniu się kolejnej książki, czyli "Krzysia i ptasie kłopoty".

DSCN0332__kopia1

Zbliżają się urodziny lady Beaty. Nad przygotowaniami do uroczystości czuwa sir Walter i w związku z tym wszyscy mają sporo na głowie. Krzysia w pocie czoła ćwiczy strzelanie z łuku, jeździ konno, nie zapomina również o fechtunku, bo weźmie udział w różnych konkursach, więc musi być w doskonałej formie. Zadanie do wykonania miał otrzymać również gołąb, ale nigdzie nie można go znaleźć. Gdzie podział się gołąb i jaka atmosfera będzie towarzyszyła wielkiej fecie? Przekonajcie się sami.

Charyzmatyczna bohaterka, ciekawa, dynamiczna fabuła, świetne ilustracje, duża czcionka, poręczny format i kilka innych zalet serii z pewnością zostanie dostrzeżonych przez małych czytelników. Dodam tylko, że czyta się bardzo dobrze, a najlepszą rekomendacją niech będzie fakt, że moja córka postanowiła spać z książką :)

Zainteresowanym podaję tytuły, które ukazały się w serii:
"Krzysia i tajemnica mieczy",
"Krzysia i intryga z trucizną",
"Krzysia i oblężenie zamku",
"Krzysia i turniejowe turbulencje",
"Krzysia i potworny psotnik",
"Krzysia i ptasie kłopoty".
 
Moja ocena: 5/6
 
Autor: Frances Watts
Ilustracje: Gregory Rogers
Oprawa: miękka
Ilość stron: 113
Rok wydania: 2017
Wiek: 6 - 9 lat
Wydawnictwo Literówka

Powieść w powieści - "Julita i huśtawki" Hanny Kowalewskiej

dosia1331

DSCN0316__kopia

"Zasługują na epopeję miasteczka prowincjonalne… Nie za duże, nie za małe. Z domem kultury, szkołą i muszlą koncertową, z restauracją i paroma barami, z dużym domem partii, przerobionym teraz na bank czy sąd, z jeszcze większym kościołem albo nawet dwoma. Zasługują na epopeję owe miasteczka, teraz znowu powiatowe, którym się wydaje, że gdyby się trochę rozrosły wszerz i wzdłuż, i może jeszcze odrobinę wzwyż, to mogłyby się równać z tymi śmiechu wartymi, zapyziałymi miastami, które jeszcze do niedawna udawały stolice województw. Miasteczka w dolinach rzek, przyczepione do dawnych traktów, przecięte bocznymi szosami, przytulone do zapomnianych torów kolejowych – takie ważne, takie ważne…" Tak rozpoczyna się powieść "Julita i huśtawki", którą Hanna Kowalewska oddała w ręce czytelników w 2003 r. Wznowienie książki, tym razem pod skrzydłami Wydawnictwa Literackiego, to gratka dla wielbicieli prozy Hanny Kowalewskiej, a także możliwość dotarcia do nowego czytelnika.  

Pewien pisarz przyjeżdża do rodzinnego miasteczka, by pracować nad książką. Nie wraca w rodzinne strony sam, ale w towarzystwie kochanki, którą nazywa Metką. Kobieta jest mężatką, co oczywiście nie przeszkadza jej w prowadzeniu podwójnego życia i oszukiwaniu najbliższych. Mężczyźnie też odpowiada ryzykowny związek, ale zaczyna odczuwać coraz większą zazdrość o ukochaną, która momentami graniczy z obsesją. W głowie pisarza rodzi się pomysł, by bohaterami swej książki uczynić znajomych, kolegów i koleżanki oraz Metkę, która staje się centralną postacią książki i to wokół niej budowana jest fabuła. W ten sposób przenosimy się do czasów Peerelu i poznajemy losy kilku ważnych osób, nie tylko dla pisarza, który jest jednocześnie narratorem powieści Hanny Kowalewskiej, ale również Metki, postaci złożonej, wieloznacznej, którą trudno lubić, ale zrozumieć to już zupełnie inna kwestia. Jest jeszcze tytułowa Julita, huśtawki i... anioły, które czuwają albo nie czuwają nad postaciami z książki. Teraźniejszość miesza się z przeszłością, a czytelnik może się delektować powieścią w powieści.

Autorka akcję powieści "Julita i huśtawki" umiejscowiła w Peerelu, ale nie serwuje czytelnikowi sentymentalnego bełkotu, lecz szalenie ciekawą i wciągającą opowieść o dzieciństwie, młodości, pierwszych zauroczeniach, miłościach i namiętności. Nie ma tutaj świata oglądanego przez różowe okulary, za to demaskowana jest propaganda sukcesu i obnażone zostają absurdy tamtej epoki. Hanna Kowalewska postawiła na krótkie rozdziały, które poświęcone są kolejnym bohaterom, ich rodzinom oraz bliskiemu otoczeniu. Autorka wzięła pod lupę przeszłość i analizuje, jaki wpływ na pokolenie młodych ludzi miał nie tylko komunizm, ale też dom rodzinny i środowisko, w którym dorastali. W bardzo trafny, często podszyty ironią sposób opowiada o czasach, za którymi trudno tęsknić, choć są i tacy, którzy wspominają ten okres z trudnym do zaakceptowania entuzjazmem, co być może jest kwestią nieco zniekształconego obrazu rzeczywistości za sprawą młodości właśnie, która rządzi się swoimi prawami i o której lubimy pamiętać dobrze albo wcale. Bywa, że tę przeszłość koloryzujemy, bo któż z nas przynajmniej raz w życiu nie usłyszał, że "za komuny wcale nie było tak źle". Należałoby tylko jeszcze poprosić o uzasadnienie, co mogłoby sprowadzić dyskusję na zupełnie inne tory. Ale odautorskie komentarze Hanny Kowalewskiej i ważne wydarzenia, do których nawiązuje pisarka bezlitośnie odkrywają prawdę.

Kilka lat temu w jednej z bibliotek wzięłam do ręki niepozorną książkę o tytule sugerującym lekką, łatwą i przyjemną lekturę. "Tego lata w Zawrociu" miała umilić wakacje, ale wielkie było moje zaskoczenie, bo okazało się, że zamiast typowo wakacyjnej lektury trafiła mi się bardzo ciekawa historia pewnej kobiety. A to nie wszystko, bo już po kilku pierwszych stronach rozpływałam się w zachwycie nad stylem Hanny Kowalewskiej i jej pięknymi metaforami. Poezja, pomyślałam i nie pomyliłam się ani trochę, bo autorka "Tego lata w Zawrociu" jest również poetką i ślady poezji są bardzo dostrzegalne w jej prozatorskiej twórczości. "Julita i huśtawki" powstała gdzieś pomiędzy kolejnymi powieściami z cyklu o Zawrociu, ale to książka, która zasługuje na szczególną uwagę, ze względu na temat i sposób, w jaki została napisana. Bardzo dobra powieść.

Moja ocena: 5/6

Autor: Hanna Kowalewska
Tytuł: "Julita i huśtawki"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 386
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo Literackie

Cudowny powrót do dzieciństwa - "Brzechwa dzieciom. Dzieła wszystkie. Pan Kleks"

dosia1331

DSCN0312

Po sukcesie książek J. K. Rowling wszystkie dzieci (nawet niektórzy dorośli) chciały zostać uczniami słynnej Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, a ja doskonale pamiętam, że jako mała dziewczynka marzyłam o edukacji w Akademii Pana Kleksa. Chciałam, jak Adaś Niezgódka, stać się ulubionym uczniem profesora, zdobywać kolorowe piegi za wyniki w nauce i mieć możliwość odwiedzenia postaci z bajek, do których można było się dostać dzięki drzwiom ukrytym w murze. Pogawędka z Andersenem to byłoby coś! Poza tym chętnie powiedziałabym Królowej Śniegu co o niej myślę, choć jej piękno, tak genialnie uchwycone przez Jana Marcina Szancera, wciąż mnie onieśmiela. A tak na marginesie, miałam fenomenalne wydanie "Akademii pana Kleksa" z ilustracjami Jana Marcina Szancera, które zaginęło w niewyjaśnionych okolicznościach (czytaj - pożyczyłam i ktoś nie oddał!), do dziś nie potrafię się z tym pogodzić. 

W "Naszej Księgarni" właśnie ukazało się zbiorowe wydanie trzech opowieści Jana Brzechwy, na które składa się "Akademia pana Kleksa", "Podróże pana Kleksa" i "Tryumf pana Kleksa". Nie ukrywam, że z ogromną przyjemnością przeczytałam po raz kolejny i tym samym zafundowałam sobie sentymentalny powrót do dzieciństwa. Akademia przy ulicy Czekoladowej nadal ma niesamowity urok, a Ambroży Kleks wciąż jest najfajniejszym nauczycielem na świecie. Wyobraźcie sobie, że zamiast tradycyjnych przedmiotów szkolnych macie kleksografię, przędzenie liter, leczenie chorych sprzętów i zabawę z globusem, czyli szaloną lekcję geografii. Nie paraliżuje was surowa matematyczka, nie denerwuje przemądrzała polonistka, czy nudny historyk, bo waszym nauczycielem jest Ambroży Kleks, uczeń i asystent słynnego doktora Paj-Chi-Wo, człowiek o niesłychanej wyobraźni i magicznych mocach. Poza tym przez furtkę w szkolnym murze możecie zajrzeć do znanych na całym świecie bajek, a nawet porozmawiać z ich autorami. Codziennie jesteście świadkami niesamowitych wydarzeń, uczestnikami wspaniałych przygód i krótko mówiąc po prostu dobrze się bawicie. Jan Brzechwa dużo wcześniej niż J. K Rowling wpadł na pomysł napisania powieści o magicznej szkole. Pierwszy tom, czyli "Akademia pana Kleksa", ukazał się w 1946 r. Pisarz pracował nad nim w okrutnych czasach wojny, a jednak udało mu się stworzyć radosną, optymistyczną i przepełnioną magią opowieść o dzieciństwie.

Czy cykl o panu Kleksie spodoba się współczesnym dzieciom, czy będzie dla nich atrakcyjną lekturą? Oczywiście, że tak. Magii jest w niej pod dostatkiem, wyrazistych bohaterów na czele z Ambrożym Kleksem również, a poza tym każdy z trzech tomów po prostu świetnie się czyta.

DSCN03131

Tym, którzy nie znają książek o panu Kleksie polecam zapoznanie się ze znakomitym wstępem Grzegorza Leszczyńskiego. Jestem niemal pewna, że nabierzecie ochoty na przeczytanie całego cyklu.

Zastanawiałam się, czy ilustracje Marianny Sztymy zachwycą mnie w takim stopniu, jak te, które wyszły spod ręki Jana Marcina Szancera. Będę szczera, bardziej podobały mi się ilustracje Szancera, którego uważam za absolutnego mistrza, ale kolorowa interpretacja tekstu Brzechwy w wykonaniu Marianny Sztymy i jej charakterystyczna kreska również robią wrażenie.

Jeśli zastanawiacie się nad prezentem z okazji Dnia Dziecka, to książka "Brzechwa dzieciom. Dzieła wszystkie. Pan Kleks" może okazać się strzałem w dziesiątkę, zwłaszcza że wydanie zasługuje na najwyższą ocenę. A poza tym autorem jest Jan Brzechwa, więc nic więcej nie muszę dodawać.

Moja ocena: 6/6

Autor: Jan Brzechwa
Tytuł: "Brzechwa dzieciom. Dzieła wszystkie. Pan Kleks"
Ilustracje: Marianna Sztyma
Oprawa: twarda
Ilość stron: 336
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo "Nasza Księgarnia"

 

 

"Czajnikowy. pl - dobra herbata" Rafał Przybylok

dosia1331

DSCN0280

Dwa napoje, bez których nie potrafię się obejść to kawa i herbata. Kawa jest stałym elementem każdego poranka, czarna, mocna, bez grama cukru, w ulubionym kubku. W pracy piję zieloną herbatę, późnym popołudniem czarną i tak codziennie. Kawa stawia mnie na nogi, a herbatą po prostu się delektuję, lubię jej zapach i smak. W sklepach można znaleźć różne rodzaje herbat, ale czy w kuszących opakowaniach znajduje się prawdziwa herbata, czy owocowy susz, który nie ma z nią nic wspólnego, poza wykorzystaniem nazwy rzecz jasna? Książka Rafała Przybyloka rozwiewa wszelkie wątpliwości, a poza tym jest pięknie wydana, więc lektura jest czystą przyjemnością. Być może znacie autora, zwłaszcza że jest wielkim pasjonatem herbaty i co jakiś czas pojawia się w mediach, gdzie występuje w roli herbacianego eksperta. Prowadzi również warsztaty tematyczne, wygłasza prelekcje i publikuje teksty na czajnikowy.pl. Posiada olbrzymią wiedzę na temat herbaty i zapewniam, że po lekturze tej książki już nigdy nie stwierdzicie, że herbata to napój, jak każdy inny.

Po przeczytaniu wstępu, zgodnie z zaleceniem Rafała Przybyloka, zaparzyłam sobie filiżankę herbaty, wybrałam Earl Grey'a. W pokoju unosi się cudowny zapach, tło dla lektury odpowiednie, ale kilkadziesiąt stron dalej dowiaduję się, że przygotowując herbatę popełniam podstawowe błędy. Niewłaściwa temperatura wody, sama woda też do niczego, bo z kranu, za duża porcja suszu, zbyt długie parzenie itd. Tylko jakość herbaty okazała się w porządku. Przyznaję - tania nie była, bo od jakiegoś czasu wybieram te o kilka złotych droższe i właściwie zrezygnowałam z najpopularniejszych herbat, czyli ekspresowych. Nie jest to żadne widzimisię, ale efekt większej świadomości i wiedzy na temat tego, co znajduje się w tańszych opakowaniach. Włosów z głowy rwać nie mam zamiaru, bo na świecie są ważniejsze rzeczy niż źle zaparzona herbata, ale jednak warto zastosować kilka praktycznych porad, by jakość napoju była zdecydowanie lepsza.

Czym właściwie jest herbata, skąd pochodzi, jakie są jej odmiany, właściwości, zastosowanie oraz sposoby parzenia? Wszystkie informacje znajdziecie na kartach książki. Przygotujcie się na fascynującą podróż w różne zakątki świata, poznajcie legendy dotyczące herbaty i przepisy na wyjątkowe napoje z herbatą w roli głównej. Przyjrzyjcie się herbacianym akcesoriom i zwróćcie uwagę na ceremonię picia tego napoju na świecie.

Moja ocena: 5,5/6

DSCN0310

Autor: Rafał Przybylok
Tytuł: "Czajnkowy.pl - dobra herbata"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 320
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo "Nasza Księgarnia"

Ach, ten dobrobyt... "Baśń o Latającym Rumaku" Henryka Bardijewskiego

dosia1331

 DSCN01961

Książę Miraż jest nieco zaniepokojony, ale tylko odrobinę, ponieważ księstwo opuszczają kolejni niezadowoleni poddani, którzy szczęścia pragną szukać poza granicami ojczyzny. Tę pesymistyczną wiadomość przekazał Mirażowi zausznik i doradca, czyli Totum, "który lubił rankiem księcia zmartwić, żeby go potem pocieszać". Powstrzymanie emigracji jest niemożliwe, odpływ ludności oznacza porażkę Miraża, który nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, w jak beznadziejnej sytuacji znalazło się jego księstwo. Na szczęście albo na nieszczęście, to oczywiście zależy dla kogo, do kraju po długiej nieobecności wraca małżonka księcia, temperamentna ponoć Wanda, po której można spodziewać się wszystkiego. Matki wypatruje Teo, bezwarunkowy następca tronu, "ale pod warunkiem, że tron się zwolni", wraz z resztą służby. Tymczasem na niebie pojawia się Latający Rumak, który ląduje gdzieś w polu, bo w księstwie drogi są w opłakanym stanie, a ten opłakany stan może się pogłębiać z każdym dniem, zwłaszcza że poddani uciekają z całym dobytkiem, co oznacza brak kasy w skarbcu. Zła karta może się odwrócić, bowiem Latający Rumak zwiastuje dobrobyt i to jest wiadomość optymistyczna, tylko co dalej? Jak zakończy się ta historia i czy Latający Rumak przyniesie szczęście Mirażowi i jego poddanym? Tego nie zdradzę, przeczytajcie koniecznie!

DSCN02611

"Baśń o Latającym Rumaku" Henryka Bardijewskiego to satyryczna opowieść o pełnym paradoksów kraju, którym rządzi nieudolny monarcha. Miraż popełnia rażące błędy, ignoruje potrzeby poddanych i nie dostrzega albo nie chce dostrzec problemów w księstwie. Polega na słowie Totuma, marnego doradcy, który świetnie opanował sztukę manipulowania swoim panem i sprytnie wykorzystuje tę pozycję. Reszta dworu wcale nie jest lepsza, głupota idzie w parze z ignorancją, a brak kompetencji z rozbuchanym ego. Dlatego zupełnie nie dziwi fakt, że poddani mają dość i uciekają, gdzie pieprz rośnie drogami jednorazowego użytku, "bo ludność używa ich tylko w jedną stronę".

Henryk Bardijewski napisał pełną aluzji, błyskotliwą i przesyconą humorem ironiczną opowieść o społeczeństwie, które powinno tworzyć jeden organizm, działać na korzyść całości, wspierać się i pomagać sobie w potrzebie. Nie bez znaczenia jest oczywiście władza, która powinna umieć zapanować nad ludźmi, ale przede wszystkim posiadać niezbędne kompetencje. Piastowanie najwyższych stanowisk zarezerwowane jest dla wybitnych jednostek, inteligentnych, rozważnych i bezstronnych osób, które nie boją się podejmować trudnych decyzji i nie działają pod czyjeś dyktando. 

"Baśń o Latającym Rumaku" to książka napisana ładną polszczyzną, a jednocześnie barwnym, dynamicznym i atrakcyjnym dla młodego czytelnika językiem. To jedna z tych historii, które można zaproponować zarówno dzieciom, jak i dorosłym. Warto zwrócić również uwagę na świetne ilustracje Bohdana Butenki, jego charakterystyczną kreskę. Dowcipne ilustracje znakomicie uzupełniają tekst Henryka Bardijewskiego.

Moja ocena: 6/6

Autor: Henryk Bardijewski
Tytuł: "Baśń o Latającym Rumaku"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 96
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

 

 

"Jak oni pracują" Agata Napiórska

dosia1331

DSCN0254

Zastanawiałam się, czy w ogóle o tej książce opowiadać na blogu, ponieważ nie przeczytałam wszystkich wywiadów, które Agata Napiórska przeprowadziła ze swoimi rozmówcami. A dlaczego? Powód jest bardzo prosty, przekartkowałam niektóre rozmowy, bo wiedza o tym, jak powstają kryminały Katarzyny Bondy nie jest mi do niczego potrzeba, zwłaszcza że nie przeczytałam ani jednej książki tej autorki. Skupiłam się na postaciach, które cenię, lubię i podziwiam. To nie są długie rozmowy, ale z pewnością wystarczające, by czytelnik mógł nieco dowiedzieć się na temat pracy ludzi związanych z literaturą, sztuką, nauką. Niektórzy bohaterowie byli bardziej wylewni, inni mniej, zapraszali autorkę do swoich domów albo spotykali się z nią na neutralnym gruncie. Opowiadali o pracy, a przy okazji trochę o sobie albo tylko i wyłącznie o pracy, bez zdradzania szczegółów na temat życia prywatnego. Schemat wywiadów jest właściwie taki sam, celem jest uchylenie rąbka tajemnicy na temat rytuałów, przyzwyczajeń itp. itd.  Okazuje się, że prokrastynacja, czyli rozleniwienie, przekładanie czegoś na później dotyczy nas wszystkich, bez względu na to czym się zajmujemy. Jeżeli chodzi o ludzi związanych z literaturą, to kiedyś rzeczywiście zastanawiałam się nad tym, jak wygląda ich dzień pracy, skąd czerpią pomysły na kolejne książki, jak kreują postaci, czym się inspirują. A poza tym chciałam wiedzieć, czy ich praca jest pełna spokoju, czy przypominają Diane Keaton w roli rozhisteryzowanej scenarzystki sztuk teatralnych w filmie "Lepiej późno niż później". Przyznaję, że lektura książki zaspokoiła moją ciekawość i trochę zmieniła moje wyobrażenie chociażby o ludziach zarabiających na życie pisaniem. 

Co mają do powiedzenia na temat swojej pracy Mariusz Szczygieł, Wanda Chotomska, Sylwia Chutnik, Joanna Bator, Bohdan Butenko, Łukasz Orbitowski, Michał Rusinek, Zbigniew Lew-Starowicz, Andrzej Sapkowski i wiele innych znanych postaci? Jeżeli jesteście ciekawi, to koniecznie sięgnijcie po tę książkę.

Czytałam wywiady Agaty Napiórskiej w pięknych okolicznościach przyrody, dawkowałam sobie tę lekturę wedle uznania, bo moja uwaga była bardziej skupiona na tym, co działo się wokół mnie niż na książce.

Moja ocena: 3,5/6

DSCN0218

DSCN0191

 Autor: Agata Napiórska
Tytuł: "Jak oni pracują"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 399
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo W.A.B.

Nigdy nie wolno się poddawać... "Dwie sekundy przed cudem" Agnès Ledig

dosia1331

DSCN0102

„Nie opuszczają rąk, bo możesz to zrobić na dwie sekundy przed cudem” brzmi arabskie przysłowie, które w ciężkich chwilach dodaje odwagi. A w życiu bywa różnie, na pewne sprawy nie mamy wpływu, są sytuacje niezależne od nas, ułamki sekund, które sprawiają, że nic już nie jest takie samo.

Julie jest kasjerką i matką samotnie wychowującą trzyletniego Ludovica. Słabe zarobki, problemy w pracy i brak perspektyw na przyszłość są powodem frustracji, ale Julie radzi sobie najlepiej, jak potrafi i robi wszystko, by jej ukochany syn był po prostu szczęśliwy. Pewnego dnia obsługuje Paula, który zaprasza ją na kolację. Julie nie wierzy w szczerość jego intencji, bo dojrzały mężczyzna mógłby być jej ojcem, a jednak idzie na spotkanie, które - co być może zabrzmi zbyt patetycznie - odmienia jej życie. Obawy Julie okazują się bezpodstawne, zwłaszcza że Paul liczy tylko i wyłącznie na przyjaźń i miłe towarzystwo. Po jakimś czasie proponuje wakacje w Bretanii, a Julie cieszy się, że jej syn będzie mógł zobaczyć morze. Paul zaprasza również swojego syna Jérôme'a, wdowca cierpiącego po stracie żony. Julie, jej syn, Paul i Jérôme spędzają cudowne wakacje w Bretanii, ale w drodze powrotnej zdarza się wypadek, w którym najbardziej poszkodowany zostaje mały Lulu. Chłopiec walczy o życie, a Julie ze wszystkich sił stara się wierzyć w moc arabskiego przysłowia i po prostu nie opuścić rąk z bólu, bezsilności i w obliczu coraz gorszych rokowań, bo liczy na cud...

O tym, jak przewrotny bywa los autorka powieści "Dwie sekundy przed cudem" przekonała się kilka lat temu, gdy jej syn zachorował na białaczkę. Wtedy zaczęła prowadzić dziennik, który stał się dla niej formą terapii, próbą zrozumienia i zaakceptowania choroby. Przelewanie myśli na papier miało pomóc uporać się z olbrzymim cierpieniem i dodać odwagi do walki, ale też umożliwiło Agnès Ledig odkryć w sobie chęć do pisania. Książka "Dwie sekundy przed cudem" stała się sukcesem wydawniczym, a w 2013 roku autorka otrzymała prestiżową nagrodę Prix des Maisons de la Presse.

"Dwie sekundy przed cudem" to książka o najtrudniejszych chwilach w życiu człowieka, ale to również historia o tym, jak bardzo potrzebujemy wiary, nadziei i miłości. Powieść francuskiej pisarki nie jest wybitnym dziełem literackim, nie mam pojęcia, czy potrafi - jak sugeruje wydawca - zmienić czyjeś życie. Agnès Ledig zbudowała tę historię wokół arabskiego przysłowia i stara się przekonać czytelnika, że beznadziejne sytuacje nie oznaczają końca, ale zmianę, na którą nie zawsze jesteśmy przygotowani, a jednak musimy się z nią pogodzić. Mam nieco mieszane uczucia po lekturze, bo z jednej strony historia przedstawiona przez autorkę na pewno chwyta za serce, zwłaszcza że czyta się tę powieść przez pryzmat osobistych doświadczeń Agnès Ledig, ale z drugiej strony przeszkadzały mi braki warsztatowe. Poza tym nie do końca jestem przekonana, czy aż tak duża ilość przypadków w życiu człowieka jest możliwa. Coś mi się wydaje, że autorka trochę przekombinowała, by dodać odrobinę dramaturgii. Na pochwałę zasługują świetne dialogi i ostatni rozdział, chyba najlepszy w całej książce pod względem literackim i doskonale podsumowujący całość.

Moja ocena: 4/6

Autor: Agnès Ledig 
Tytuł: "Dwie sekundy przed cudem" 
Oprawa: miękka
Ilość stron: 319
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo Andromeda

Co z tym czytaniem? "Dobrze się myśli literaturą" Ryszard Koziołek

dosia1331

DSCN0023

Jakoś nie idzie mi to majowe czytanie. Otwieram książkę, kartki się przewracają, ale nie wiem o czym czytam i po prostu odkładam lekturę. Nie ma mowy o czytaniu powieści, bo nie potrafię się skupić i gubię wątek. Denerwuje mnie to okropnie, bo zwykle o tej porze roku czyta mi się najlepiej, zwłaszcza na świeżym powietrzu. To sytuacja przejściowa, dlatego nic na siłę, czekam na odpowiedni moment, który z pewnością nastąpi, bo już to przerabiałam. W tej chwili raczej podczytuję niż czytam i dlatego zdecydowałam się na eseje Ryszarda Koziołka, "Dobrze się myśli literaturą", którymi się delektuję, jak dobrą kawą. Jeden tekst wieczorem w zupełności wystarcza, zresztą każdy esej literaturoznawcy i wykładowcy Uniwersytetu Śląskiego skłania do refleksji, zastanowienia się nad tym, jakim czytelnikiem jestem, jakie książki wybieram, czym jest dla mnie literatura i jaką rolę pełni w moim życiu. Eseje Ryszarda Koziołka są wnikliwą analizą wybitnych dzieł literatury polskiej (po trosze również światowej), erudycyjną podróżą do świata słów i piękną opowieścią o czytelnictwie. Być może znacie te teksty, bo były drukowane w prasie, ale doskonałym pomysłem było ich zebranie. Myślimy literaturą, w pewien sposób posługujemy się nią na co dzień, choć często nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. "Literatura to konieczność mówiącego człowieka, który w trosce o biologiczny i społeczny byt musi ulepszać swoją mowę, czyli czytać oraz tworzyć metafory i opowieści" przekonuje Ryszard Koziołek. Życie bez literatury jest po prostu ubogie intelektualnie.

"Mam skłonność przyznawania literaturze najważniejszego składnika kultury" pisze Koziołek i aż mam ochotę krzyknąć, że ja też! Nie wyobrażam sobie życia bez książek, domu bez ukochanych lektur, wieczorów pozbawionych możliwości czytania i rozmów o książkach z innymi czytelnikami. Co z tym czytaniem? Dobrze mi z esejami Ryszarda Koziołka, rozmyślam o książkach, które są dla mnie ważne, które w jakiś sposób mnie ukształtowały, a poza tym utwierdzam się w przekonaniu, jak istotna i bardzo potrzebna jest literatura. Zerkam na piętrzące się stosy książek w moim domu i wiem, że jeszcze mnóstwo cudownych czytelniczych momentów przede mną, wszak "czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła" (Wisława Szymborska).

Eseje Ryszarda Koziołka to ambitna proza, czytelnicza uczta i fenomenalna podróż z przystanią w różnych epokach literackich, a co najważniejsze w towarzystwie znakomitych ludzi pióra.

A oto efekt uboczny mojego nieczytania :)

DSCN0090

DSCN0065

DSCN0086

Moja ocena: 6/6

Autor: Ryszard Koziołek
Tytuł: "Dobrze się myśli literaturą"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 285
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo Czarne

Powiało grozą - "Opowieści tajemnicze i szalone" Edgar Allan Poe

dosia1331

DSCN0272

Lubicie się bać, a właściwie bać tego, co czytacie? Jeśli tak, to jak najszybciej sięgnijcie po "Opowieści tajemnicze i szalone", ale nie czytajcie przed snem, a już na pewno niech dzieciaki nie czytają przed snem, bo jeszcze przyśni im się czarny kot bez oka albo jakaś zjawa z zaświatów. W ogóle przygotujcie się na niesamowite historie, mrożące krew w żyłach opowieści, upiorne postaci i przerażające miejsca. "Czarny kot", "Maska Czerwonej Śmierci", "Żaboskoczek" i "Upadek domu Usherów" czekają na spragnionych dreszczyku emocji. Edgar Allan Poe zaprasza czytelnika do świata grozy, gdzie mroczna, ponura i gęstniejąca z każdą stroną atmosfera przyprawia o szybsze bicie serca. 

Brutalne sceny, krew, śmierć, postaci z piekła rodem, czy to odpowiednia lektura dla dzieci? Z całą pewnością nie jest to książka dla maluchów, zresztą sugerowany przez wydawcę wiek to 14 lat i tej grupie czytelników można spokojnie książkę zaproponować. Nie lubię ingerencji w tekst autorski, nie znoszę przeróbek, skracania, zmieniania wersji pierwotnej, ale tym razem zupełnie mi to nie przeszkadza, ponieważ zbiór czterech opowiadań może stanowić łakomy kąsek dla młodego czytelnika i zachęcić do poznania twórczości amerykańskiego mistrza grozy. "Opowieści tajemnicze i szalone" nie są tylko i wyłącznie zdeformowaną, makabryczną wizją rzeczywistości, zwłaszcza że Edgar Allan Poe porusza w swojej prozie mnóstwo ważnych społecznie tematów, a poza tym serwuje czytelnikowi wnikliwe studium psychologiczne postaci. W utworach Poego jest również miejsce na czarny humor, czyli tę odmiany komizmu, która w historiach z dreszczykiem sprawdza się znakomicie i przede wszystkim rozładowuje napięcie.

Dodatkowym atutem są niesamowite ilustracje (niektóre strony przypominają komiks), które genialnie podkreślają charakter książki. Przyznaję, że Gris Grimly zachwycił mnie swoją kreską, wertowałam książkę w tę i z powrotem rozpływając się nad talentem ilustratora i jego kolorową interpretacją tekstu.

DSCN0279

Powiało grozą? Ależ oczywiście, że tak!
 
Moja ocena: 6/6
 
Autor: Edgar Allan Poe
Tytuł: "Opowieści tajemnicze i szalone"
Ilustracje Gris Grimly
Oprawa: twarda
Ilość stron: 144
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo "Nasza Księgarnia"

 

 

Od końca do początku, czyli w podróży pachnącej pieprzem i wanilią - "Tu byłem. Tony Halik" Mirosław Wlekły

dosia1331

DSCN0255

Uwielbiałam program "Pieprz i wanilia". Jak zaczarowana słuchałam barwnych opowieści Tony'ego Halika i Elżbiety Dzikowskiej i nie mogłam się doczekać kolejnego odcinka. Mam ogromny sentyment do tego cyklu, bo kojarzy mi się z dzieciństwem, z czasem beztroski, z kolorowym światem na ekranie telewizora, który tak bardzo różnił się od szarej rzeczywistości. Programy podróżnicze, które można znaleźć w ramówkach różnych stacji telewizyjnych są na pewno inne, ale czy lepsze? W czasach, kiedy nagrywano "Pieprz i wanilię" nie było podobnych audycji w telewizji, poza tym z wiadomych względów mieliśmy ograniczone możliwości podróżowania. Odrobinę roztrzepany Tony Halik i jego egzotyczne opowieści wypełniły lukę w życiorysach milionów widzów przed telewizorami. Wyruszaliśmy z Halikiem tak daleko, że nawet trudno było nam sobie te kilometry wyobrazić.

Tu byłem. Tony Halik - rzeczywiście oglądając program Halika miało się wrażenie, że był wszędzie, dlatego zupełnie nie dziwi mnie fakt, że taki tytuł nosi książka. Swego czasu codziennie przechodziłam obok wątpliwej urody graffiti "Tu byłem. Tony Halik", a podobnych arcydzieł na murach budynków wciąż jest w Polsce sporo i wcale nie są prześmiewcze, a jedynie potwierdzają, jak ważną postacią był/jest Tony Halik. Mirosław Wlekły musiał zmierzyć się z legendą Halika, uporządkować jego życiorys, poskładać elementy rozsypanej układanki i podjąć się próby interpretacji wielu nieścisłości w biografii dziennikarza, reportera i podróżnika. Krótko mówiąc - musiał oddzielić fakty od mitów. Autor poradził sobie znakomicie i przyznaję, że miał fantastyczny pomysł na tę książkę, ale też doskonale udało mu się przybliżyć postać Halika i sprawić, że z dużym zaangażowaniem śledzimy losy podróżnika i ludzi, którzy w jego życiu zajmowali miejsce szczególne.

W życiorysie Halika jest tak dużo nieprawdopodobnych wydarzeń, że czytanie tej książki to kolejna przygoda z nim w roli głównej. Polak z argentyńskim paszportem, dziennikarz NBC, fotoreporter słynnego magazynu "Life", podróżnik z iście ułańską fantazją i mitoman, który ubarwiał swoje życie zapierającymi dech w piersiach historiami. Co było prawdą, a co wytworem jego wyobraźni? Na to pytanie znajdziecie odpowiedź w książce. Wieloletnia partnerka Halika, Elżbieta Dzikowska, nie była zachwycona pomysłem powstania tej publikacji. Dziennikarka obawiała się, że Mirosław Wlekły odkryje coś, o czym nie będzie wiedziała i w ten sposób zburzony zostanie obraz człowieka, z którym spędziła tyle lat. Ale też nie utrudniała autorowi pracy, ba, nawet pomogła w tworzeniu książki, udostępniając dokumenty i pamiątki.

Fenomenalnym pomysłem było zrezygnowanie z tradycyjnej chronologii. Mirosław Wlekły przedstawia życie Halika w odwrotnej kolejności. Część pierwszą zatytułował "Tony (1979-1998)" i portretuje Halika u szczytu popularności, a kończy częścią czwartą "Max (1942-1945)", choć w tym miejscu muszę podkreślić, że Tony Halik urodził się w roku 1921 i ten rozdział jego życia jest opisany w części trzeciej. Pomieszanie z poplątaniem? Nic bardziej mylnego i na pewno nie utrudnia czytania. Poza tym ta koncepcja jest nie tylko ciekawa, ale w pełni uzasadniona, o czym czytelnik przekonuje się w trakcie lektury.

Rewelacyjna opowieść i pięknie wydana książka!

Moja ocena: 6/6

Autor: Mirosław Wlekły
Tytuł: "Tu byłem. Tony Halik"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 485
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo Agora

 

 

 

Kulinarne perypetie brytyjskiego pisarza, czyli "Pedant w kuchni" Julian Barnes

dosia1331

DSCN0181

Julian Barnes to angielski powieściopisarz, eseista, felietonista i autor opowiadań, który w 2011 r. został laureatem The Man Booker Prize  ("The Sense of an Ending"). Okazuje się, że jedną z jego pasji jest gotowanie, choć arkana sztuki kulinarnej odkrył dość późno. Julian Barnes nie podejrzewał, że kuchnia stanie się jednym z jego ulubionych miejsc, bo długo nie przejawiał zainteresowania tematem. W domu posiłki przygotowywała mama, natomiast męska część rodziny najzwyczajniej w świecie nie wkraczała na obcy teren. Czy zatem gotowanie w rodzinnym domu pisarza było uznawane na zajęcie typowo kobiece? Po prostu "nie było odpowiednie dla zamieszkujących dom mężczyzn".

Przyznaję, że miałam kompletnie błędne wyobrażenie na temat tej książki. Byłam przekonana, że Julian Barnes opowie czytelnikowi nie tylko o swoich zmaganiach w kuchni, ale przede wszystkim o konieczności zachowania miejsca pracy w idealnym porządku. Myślałam, że na kartach książki będę obserwowała pucującego talerze, polerującego szklanki i przesadnie dbającego o czystość kucharza, któremu sen z powiek spędzają okruszki na blacie, a gotowanie będzie gdzieś na drugim planie. Krótko mówiąc, byłam pewna, że pedanteria pisarza dotyczy czystości. A tu niespodzianka, bo zamiast szorowania jest bardzo ciekawa opowieść o przygodach kulinarnych i odkrywaniu przepisów. Jest również mowa o popełnianiu podstawowych błędów, które zazwyczaj wynikają z niewłaściwego stosowania receptur, bagatelizowania kolejności dodawania poszczególnych składników albo ich pomijania. Julian Barnes sporo uwagi poświęca książkom kucharskim, które są dla niego rzeczą niezbędną, skarbnicą wiedzy na temat przyrządzania ulubionych potraw. Pedanteria pisarza przejawia się w bardzo poważnym traktowaniu przepisów kulinarnych, bez wskazówek w nich zawartych danie po prostu nie ma prawa się udać. Julian Barnes jest niezwykle krytyczny nie tylko dla siebie, dla innych również i trzeba naprawdę bardzo uważać, żeby przypadkiem czymś go nie urazić. Lepiej nie zaglądać mu do garnków, nie pouczać i nie kwestionować przepisów, tak będzie bezpieczniej. Rozbawił mnie dekalog pisarza dotyczący kupowania książek kucharskich, zresztą z kilkoma punktami zgadzam się bezapelacyjnie.

"Pedant w kuchni" to bardzo ciekawa opowieść, zapis sukcesów i porażek, poszukiwań przepisów idealnych i takich książek kucharskich, które nie wylądują na półce obok innych, ale zostaną z kucharzem na dłużej. Notatki na marginesach książek kucharskich, plamy i odciski palców na zdjęciach świadczą tylko i wyłącznie o tym, że książka spełnia swoje zadanie. Julian Barnes w kuchni nie eksperymentuje, nie zmienia receptur i nie udziwnia przepisów, czasem tylko pozwala sobie na zastąpienie nielubianego składnika innym.

Dowcipnie i poważnie, serio i z przymrużeniem oka - intrygująca lektura.

Moja ocena: 4.5/6

Autor: Julian Barnes
Tytuł: "Pedant w kuchni"
Ilustracje: Joe Berger
Oprawa: twarda
Ilość stron: 184
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo Świat Książki

 

Fascynująca lektura - "Księga morza" Morten A. Strøksnes

dosia1331
DSCN0214
 
Morze ma wiele barw. A co jest dźwiękiem morza? Czy fale szemrzące na plaży albo grzmiące o skały i kamienie wybrzeży, smaganych wichrami? Owszem, tak to brzmi na lądzie. Inna sprawa - pod wodą. Tam morze ma swoisty ton, głęboki poszum, który powstaje w nim samym - czysty "ryk Behemotów w rui".
 
Pamiętam, jak w czasie rejsu po Morzu Egejskim wypatrywałam delfinów, bo obiecano mi, że przy odrobinie szczęścia zobaczę ich pełen radości pokaz pływania. Tak bardzo chciałam zobaczyć te piękne stworzenia, że o mało nie wypadłam za burtę. Szkoda, że nie skorzystałam z tej możliwości, zwłaszcza że mogłabym liczyć na ewentualny ratunek ze strony jednego z nich. Znane są przecież przypadki, kiedy delfiny przybywały ludziom na pomoc, choć czytałam również o takich sytuacjach, gdy było wręcz przeciwnie. Ale przy całej sympatii dla delfinów, chcę wierzyć, że są jednak pokojowo nastawione. A tak na marginesie, całkiem dobrze pływam, więc chętnie dołączyłabym do uroczych delfinów. Może kiedyś, kto wie? Wspominam o tym, bo jestem po lekturze arcyciekawego reportażu "Księga morza", który łączy w sobie również elementy eseju. Autorem książki jest Morten A. Strøksnes, norweski dziennikarz, fotograf i pisarz. Człowiek posiadający ogromną wiedzę na temat morskich głębin, a do tego piszący w sposób niezwykle sugestywny.
Znacie to uczucie, kiedy czytacie zdanie kończące książkę i wcale nie macie ochoty rozstawać się z lekturą? Odkładając tę książkę dosłownie zatęskniłam za widokiem morza, za jego szumem, zapachem... Na pewno wrócę do "Księgi morza" za jakiś czas, zwłaszcza że czytałam tę historię sprawdzając informacje w niej zawarte w licznych artykułach o morzach i oceanach, które można znaleźć w sieci. Poza tym podkreśliłam mnóstwo pięknych fragmentów, bo nie da się ukryć, że Morten A. Strøksnes, oprócz dużej wiedzy, posiada też wielki dar opowiadania.
"Księga morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku" - tak brzmi pełny tytuł reportażu i właściwie do pewnego stopnia zdradza o czym będzie w nim mowa. Nie jest to oczywiście poradnik, dzięki któremu czytelnik zechce dokonać podobnego czynu. Dużo bezpieczniej będzie zostać na lądzie, zwłaszcza gdy polowanie na gigantyczne ryby oglądało się tylko i wyłącznie na ekranie telewizora. Chęć złowienia rekina polarnego nie jest celem samym w sobie, ale pretekstem do pięknej opowieści na temat podwodnego świata oraz zwierząt, które tam żyją. Morten A. Strøksnes w towarzystwie przyjaciela, malarza i rybaka, decyduje się zrealizować szalony pomysł. Rekin polarny to ogromna ryba, której wymiary i ciężar przyprawiają o zawrót głowy, a poza tym może dożyć nawet pięciuset lat, więc złowienie tego kolosa to nie lada wyczyn. Tylko po co? To pytanie nurtowało mnie przez całą lekturę i właściwie jedyną sensowną odpowiedzią wydaje mi się ta, że złowienie morskiej bestii stanowi próbę udowodnienia sobie, że to jest jak najbardziej możliwe. Czytałam sporo na temat norweskiego rybołóstwa i wielopokoleniowej tradycji z tym związanej. Ale znam też niechlubną historię norweskiego wielorybnictwa. Norwegia to nie tylko piękne widoki i fiordy będące celem turystów z całego świata. Norwegia to także kraj, w którym przy pełnej aprobacie rządu zabija się wieloryby dla celów komercyjnych i na dodatek (o zgrozo!) planuje się zwiększenie limitów. Morten A. Strøksnes wspomina o tym, ale bardzo delikatnie i raczej w odniesieniu do zachowania równowagi w przyrodzie, jaką ponoć dają tego rodzaju praktyki, z czym rzecz jasna nie zgadzają się ekolodzy, a i sami Norwegowie coraz sceptyczniej przyglądają się rzezi wielorybów. Wybaczcie tę dygresję, ale nie mogłam się powstrzymać. Wróćmy zatem do książki. Opowieść norweskiego autora skupia się na morzach i oceanach, ich faunie i florze oraz zmaganiach człowieka z potęgą natury, z ogromną siłą wody, wobec której człowiek często jest bezradny. Dużym atutem publikacji  są cytaty z literatury marynistycznej, które autor konfrontuje z obecną wiedzą na temat mórz i oceanów. Morten A. Strøksnes przybliża czytelnikowi morskie legendy i rytuały sprzed lat, ale co jakiś czas przerywa tę opowieść przygotowaniami do trudnego zadania, czyli złowienia rekina polarnego i kolejnych wypraw w miejsce, gdzie można go spotkać. Czy to karkołomne zadanie się uda? Tego oczywiście nie zdradzę. Przeczytajcie koniecznie, to książka która z pewnością zasługuje na uwagę, ale też otwiera oczy na to, jakie miejsce w przyrodzie zajmuje człowiek. Fascynująca lektura i świetnie napisana książka.
 
Moja ocena: 6/6
 
Autor: Morten A. Strøksnes
Tytuł: "Księga morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 337
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo Literackie
 

Upiorny i... sympatyczny - "Charlie Ciuch-Ciuch"

dosia1331
DSCN0176
 
Ta ciuchcia jest niegrzeczna - stwierdziła stanowczo moja córka.
Zosiu, ale dlaczego uważasz, że ta ciuchcia jest niegrzeczna? - pytam i przyglądam się jej zatroskanej minie.
Bo ma brzydką buzię!
 
Chyba nie o brzydką buzię chodziło mojej córce, lecz o iście upiorny uśmiech ciuchci, bo sama zwróciłam uwagę na ten szczegół. Zresztą ilustracje w książce są dość niepokojące, ale nie mogło być inaczej, wszak autorem tej opowieści nie jest Beryl Evans, a Stephen King - mistrz grozy. Wielbiciele prozy amerykańskiego pisarza skojarzą tę historię z "Mroczną wieżą", bo opowieść o Charlim poruszyła również bohatera wspomnianej książki.
 DSCN0171
 
Charlie to parowóz Big Boy 402, który jest jedną z maszyn w przedsiębiorstwie kolejowym Mid-World, jeżdżącą na trasie z St. Louis do Topeki. Pewnego dnia maszynista Bob odkrywa, że Charlie nie jest zwyczajną lokomotywą, ale żywą maszyną, która potrafi mówić, śpiewać i odczuwać emocje. Bob i Charlie tworzą zgrany duet, lubią swoje towarzystwo i ogromną radość sprawia im wspólne podróżowanie. Wszystkie się zmienia, kiedy w Mid-World pojawia się nowa lokomotywa spalinowa mająca zająć miejsce starego, wysłużonego parowozu. Charlie zostaje odstawiony na boczny tor, a wraz z nim odchodzi Bob, który nie potrafi pogodzić się z decyzją pracodawcy i nie wyobraża sobie współpracy z inną maszyną. Charlie rdzewieje i płacze kroplami smaru, a Bob czasem odwiedza przyjaciela, który tak, jak on tęskni za dawnym życiem. Jaki jest finał tej historii, tego oczywiście nie zdradzę.
"Charlie Ciuch-Ciuch" to pozornie prosta opowieść o wielkiej przyjaźni, wzruszająca historia niezwykłej relacji między człowiekiem a maszyną, ożywionym przedmiotem. Ale to również książeczka poruszająca trudniejsze tematy takie, jak starość, odrzucenie, śmierć. Jeżeli czytaliście "Mroczną wieżę" to z łatwością odkryjecie wiele szczegółów łączących obie historie, zresztą taki był zamysł autora. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Stephen King oddając w ręce czytelników książkę dla dzieci puszcza oko swoim dorosłym fanom i być może kłania się przyszłym wielbicielom swojej twórczości, którzy obecnie mają kilka lat. Opowieść o ciuchci, która mknie po szynach z zawrotną prędkością, uśmiecha się złowrogo i sprawia, że na twarzach dzieci zamiast radości pojawia się przerażenie, to tylko jedna strona medalu, druga dotyczy uczuć, emocji i relacji, które - jak to w bajkach bywa - łączą nie tylko ludzi.
 
Gratka dla sympatyków Stephena Kinga i bardzo oryginalna lektura dla dzieci, które być może za kilkanaście lat zechcą poznać twórczość tego pisarza. Po przeczytaniu książki "Charlie Ciuch-Ciuch" pierwszy krok będą miały już za sobą.
 
Moja ocena: 5/6
 
Autor: Beryl Evans
Tytuł: "Charlie Ciuch-Ciuch"
Ilustracje: Ed Dameron
Oprawa: twarda
Ilość stron: 19
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

 

Jak dobrze mieć rodzeństwo - "Peter i Lena" Astrid Lindgren

dosia1331

DSCN0145

Fajnie jest mieć rodzeństwo, czy wprost przeciwnie? Peter obserwuje, że jego koledzy mają brata albo siostrę i chyba trochę mu przykro, że jest sam. Pewnego dnia oznajmia mamie, że też chciałby mieć rodzeństwo, a mama niczym dobra wróżka spełnia życzenie chłopca i za jakiś czas w domu pojawia się maleńka dziewczynka o imieniu Lena. Początkowa radość Petera zostaje zastąpiona zazdrością, bo rodzicie bardzo dużo czasu poświęcają płaczącemu niemowlęciu. Chłopiec myśli, że nikt go już nie kocha i wpada na pomysł sprzedania siostry. Zarobione pieniądze chce zainwestować w trzykołowy rowerek, na pewno będzie lepszy od Leny. Konieczna jest natychmiastowa interwencja mamy, bo Peter posuwa się o krok dalej i w przypływie złości uderza siostrę. Jak zakończyła się ta historia? Przekonajcie się sami i po prostu przeczytajcie opowiadanie Astrid Lindgren "Ja też chcę mieć rodzeństwo". Po lekturze pierwszego opowiadania zarezerwujcie sobie czas na drugie, czyli "Ja też chcę chodzić do szkoły", w którym poznacie dalsze losy rodzeństwa.

DSCN0146

Książki Astrid Lindgren to ponadczasowe opowieści, które czyta się z ogromną przyjemnością, zwłaszcza że dotyczą sytuacji z życia wziętych. Szwedzka pisarka była nie tylko świetną obserwatorką, ale też osobą obdarzoną dużym poczuciem humoru, która nie zapomniała, jak to jest być dzieckiem. Bohaterami książek Astrid Lindgren są dzieci w różnym wieku, a opowieści, które wyszły spod jej pióra to świat widziany ich oczami. Spostrzeżenia autorki "Pippi Pończoszanki" są nie tylko trafne, ale wciąż bardzo aktualne, zresztą o niesłabnącej popularności jej książek świadczą kolejne pokolenia zachwyconych czytelników. Lektura książek Astrid Lindgren to nie tylko świetna zabawa, ale dowód na to, że wszyscy kiedyś byliśmy bardzo podobni do wykreowanych przez nią postaci, wszyscy byliśmy kiedyś dziećmi. Czasy się zmieniają, ale dzieci chyba nie aż tak bardzo.

Piękne wydanie, cudowne ilustracje Ilon Wikland i przede wszystkim wspaniały tekst Astrid Lindgren to wystarczające powody, by poznać sympatycznych bohaterów dwóch opowiadań. A poza tym doskonały pretekst do rozmowy z dzieckiem na temat rodziny.

Moja ocena: 6/6

Autor: Astrid Lindgren
Ilustracje: Ilon Wikland
Tytuł: "Peter i Lena. Dwa opowiadania"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 64
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo Zakamarki

Boska Meryl, czyli opowieść o jednej z najwybitniejszych aktorek naszych czasów

dosia1331

DSCN0006

Początek wydał mi się toporny i odniosłam wrażenie, że czytam o kimś, kto wcale nie przypomina Meryl Streep. Przez kilkadziesiąt pierwszych stron miałam ochotę odłożyć tę książkę i już nigdy do niej nie wracać. Być może to kwestia nastawienia, bo trochę obawiałam się tego, jak Michael Schulman sportretuje Meryl Streep. Potem było zdecydowanie lepiej, ciekawiej i przyznaję, że to jedna z lepszych biografii, które do tej pory przeczytałam. Moje wyobrażenie o Meryl Streep zostało zbudowane na podstawie filmów, w których zagrała i poglądów wygłaszanych przy różnych okazjach. Imponuje mi jej odwaga i bezkompromisowość, ale przede wszystkim podziwiam jej niebywały talent. Aktorka charakterystyczna? Oczywiście, że tak! Aktorka do zadań specjalnych? Z całą pewnością, bo trudno mi wyobrazić sobie kogoś innego w roli Margaret Thatcher. Aktorka wszechstronna? Odpowiem pytaniem na pytanie - widzieliście film "Ze śmiercią jej do twarzy" albo "Mamma Mia"? Meryl Streep to kameleon, kobieta, która potrafi zagrać wszystko i nawet w roli drugoplanowej kradnie całą uwagę widza. Ale wróćmy do biografii. Michael Schulman stworzył wiarygodny i rzetelny obraz jednej z najlepszych współczesnych aktorek, ale skoncentrował się przede wszystkim na początku drogi zawodowej Meryl Streep, bo książka kończy się w momencie, kiedy aktorka odbiera swojego pierwszego "Oskara" za rolę Joanny Kramer w słynnej "Sprawie Kramerów". Biografia składa się z siedmiu rozdziałów, których tytuły są imionami kobiet, czyli teatralnymi i filmowymi wcieleniami Meryl Streep. Amerykańska aktorka z powodzeniem występowała w teatrze i początkowo z nim wiązała swoją przyszłość, ale upomniał się o nią również film i w zbiorowej świadomości figuruje jako aktorka filmowa. Biografia Meryl Streep skupia się głównie na jej karierze, ukazuje aktorkę przez pryzmat przedstawień i filmów, w których zagrała. Wzmianka o życiu prywatnym jest zwykle punktem wyjścia do opowiedzenia o kolejnej roli, ale i tak można się naprawdę sporo dowiedzieć na temat aktorki. Uzdolniona plastycznie, wokalnie, sportowo, poza tym do bólu ambitna. Delikatna blondynka o silnej osobowości, kobieta niezależna, feministka, która bardzo dba o wizerunek i nie dostarcza kolorowej prasie powodów, by o niej pisać. Jeżeli już, to tylko i wyłącznie w pozytywnym kontekście i zawsze w odniesieniu do filmów, w których aktualnie wystąpiła. Próżno zatem szukać w jej biografii pikantnych szczegółów, czy skandali. Od lat ten sam mąż, dzieci, które są dla niej  najważniejsze na świecie i kariera, jakiej mogą jej pozazdrościć dużo młodsze koleżanki, które często po przekroczeniu czterdziestki nie mają czego szukać w Hollywood. W życiorysie Streep jest również kilka akcentów związanych z Polską, o niektórych wiedziałam. Poza tym opowieść Schulmana to ciekawostki ze świata filmu, anegdoty, wielkie nazwiska i możliwość zajrzenia na plan zdjęciowy. Autor starannie i z wyczuciem interpretuje wydarzenia sprzed lat, nie pozostawiając żadnych wątpliwości, że Meryl Streep w pełni zasłużyła na swój sukces, który zawdzięcza nie tylko talentowi, ale też ciężkiej pracy. Dużym atutem publikacji są czarno-białe fotografie, które ukazują prywatną i zawodową drogę aktorki. Czy zakończenie opowieści o Meryl Streep na Joannie Kramer uważam za dziwny pomysł na biografię? Absolutnie, nie. Wszyscy znamy dalszy ciąg tej historii, czyli kolejne wybitne role, nagrody i uznanie widzów.

Czy ja w ogóle wspomniałam, że uwielbiam Meryl Streep? Uwielbiam Meryl Streep!

Moja ocena: 6/6

Autor: Michael Schulman
Tytuł: "Meryl Streep. Znowu ona!"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 334
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo Marginesy 

Cisza w eterze... "Dzień dobry, północy" Lily Brooks-Dalton

dosia1331
DSCN0140
 
Nie cierpię brokatu, połyskujących materiałów, świecidełek, błyskotek... Biżuteria nie robi na mnie specjalnego wrażenia, nie wpadam w zachwyt na widok drogocennych kamieni i nie marzę o ich posiadaniu. A jednak, jak zaczarowana wpatrywałam się w przepięknie mieniącą się okładkę powieści "Dzień dobry, północy" Lily Brooks-Dalton. Pewnie dlatego, że na okładce są gwiazdy, a na te mogę patrzeć w nieskończoność.
Mówi się, by nie oceniać książki po okładce i wielkie byłoby moje rozczarowanie, gdyby treść okazała się marna. Na szczęście tak się nie stało. Być może zabrzmi to dziwnie, ale powieść Lily Brooks-Dalton wpadła w moje ręce w odpowiednim momencie i chyba rzeczywiście zacznę wierzyć w to, że są książki, które po prostu odnajdują czytelnika.
Augustine pracuje w obserwatorium na kanadyjskim Archipelagu Arktycznym. Kocha swój zawód, odpowiada mu tryb życia, jaki prowadzi, ale z drugiej strony wie, że czegoś w tym życiu zabrakło i coraz bardziej doskwiera mu samotność. Myślami wraca do młodości, analizuje wydarzenia sprzed lat i szuka w nich potwierdzenia słuszności swoich wyborów. Pewnego dnia placówka otrzymuje wiadomość, że na świecie doszło do katastrofy. Zarządzona zostaje ewakuacja i naukowcy są zmuszeni opuścić obserwatorium. Augie stanowczo się temu sprzeciwia i wbrew rozkazowi zostaje. W tym samym czasie astronautka Sully wraz z załogą wraca z Jowisza na Ziemię. Początkowo wszystko przebiega zgodnie z planem, aż do momentu, gdy "Aether" traci łączność z Ziemią. Uczestnicy wyprawy podejrzewają, że to nie jest chwilowa awaria, ale coś znacznie poważniejszego. Domyślają się, że na Ziemi stało się coś złego, bo przejmująca cisza w eterze jest wystarczającym powodem, by tak sądzić. Zaniepokojona Sully bezskutecznie próbuje nawiązać z kimś kontakt. Milczące radio jest powodem frustracji, ale również głębokich przemyśleń. Biegnąca dwutorowo opowieść zaczyna się splatać, a życiorysy dwójki bohaterów są do siebie zaskakująco podobne, choć tych dwoje dzieli ogromna odległość.
Zanim zaczęłam czytać, zastanawiałam się, czy debiutancka powieść Lily Brooks-Dalton będzie z gatunku science-fiction, bo to z całą pewnością nie byłaby książka dla mnie. I mimo tego, że autorka zamieściła w niej elementy dystopii, to są one na tyle delikatnie zarysowane, że naprawdę nie ma się czego obawiać, jeżeli nie gustuje się w tego rodzaju literaturze. "Dzień dobry, północy" to przede wszystkim melancholijna, niespieszna i pięknie napisana książka o samotności z wyboru.  Ale to również opowieść o świecie, który znamy i czujemy się w nim bezpiecznie, aż do momentu, gdy coś zaczyna burzyć ten idealny obraz rzeczywistości, bo nagle dociera do nas, że nasze życie mogło wyglądać inaczej. Najbardziej enigmatyczną postacią w powieści jest mała dziewczynka, która towarzyszy Augustine'owi w obserwatorium. Nie wiadomo kim jest i jak doszło do tego, że w ogóle pojawiła się w tym miejscu. Wszelkie wątpliwości zostaną rozwiane na końcu powieści i dodam tylko, że towarzyszy temu niesamowity spokój i właściwie zgoda na przyjęcie zapisanego - być może - w gwiazdach losu.
Przepiękna, wyciszająca lektura...
 
Moja ocena: 6/6
 
Autor: Lily Brooks-Dalton
Tytuł: "Dzień dobry, północy"
Oprawa: miękka
Ilość stron: 270
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo Czarna Owca
 
 

Literatura z górnej półki - "Klaśnięcie jednej dłoni" Richard Flanagan

dosia1331

DSCN0123

Przeczytałam tę powieść kilka dni temu, ale wciąż myślami wracam do tej historii. Nadal żywy jest we mnie obraz ojca i córki, głównych bohaterów tej dramatycznej i chwytającej za serce opowieści. "Klaśnięcie jednej dłoni" to książka wyjątkowa, napisana pięknym literackim językiem i poruszająca wiele trudnych tematów.

Podczas nocnej śnieżycy Maria Buloh postanawia odejść z domu i tym samym porzucić męża i trzyletnią córkę, Sonję. Bojan Buloh z dnia na dzień zostaje samotnym ojcem, ale nie potrafi sprostać zadaniu i opiekę nad dzieckiem powierza obcym ludziom. Dziewczynka dorasta i powoli staje się kłopotliwym członkiem przybranej rodziny, dlatego ojciec jest zmuszony zabrać ją do siebie. Sonja jest dość specyficznym dzieckiem, ale ze wszystkich sił stara się zyskać uznanie w oczach ojca i sprawić, by ten ją po prostu kochał. I to się nawet na początku udaje, ale Bojan Buloh coraz częściej zagląda do kieliszka, opróżnia kolejne butelki alkoholu i staje się agresywny. Ogromny wpływ na zachowanie mężczyzny ma nie tylko odejście żony, ale przede wszystkim przeszłość związana ze Słowenią, to tam znajduje się klucz do zrozumienia tej historii. Richard Flanagan zastosował dwie płaszczyzny czasowe. Lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte ubiegłego wieku to opowieść o Bojanie, natomiast rok 1989 i 1990 jest zapisem powrotu Sonji do rodzinnego domu, który postanowiła opuścić jako nastolatka.

Richard Flanagan napisał przejmującą powieść, mocno zapadającą w pamięć historię trudnej relacji ojca i córki. Ale "Klaśnięcie jednej dłoni" to również opowieść o losach europejskich imigrantów, uciekających z Europy przed okrucieństwem II wojny światowej. Bojan Buloh jest jednym z nich, człowiekiem boleśnie doświadczonym, skrywającym mnóstwo tajemnic z przeszłości, które są jak niezabliźnione rany. Bojan rozdrapuje te rany co jakiś czas, krzywdząc w ten sposób nie tylko siebie, ale przede wszystkim córkę. Rozdarcie między przeszłością a teraźniejszością dotyczy jednak obojga. Bojan jest winny córce nie tylko przeprosiny za koszmarne dzieciństwo, ale również prawdę o sobie i swojej żonie, natomiast Sonja będzie musiała zmierzyć się z historią rodziców i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy w jej życiu jest miejsce dla ojca i czy jest w stanie po prostu mu wybaczyć.

"Pozostałam tylko ja, nic więcej, pomyślała. I on. Lecz rozdzieleni, byli jak dom przerobiony na stodołę, zaorany sad zamieniony w pastwisko. Zapach drzew bez kwiecia. Okno bez koronkowej firanki w domu Jean. Klaśnięcie jednej dłoni".

"Klaśnięcie jednej dłoni" to książka, którą czyta się ze ściśniętym gardłem. Wybitna proza.

Moja ocena: 6/6

Autor: Richard Flanagan
Tytuł: "Klaśnięcie jednej dłoni"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 364
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo Literackie

 

Niezwykły świat przyrody - "Atlas przygód zwierząt"

dosia1331

DSCN0106

Moja córka jest małą wielbicielką zwierząt, więc to właśnie jej wręczyłam "Atlas przygód zwierząt" i nawet przewidziałam reakcję, bo na widok książki krzyknęła: "Ale duża!" Nie potrafiła jej utrzymać, bo książka rzeczywiście jest pokaźnych rozmiarów i z pewnością za ciężka dla takiego maluszka. Ale ze wszystkim można sobie jakoś poradzić i "Atlas przygód zwierząt" został rozłożony na podłodze, a maleńkie rączki ruszyły w poszukiwaniu misiów, słoni, delfinów i... pająków, którymi uwielbia straszyć babcię.  A ja przyglądałam się wielkiej radości, choć były momenty, że bałam sie, by w tej euforii nie uszkodziła książki. Na szczęście przestała obgryzać okładki, co kiedyś tłumaczyłam smakowaniem dobrej literatury. Póki co, atlas jest w całości, ale musiało minąć trochę czasu, bym i ja mogła się z nim zapoznać, bo wciąż słyszałam: "to moja książka". Właściwie na tym mogłabym poprzestać, zwłaszcza że moja córka wystawiła "Atlasowi przygód zwierząt" najwyższą ocenę, ale pozwólcie, że dodam kilka słów od siebie. Książka z pewnością robi wrażenie, nie tylko swoimi gabarytami, ale przede wszystkim bardzo starannym wydaniem. Na jej kartach znajdziecie mapy wszystkich kontynentów i przeróżne gatunki zwierząt, które można tam spotkać. Ilość wiadomości jest naprawdę spora, a wszystko dodatkowo pięknie zilustrowane. Można przyjrzeć się zwierzętom w ich naturalnym środowisku, zobaczyć jak się zachowują i w jaki sposób zdobywają pożywienie. Nie bez znaczenia są pory roku i miejsce, w którym występują poszczególne gatunki. Wszystko zostało przedstawione i opisane w przystępny dla dziecka sposób. Informacji, szczegółów i ciekawostek jest naprawdę mnóstwo, ale nie są przytłaczające. Dzieci będą miały okazję przyswoić sobie wiadomości i zajrzeć do najodleglejszych zakątków Ziemi, gdzie na lądzie, w morzach i oceanach mieszkają najróżniejsze gatunki zwierząt. Moja córka jest zdecydowanie za mała na lekturę tej książki, co oczywiście nie wyklucza jej przeglądania, ale to raczej czytelnicza propozycja dla starszych dzieci, mam na myśli uczniów szkoły podstawowej.

DSCN00991

DSCN01031

"Atlas przygód zwierząt" to piękna opowieść o zachwycającym świecie przyrody.

Moja ocena: 6/6

Tekst: Rachel Williams i Emily Hawkins
Ilustracje: Lucy Letherland
Oprawa: twarda
Ilość stron: 87
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo "Nasza Księgarnia"

 

 

 

"Tajemnicze zniknięcie detektywa Pozytywki", czyli kilka słów o książce, która powstała z tęsknoty :)

dosia1331

DSCN00831

Wszyscy mamy ulubionych bohaterów, którzy są dla nas ważni z różnych powodów. Bywa, że koniec książki trochę nas smuci, bo chętnie czytalibyśmy dalej.  Okazuje się, że nawet pisarze tęsknią za wykreowanymi przez siebie postaciami i dlatego decydują się na kontynuację ich losów. Grzegorzowi Kasdepce tak brakowało detektywa Pozytywki, że koniecznie musiał dowiedzieć się, co słychać u tego bohatera. Tak powstała kolejna książka o detektywie Pozytywce, ale... bez detektywa Pozytywki. Brzmi dziwnie? Niestety, to prawda. Pozytywka zniknął, wyparował, ślad po nim zaginął, nie ma go w swoim biurze itp. itd. Na dodatek sąsiedzi zgodnie potwierdzają, że od dłuższego czasu nie mieli przyjemności rozmawiać z detektywem i obawiają się, że mogło stać się coś złego. Tylko co? Jak grzyby po deszczu pojawiają się kolejne hipotezy, ale nie przynoszą żadnego rozwiązania. Czy jesteście ciekawi, co tak naprawdę się stało i właściwie, gdzie jest Pozytywka? Jeżeli tak, to koniecznie sięgnijcie po książkę.

DSCN0110

"Tajemnicze zniknięcie detektywa Pozytywki" to bardzo ciekawa historia, dowcipna i na dodatek wymagająca od dziecka spostrzegawczości, umiejętności łączenia faktów, logicznego myślenia. Krótko mówiąc, młodzi czytelnicy muszą trochę pogłówkować, czytać ze zrozumieniem i zwracać uwagę na szczegóły. Należy czytać bardzo uważnie, by przypadkiem nie przeoczyć jakichś wskazówek i śladów, które posłużą do rozwiązania zagadek.

Książka składa się z ośmiu rozdziałów, które są jednocześnie ośmioma zagadkami. Do dzieła, miłej zabawy!

A tak na marginesie - rewelacyjne ilustracje.

Moja ocena: 4,5/6

Autor: Grzegorz Kasdepke
Ilustracje: Piotr Rychel
Tytuł: "Tajemnicze zniknięcie detektywa Pozytywki"
Oprawa: twarda
Ilość stron: 77
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo "Nasza Księgarnia"

 

 

 

© matka polka czytająca
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci